W momencie, gdy pogrywanie na harfie w miejscowych karczmach nie wystarczało na opłacenie rachunków, Isoniah podejmował się wykonywania najbardziej różnorodnych zleceń, jakie mógł znaleźć na tablicy. Począwszy od poszukiwań zaginionej maskotki, a kończąc na zabiciu niedźwiedzia. Dotknął dłonią jednej z powiewających ulotek i przyjrzał się jej bliżej, kiedy ta w końcu przestała powiewać na porywistym wietrze. Wystarczyło, że młody mężczyzna przeczytał nagłówek, a na jego twarz wkradł się drwiący uśmieszek. Pieniądz to jednak pieniądz, a czynsz sam się nie zapłaci. Wypytał miejscowych, gdzie dokładnie znajduje się gospodarstwo starszego mężczyzny i ruszył w tamtą stronę, aby dopytać o jakieś szczegóły, w końcu z samej ulotki niewiele wynikało, a na miejscu mógł przyjrzeć się ewentualnym śladom. Dotarcie nie zajęło mu zbyt wiele czasu, farma pokrzywdzonego znajdowała się bowiem około pół godziny drogi od głównego rynku. Rozejrzał się dookoła, próbując dostrzec zleceniodawcę, ale choćby nie wiem, jak wytężał swój wzrok, nigdzie nie mógł spostrzec staruszka. Westchnął cicho, myśląc, że pewnie jakiś dzieciak znów zrobił sobie żarty, ale w ciągu kilku sekund z domku wyleciał z hukiem poszukiwany przez Isoniaha osobnik. Tak, wyleciał i to dosłownie, razem z drzwiami od gospody. Wnioskując po krzykach wydobywających się ze środka, musiała to być jego żona. Czemuż się dziwić, skoro tracą ich jedyny zarobek, to aktualnie nie byli w najlepszej pozycji. Białowłosy zdobył się na wymuszony uśmiech współczucia i podszedł bliżej, chcąc pomóc babrającemu się w śniegu mężczyźnie.
— Znalazłem ten list na głównym rynku, jak mniemam, to pan go tam powiesił? — zaczął, choć nadal nie był pewny czy to wszystko nie jest nieśmiesznym żartem.
— Ja…tak, proszę, pomóż mi, żona wyrzuciła mnie z domu, zagroziła, że póki nie dowiem się, co dzieje się z naszymi kaczkami, nie wpuści mnie do środka, nie chcę zamarznąć na śmierć, błagam! — wykrzyczał, był przerażony i wyglądał, jakby miał zaraz się rozpłakać.
— W porządku, po to tu jestem… — Rozejrzał się ponownie. — Mogę trochę się tutaj pokręcić? Chciałbym sprawdzić, czy sprawca nie zostawił jakichś śladów.
— Ależ oczywiście drogi panie! Mogę nawet sam oprowadzić! — Niemal wydarł się na całe gardło.
— Nie ma takiej potrzeby, proszę się gdzieś schronić, chyba że chce pan dopełnić wolę swej żony i zamarznąć na śmierć. — Spojrzał na niego z politowaniem i wziął się do pracy.
Z racji, że kolejne warstwy śniegu spadły na ziemię, ciężko byłoby cokolwiek odszukać bez rozkopywania go, a sprawy nie ułatwiał fakt, że wszelkie ślady zostały zakryte. Okazało się więc, że z pozoru łatwe zadanie okazało się jednak trudniejsze, niż można się było tego spodziewać. Miał już nawet zacząć kląć pod nosem, ale udało mu się w końcu znaleźć coś, co było początkiem w wielkim morzu poszlak. Pióro, kacze pióro, a za nim kolejne, wyglądało, jakby ktoś próbował co najmniej ją tutaj oskubać. W pewnym momencie ślad jednak się urywał, na tyłach gospodarstwa, gdzie poprowadziły go pierze, znalazł martwą kaczuchę. Dopiero po chwili dostrzegł, że miała ona zabarwione skrzydło od spodu. Jeśli wszystkie gospodarz oznaczał w taki sposób, to mogło go to zaprowadzić do potencjalnego sprawcy. Czekało go teraz tylko dopytanie mieszkańców kto jeszcze zajmuje się hodowlą tych uroczych stworzeń. Miał wrażenie, że wpakował się w coś, co zaczyna rozwijać się niczym tandetny kryminał napisany przez porzuconą wdowę, tak, miał okazję przeczytać to i owo, w akademii można znaleźć wiele ksiąg. Potrząsnął głową, aby wyrzucić wszystkie niepotrzebne myśli i skupić się na tym, po co tu przyszedł. Nawet jeśli przeczesał niemalże każdą farmę, nie posunęło go to ani o krztę do przodu. Nieco poirytowany rzucił pod nosem niezrozumiałe słowa i obrzucił morderczym spojrzeniem pewną młodą kobietę. Nie wiedział, czy to jakiś cud, ale do sukni owej damy przyczepione było pióro, tak, dokładnie tak samo zabarwione, jak to, które widział u kaczki swojego zleceniodawcy. Podążył więc za nią, starając się nie pokazać, że kogoś śledzi. W końcu, gdy kobieta dotarła na miejsce, dokładniej do starej, spalonej do połowy szopy, ukrył się za winklem, by móc spokojnie obserwować bieg wydarzeń.
— Wstrętny staruch, na samą myśl, że jest moim ojcem, robi mi się niedobrze, to przez niego moja matka popadła w depresję i skoczyła z balkonu. — Usłyszał szloch.
— Droga pani, zrobiłam to, o co prosiłaś, a także pozbyłam się wszelkich dowodów, to znaczy… zakopałam je w lasku — oznajmiła kobieta, którą śledził.
— Dziękuje ci, Aramo — kobieta powiedziała krótko, po czym Isoniah mógł usłyszeć, jak jej kroki stają się coraz cichsze.
Teraz musiał znaleźć tylko miejsce, o którym rozmawiały, potrzebował chwili, by zastanowić się, gdzie w pobliżu jest jakiś lasek. W momencie, w którym miał już wolną drogę, prześlizgnął się niezauważalnie i udał się tam, gdzie znalezienie zwłok kaczek zdawało się mieć największy sens.
Ku jego zdziwieniu nie zostało ono jeszcze przysypane śniegiem, co znacznie ułatwiło jego pracę. Z mrocznej energii wytworzył łopatę, by móc odkopać znalezisko. Wszystko byłoby pięknie, ale upierdolił się mokrą ziemią.
— Naprawdę? — westchnął ciężko.
Powrócił do czynności i gdy w końcu zobaczył pierze, niemal krzyknął z radości. Kto by pomyślał, że ucieszy się tak bardzo na widok zmoczonego, śmierdzącego padliną pierza. W dole znalazł dokładnie to, czego potrzebował, czyli dowody. Głupia kobieta nie zauważyła, jak do zbiorowej mogiły wpadł jej rodowy pierścień. Schował go do kieszeni płaszcza i przykrył ziemią to, co wcześniej odkopał. Uradowany swym znaleziskiem niczym małe dziecko na widok cukierka powędrował ku gospodarstwu starszego mężczyzny. Na miejscu zastał go siedzącego pod wiatą szopy, razem z kaczkami.
— Znalazłem winnego, była nim pana córka — oznajmił.
— Ale… ale ja nie mam córki! — Omal nie zdarł sobie gardła.
— Wygląda na to, że jednak pan ma i nie zamierzał się pan tym dzielić. Nie będę wnikał, bo to nie moja sprawa, ale pański romans zabił panu kaczki. — starał się brzmieć jak najbardziej poważnie. Rzucił mu rodowy pierścień, a starszy mężczyzna w obawie przed wydaną tajemnica zapłacił mu nieco więcej, a usatysfakcjonowany
Isoniah mógł pozwolić sobie na drobną nagrodę w postaci wizyty w karczmie. Morał z tego taki, że zanim zlecisz komuś rozwiązanie twego problemu, upewnij się, że za sprawą morderstwa twoich kaczuch nie stoi przypadkiem twoja własna córka spłodzona z kochanką.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz