wiosna
lato
jesień
zima
Lilian
LILIAN WILLIS / 12 XII 1256 / ENRYN, VELTEN
Wiosną 1267 roku Lilian ma spojrzenie jaskrawo smutne, modrość oczu burzliwie niespokojną. Mową szklaną i kruchą, mową przerażonego dziecka, przepełnioną smakiem słonych łez i drżeniem mięśni niekontrolowanym, błaga stojącego w progu windykatora dzierżącego skórzaną walizkę w pulchnej dłoni, coby łaskaw był nie odbierać jemu i Jagódce domu, kiedy to jedyne, co im po śmierci rodziców zostało, kiedy bez dachu nad głową oni sobie rady nie dadzą. Jegomość stojący w progu drzwi domu zaniedbanego, opuszczonego, ten windykator o licu łagodnym ze skórzaną walizką w pulchnej dłoni, z niedowierzaniem kręci głową i parska chropowatym, wstrętnym śmiechem. Rozejrzyj się, smarkaczu. Takich jak wy, niechcianych bachorów, plugastw zapchlonych, jest tutaj na pęczki – odpowiada, zadzierając do góry swoje pucułowate lico. – A jakoś sobie radzą. Podobno najtrudniejsza do przetrwania jest tylko pierwsza noc.
I ledwo kilka słów krótkiego polecenia do towarzyszącego mu osiłka wypowiedziawszy, pozbywa się ten windykator dwóch sierot, pozbawiając domu, choć szarpią się i walczą, i błagają, i proszą. To tylko mowa przerażonych dzieciaków, niechcianych bachorów, smarkaczy. Takich przecież jest tutaj na pęczki, wszyscy dawno przestali wsłuchiwać się w ich płacz.
Najtrudniejsza do przetrwania jest tylko pierwsza noc. Później może być już tylko lepiej. Zawsze pierwsza noc. Przetrwamy pierwszą noc i później będzie lepiej – Lilian w kółko i w kółko naiwnie powtarza te kilka słów niczym mantrę. Wyciąga z podziurawionej kieszeni kurtki eleganckie pióro ukradkiem zwędzone urzędnikowi, wyciąga cieniutki, poszarpany notesik otrzymany w prezencie na dziesiąte urodziny, z którym nigdy się nie rozstaje i chwiejnym pociągnięciem rozstrzęsionej dłoni pisze.
Nic nie mam, zdmuchnęła mnie ta wiosna całkiem.
LILIAN WILLIS / 12 XII 1256 / ENRYN, VELTEN
Latem 1272 roku Lilian ma myśli nieczytelnie rozdarte, arytmiczność jestestwa pogrążoną w bezładzie. Niecierpliwie kręci się w fotelu, usiedzieć nie może, ni to jeść, ni poczytać, ni pogadać nawet nie ma ochoty, jeno gra na tej lutni swojej nowiuśkiej, którą dostał w prezencie z okazji nijakiej i nieistniejącej, z byle kaprysu prezentującego. Nieudolna to gra, tak bardzo młodzieńcowi niepodobna i obca, kiedy palce gorączką roztrzęsione gubią się pomiędzy strunami, bo zebrać myśli nie potrafi, bujając głową w obłokach niepokoju. Zamknięty w objęciach spojrzenia świdrującego, milczeniem próbuje uniknąć nieuniknionego, bo przed tym spojrzeniem świdrującym, które wie wiele i domyśla się jeszcze więcej, nie ma ucieczki.
Rozmawiałem z Jagodą o twojej propozycji. Pokłóciliśmy się strasznie, jak nigdy dotąd jeszcze. Wybiegłem z domu, krzyczałem coś, ale nie pamiętam co – burczy niewyraźnie pod nosem, skubiąc rękaw bieluśkiej koszuli, którą dostał w prezencie z okazji równie nieistniejącej, co lutnię. – Powiedziała, że skoro tak bardzo mi na tym zależy, to sam mam sobie jechać, a ją tutaj samą zostawić, że wcale jej nie jestem potrzebny. Ale wie pan, ja chyba bez niej wcale jechać nie chcę, bo przecież wiem, że prawdy nie mówiła. Ona mnie potrzebuje. I ja jej też. Rozumie to pan? Ja nie mogę jej zostawić.
Właściciel spojrzenia świdrującego, ten, który Liliana z byle kaprysu prezentami obsypuje uśmiecha się pobłażliwie. Rozumiem, dziecko. Rozumiem – odpowiada z wolna. – Jutro o świcie wyjeżdżam. Zostań, przenocuj, spędź tutaj tę noc ostatnią, pożegnasz mnie z rana i rozejdą się nasze ścieżki. Nie wracaj tam dzisiaj, nerwów sobie nie psuj.
Lilian kiwa głową, godzi się, zostaje. Chwyta za pióro, za poszarpany notesik, który od dziesiątych urodzin nieustannie mu towarzyszy i pisze.
Nic nie mam, zdmuchnęło mnie to lato całkiem.
Następnego ranka o świcie już nie ma go w Velten. Modrość oczu pochmurnie stęskniona.
VINCENT DESLYS / 22 II 1256 / KRÓLESTWO APREŃSKIE
Jesienią roku 1278 Lilian ma sumienie karmazynem krwi splamione, nienawiść serca zdrowy rozsądek zaćmiewającą. Zaciska pięści na miękkim materiale poduszki, jakoby wszelkich granic był pozbawion i usta również w cieniutką kreskę zaciska, próbując stłumić w sobie krzyk, który w nieokiełznanej kakofonii gniewu wyrywa się w końcu spomiędzy tych warg drżących, dając wyraz wszystkiemu, czego przez ostatnie sześć lat wyrazić nie był w stanie. Zawiodłeś mnie. Zdradziłeś. Odebrałeś wszystko, co kochałem, odsunąłeś od Jagody. Odebrałeś mi życie. Zaufałem ci, a ty to wykorzystałeś. Miałeś mi być niczym ojciec, a wrogiem się stałeś. To twoja wina. Twoja wina, twoja wina!
Krzyczy także ten drugi, w nieudolnej próbie ocalenia życia wymachując dłońmi na oślep, ale żałosny to krzyk. Słaby, i głuchy, i bezsilny, i beznadziejny – ale Lilian, ten młodziuchny bard wrażliwie niewrażliwy, słyszy go, słyszy wyraźnie. Synu, nie rób tego, proszę cię. Synu, złość przez ciebie przemawia. Nie byłem idealny, ale ty zawdzięczasz mi wszystko. Edukację. Dobrobyt. Sławę, Synu, daj mi szansę, ja się jeszcze poprawię. Złuda to, tanie kłamstwo. Dla Valeriusa Deslysa żadnej nadziei już nie ma. Tylko agonia, powolutku odbierająca wszystką świadomość. Tylko gorzki żal. Aż ciało bezwładnie zapadanie się w materac łóżka, pozbawione tej woli życia, którą przed momentem tryskało. I nie walczy już dłużej.
Zgon to niezła farsa, myśli ten młodziuchny bard świadomie nieświadomy, odrzucając poduszkę w kąt pokoju tak gwałtownie, niby materiał poparzył go w dłoń, zranił boleśnie. Ciało niczym do kukły należące, skóra purpurowa. Oczy pozbawione wyrazu, martwe bezpowrotnie. I wpada w histerię, ten bard.
Wyjechać stąd jak najprędzej. Byle szybciej i byle dalej. Wrócić Do Enrynu, do Velten. Tak, tak. Wrócić do Jagody. Tak bardzo za nią tęsknię, tak dawno jej nie widziałem – w kółko i w kółko powtarza te kilka słów niczym mantrę. W pośpiechu porywa pióro, porywa pierwszy z brzegu rękopis i pisze.
Nic nie mam, zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem.
BARD / WĘDROWNY / ZŁODZIEJ TOŻSAMOŚCI
VINCENT DESLYS / 22 II 1256 / KRÓLESTWO APREŃSKIE
Vincent Deslys, znany wszem i wobec jak świat długi i szeroki pod pseudonimem Lilian, poeta nadworny królowej Atlei De Torrijos o mowie kwiecistej i ustach złociście kłamliwych, po nagłej śmierci swojego ojca umiłowanego, konsula Valeriusa Deslysa, rezygnuje ze swojej posady i zebrawszy ze sobą cały majątek w spadku mu zapisany, zebrawszy instrumenty swoje i niedokończone rękopisy, opuszcza Królestwo Apreńskie, udaje się w podróż daleką, w lądy znane i nieznane, celem – jak zaprawdę głosi oficjalna wersja zdarzeń – poszukiwania inspiracji, które jego wielkiej twórczości służyć będą. Oficjalnych wersji zdarzeń nikt nie nie kwestionuje, bowiem po to powstały właśnie, żeby być niepodważalne. Wyrusza nie sam, lecz z przejezdną, zaprzyjaźnioną sobie trupą cyrkową, w towarzystwie której dotrzeć ma nadzieję do Rietvy. Ten bard winnie niewinny o reputacji nienaruszonej.
Chwyta za lutnie, miękko szarpie w struny i śpiewa, dokładając ostatni element do utworu, który przez tyle długich lat powstawał.
Nie mam nic, zdmuchnęła mnie ta zima całkiem.
Choć nie wie tak naprawdę, pojęcia nie ma i nie myśli o tym jeszcze, co przyniesie mu zima.
BARD / WĘDROWNY / ZŁODZIEJ TOŻSAMOŚCI
W tytule Tadeusz Miciński –
Lilie wodne, piękny arcik pochodzi od
AveMachina, zaś liliowe tło od
rawlpixel - freepik. Na sterowanie Lilianem zezwalam, chociaż prosimy pięknie o wcześniejszą konsultację, zapraszamy cieplutko! Za wszystkie zmagania i doradztwa związane z powstawaniem tej kapejki serdecznie dziękuję Nowalijce i Iskrze, my beloved girls |
KONTAKT: lady.ariana4455@gmail.com / ailean#9415
SIŁA: 3 SZYBKOŚĆ: 4 ZWINNOŚĆ: 5 KONDYCJA: 3 MĄDROŚĆ: 5 CHARYZMA: 10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz