Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilian. Pokaż wszystkie posty

13.08.2022

Od Liliana cd. Ashera

Lodowate spojrzenie fioletu przeszywało na wskroś smukłą poety sylwetkę, gdy ten – niespodziewanie i nader bezdusznie mównicy pozbawiony – milczał, wsłuchując się w kolejne słowa swego towarzysza.
Lilian pochylił się nad stołem i oparł podbródek o otwartą dłoń, pozwalając czarnym brewkom powędrować do góry w jawnym zainteresowaniu. Choć nie powinien, zdecydowanie nie powinien, miał wrażenie, jakby właśnie był prowodyrem niespotykanego dotąd zjawiska. Asher przecież nie mówił dużo. Tak właściwie, w jego obecności nie mówił praktycznie wcale. Burczał jeno pod nosem pojedyncze słówka i zdania, oszczędnie kręcił głową lub przytakiwał. Czasem, całkiem zobojętniały, odchodził bez słowa, ot tak, jakoby wszelkim jestestwem barda tak absolutnie wyczerpany, że nie pozostawało mu już nic innego, niż tylko nie zwracać na niego uwagi. Aż tu w końcu… taki słowotok! Ten przedziwny najemnik, impertynencki przyjaciel Jagody, którego dmuchający w żagle wiatr przywiał statkiem aż do mroźnej Rietvy, ten zrekrutowany w odległych terenach Sceiv Astua tak rygorystycznie, że naturalnym stanem rzeczy – poeta potrzebował sporo czasu i kilku ważnych podpowiedzi od Rivanni, zanim zdołał to zrozumieć – milczenie musiało być mu wygodniejszym, wreszcie zdołał wydobyć z siebie tych kilka, niewymuszonych zdań monologu. Monologu, trzeba było przyznać, całkiem w swojej rozciągłości imponującego!
Nie krył czającego się na dnie modrej tęczówki entuzjazmu. Podobało mu się, że jego rozmówca nie przebierał w środkach. Że nie mówił, a przemawiał. I że przemawiając w końcu, nie robił tego bezmyślnie; byleby tylko słowa z ust płynęły, byleby być słuchanym. Poeta powoli zaczynał rozumieć, dlaczego spośród wszystkich Ciem, Jagoda zdecydowała sobie upatrzyć akurat Ashera.
Dobrze więc, spróbował zebrać myśli. Tyle spraw do wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć?
— Szukasz drugiego dna — podjął. — Uzasadnienia moich lekkomyślnych wymysłów, które – popraw mnie, jeśli się mylę – uważasz za idiotyczne i nierozważne, ponieważ są nieposłuszne wszystkiemu, czemu posłuszny powinienem był być. Takiego uzasadnienia, które na prosty, chłopski rozum będzie brzmiało na tyle sensownie i pragmatycznie, żeby pozwolić ci zrozumieć, dlaczego mnie, wielkiemu poecie o nieskazitelnej opinii, zależy na twoim towarzystwie aż tak bardzo, że jestem skłonny zaryzykować swoją karierą, pozycją na dworze i wszystkimi przywilejami z powyższymi związanymi. To bardzo ujmujące, że tak przejmujesz się moimi losami. — Przechylił głowę na bok, uśmiechnął się filuternie. Palcami niespiesznie wystukał na policzku rytm tylko jemu w tej chwili znanej piosenki. — Ale co jeśli powiem ci, że takiego drugiego dna wcale nie ma, a ja niczym nie ryzykuję? Że to nie kwestia żadnych zawiłości, tajnych planów czy czegokolwiek innego, czego mógłbyś się jeszcze spodziewać? Chętnie wszystko ci wyjaśnię.
Wyprostował się dostojnie. Chwycił za kielich, uniósł w geście toastu i zatrzymał na wysokości ust.
— Zanim jednak zacznę, napijmy się. Za naszą współpracę. Niechaj każdy z nas wyniesie z niej zamierzone korzyści.
Asher nie wyglądał na przekonanego. Niezrozumiale wymruczał pod nosem coś, co sądząc po wyrazie twarzy w doborze słów było raczej mało cenzuralne. W końcu powoli i jakby niechętnie przysunął czarkę do ust. Nawet nie trzeba było go długo zachęcać. A to dopiero sukces!
Bard uśmiechnął się triumfalnie. Upił niewielki łyk, rozkoszując się wykwintnością trunku. Na powrót do Rietvy powinien zabrać ze sobą dobrych kilka butelek. Z całym szacunkiem do enryńskich trunków – niby działały na człowieka tak, jak działać powinny, ale jeśli nie było się zatwardziałym w boju alkoholikiem, ciężko było to coś przepuścić przez gardło bez większych uszczerbków na kubkach smakowych.
— Czy to oznacza, że wracamy do poprzedniej formy komunikacji; ja mówię, ty milczysz? Szkoda. Zdążyłem się już przywiązać do tej bardziej rozgadanej strony twojego oblicza. — Zażartował, udając lekkie rozczarowanie. Fakt faktem, naprawdę spodobał mu się Asher w ulepszonym wydaniu, ale w zasadzie wszystko było mu jedno. Grunt, żeby jakoś się porozumieć. Jemu rola mówiącego nie stała na przeszkodzie do niczego. — Byłoby niezmiernie miło, gdybyś mnie nim czasem jeszcze zaszczycił.
Najemnik westchnął ciężko, wyraźnie szykował się, żeby coś powiedzieć. Lilian jeszcze nie wiedział co, ale i tym razem po samym wyrazie twarzy nietrudno było się mu domyślić.
— No dobrze, dobrze już! — zdążył uprzedzić niechciany rozwój wydarzeń. — Nie musisz nic mówić i proszę, nie patrz na mnie w ten morderczy sposób. Ręczę słowem, że właśnie zamierzałem przechodzić do brzegu.
Odłożył kielich na drewnianą ławę. I spoważniał odrobinę. Czas, zdawało się, najwyższy. Czyjaś cierpliwość w zatrważającym tempie zbliżała się do niewidzialnej, acz łatwo wyczuwalnej w spojrzeniu i czynach granicy.
— Nie ma najmniejszej potrzeby martwić się, że twoja obecność podczas przyjęcia zaalarmuje któregokolwiek z zainteresowanych kupnem mojej prowincji członków rady. Powód tego banalnie prosty – kolejność będzie zupełnie odwrotna od tej, którą mylnie musiałeś z góry założyć. Najpierw czekają nas formalności, a więc zgromadzenie, podczas którego zostanie podjęta decyzja o przyszłości podległych mi ziem, dopiero później zaś – wielki czas przygotowywań i w końcu, pod koniec tygodnia, bal. Dla nas będzie to tylko jeden dzień katorgi i konieczności podporządkowywania się urzędowym konwenansom, ale dla Jaśnie Oświeconej wszystko trwa już teraz, kiedy my beztrosko popijamy wino i czekamy na ciepłą strawę. Nic dziwnego, że w ramach zwieńczenia będzie chciała nareszcie odpocząć i porządnie się wybawić. Przypuszczam, że stąd wzięła się decyzja o kameralnym gronie, w które z okazji swojego powrotu zostałem wliczony.
Przerwał, żeby wziąć kolejny łyk wina. Większy tym razem. Od tego ciągłego gadania zdążyło odrobinę zaschnąć mu w gardle.
— Jak już wiesz, bal będzie maskowy, stąd też nie przejmowałbym się specjalnie, że ktoś rozpozna cię już po fakcie. Mnie, rzecz jasna, nawet i w masce zdoła zidentyfikować każdy. Ale też na mnie większość uwagi będzie się zapewne skupiała — stwierdził nieskromnie. — Szczerze wątpię, że o tobie ktoś do tego czasu będzie jeszcze pamiętał. Przed ich oczyma przejawiają się dziesiątki sylwetek dziennie, a ochroniarz u boku szlachcica nie jest nikim, kto mógłby zwrócić ich szczególną uwagę. Tutaj rzecz raczej codzienna. Co zaś się tyczy mojego wyboru, sprawa przedstawia się następująco: to moje zaproszenie i mogę z nim zrobić to, co żywnie mi się podoba, wedle osobistego upodobania i nie bacząc na opinie wielmoży, którzy – kolokwialnie mówiąc, zwykli jadać mi z ręki — i tym razem nie pochwalił się pokorą. Nie bez powodu. Towarzystwo go uwielbiało. — A ja mam upodobanie zabrać ze sobą właśnie ciebie, mój nadzwyczaj niereformowalny towarzyszu. Ponadto, moim życzeniem jako twojego tymczasowego pracodawcy jest, żebyś chociaż spróbował rozpatrzyć tę propozycję pozytywnie. Taka szansa nie powtórzy się prędko, pozwól sobie z niej skorzystać! — Pochylił się do przodu, uważnie powłóczył spojrzeniem po sylwetce najemnika. — Uważam, że nie wyjdzie ci to na złe. No wiesz, przypomnieć sobie, jak to wszystko wygląda u ludzi wyższych sfer. Bo wiesz, możesz sobie mówić, jaka to wielka przepaść nas dzieli, ale ja w życiu nie uwierzę, żeby jakikolwiek marginalny wiarus bez wykształcenia był w stanie określić siebie samego w taki fantazyjny sposób, jak przed chwilą to zro… — Urwał nagle. — Och, czy ty też to czujesz? Coś mi podpowiada, że nadchodzi nasz posiłek. Nareszcie. Już nie mogłem się doczekać.
Obydwa spojrzenia jak jeden mąż powędrowały w stronę drewnianych drzwi oddzielających część kuchenną od izby głównej. Zgodnie z przypuszczeniami barda, drzwi zaskrzypiały piskliwie, żeby zaraz wypuścić z pomieszczenia dwie sylwetki. Oberżysta i jego młodziuchna, jasnowłosa córa wspólnie podążyli w kierunku zajmowanej przez Liliana i Ashera ławy, niosąc ze sobą pełne misy gorącego, roznoszącego za sobą apetyczną woń apreńskich specjałów jedzenia. Lilian ukradkiem zerknął na najemnika, z lekka zarozumiały uśmieszek zatańczył w kącikach jego ust. Dobrze wiedział, gdzie zabrać swojego towarzysza, żeby już podczas pierwszych chwil w Królestwie Apreńskim wywrzeć na nim dobre wrażenie. Z dumą mógł powiedzieć, że miał w tej kwestii porównanie jak mało kto. Znał ten kraj jak własną kieszeń. Grywał w każdej, lepszej oberży. Pijał wino i smakował lokalnych przysmaków. Jeśli pytać kogoś o polecenie godnego lokalu do roztrwonienia pełnej sakiewki monet, to jego właśnie. Jak dobrze było być bardem.
— Roche, ależ to wszystko pięknie pachnie! Koniecznie dopilnuj, żeby kucharz został dzisiaj sowicie wynagrodzony. — Powiedział Lilian, obserwując talerze jeden po drugim wypełniające pustą do tej pory przestrzeń drewnianej ławy. Właściciel gospody odpowiedział dosyć pazernym w odbiorze wyszczerzem. Nic w zasadzie dziwnego. Któż by nie był zadowolony, gdyby jednego dnia wydano u niego tyle pieniędzy. — Najdroższa Marilko, aleś ty wypiękniała! Dziękujemy wam, dziękujemy. Pewien jestem, że uczta będzie godna zapamiętania.
Młodziuchna Marilka ukłoniła się skromnie w podzięce. Z zachwytu aż cała pokraśniała.
— Śmiało, częstuj się! — zachęcił najemnika, kiedy na powrót zostali tylko oni dwoje. Samemu sobie bez zbędnego ociągania podsunął pod nos misę z zupą rybną. — Nie byłem pewny, co jadasz, więc poprosiłem o przygotowanie każdego dania z dzisiejszej oferty. Gicz cielęca duszona w warzywach, z grzybami i fasolką. Comber jagnięcy pieczony z bakłażanami, boczek wieprzowy w piwie podany z glazurowanymi śliwkami. Łopatka dzika pieczo…
— Lilian. — Asher przerwał wyliczankę. — Do rzeczy.
— Tak, tak. — Pokiwał głową, nie słuchając. Zamoczył łyżkę w zupie, skosztował. — Przepyszne. Chcesz spróbować?
Najemnik założył ręce na klatce piersiowej. Jego spojrzenie po raz kolejny ściągnęło barda z powrotem na ziemię.
— Hmmm… zapomniałem o czymś wspomnieć? Wydawało mi się, że wyjaśniłem już wszystko. — Zdziwił się po chwili namysłu. — Kwestię ożenku, jeśli nie masz nic przeciwko, pozwolę sobie ominąć. Tutaj nie ma zbyt wiele do omówienia. Powiedzmy, że tego typu związki nieszczególnie mnie interesują. Ciebie też chyba niekoniecznie, mam rację? W końcu ożenku nadal brak. A my nie młodniejemy. — Sparafrazował słowa samego Ashera, całkiem niedyskretnie posyłając mu oczko. — Więc chyba powinieneś mnie zrozumieć.
— Ojej. — Nie zdążył udzielić najemnikowi czasu na odpowiedź, zanim zerwał się w miejscu, jeszcze na chwilę decydując się na odłożenie posiłku. — To przypomniało mi o jeszcze jednej, ważnej sprawie, którą chciałem ci zakomunikować. Okazało się bowiem, że zabrakło izb sypialnych dla nas obydwóch. Dlatego zmuszeni będziemy zmieścić się w jednej.

26.07.2022

Od Liliana cd. Jagody (do Ashera)

― Podziękujesz mi później.
Jagoda zacisnęła palce na kratach tak mocno, że aż knykcie jej pobielały.
― Prędzej psy zaczną dupami szczekać, niż ja ci za cokolwiek podziękuję ― warknęła z pogardą i splunęła Lilianowi prosto pod nogi.
Bard wykrzywił usta w grymasie ni to niedowierzania, ni obrzydzenia. Spojrzał na Jagodę, na czubki swoich butów i raz jeszcze na Jagodę. W błękitnej tęczówce malowało się pytanie – czy to naprawdę było potrzebne? Litości, odrobiny kultury osobistej nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
― Nic a nic się przez te lata nie zmieniłaś ― skomentował, stawiając niewielki krok do tyłu. Zapobiegawczo. Asekuracyjnie. Miał wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, w krótkim czasie ucierpi coś znacznie więcej, niż tylko jego buty. Włosy? Twarz? O nie, nie. Nie na darmo wtapiał się w tłum, żeby obrywać mimo wszystko. ― Tym bardziej rad jestem, że już niedługo stąd wychodzimy. Przebywanie w więziennym towarzystwie mogłoby zadziałać na twoją niekorzyść.
― Głuchy jesteś? ― Wtrącił ponownie siwowłosy, tym razem decydując się na podejście do rodzeństwa. Krok miał wolny i ciężki, ale nie utykał – a może z resztek sił starał się nie utykać i skutecznie mu to wychodziło? Lilian zaryzykowałby, stawiając na to drugie. ― Powiedziałem, że możesz sobie iść. Zgrywaj wybawcę gdzie indziej, my łaski twojej nie potrzebujemy.
Bogowie, pomyślał Lilian. Kim ten mężczyzna jest, skoro wydaje mu się, że może stawać między mną a Jagodą? Kimś ważnym, jeśli ona mu na to pozwala. Zresztą, to nieistotne. Może dla niej. Ale nie dla mnie.
― Łaską bym tego nie nazwał. ― Zadarł podbródek do góry, żeby spojrzeć nieznajomemu w oczy. Dopiero z bliższej odległości, kiedy ten zatrzymał się za plecami Jagody, miał okazję przyjrzeć się mu nieco lepiej. Fioletowa tęczówka łypała wrogo, nie przejawiając najmniejszej chęci współpracy ze strony właściciela. Rozpłatane czoło i włosy bardziej karmazynowe od lepkiej, zaschniętej krwi, aniżeli białe, przyprawiały o ciarki. ― Ale wizyta u medyka, ciepły posiłek i porządna kąpiel przydadzą się wam obydwu jak najrychlej. Przecież widziałem, co z wami zrobili, ledwo na nogach staliście. Dla skuteczniejszej argumentacji pozwolę też sobie wspomnieć, że niektórzy ― uniósł znacząco brew, wzroku od twarzy najemnika nie odrywając ― nie stali w ogóle.
― Teraz cię sumienie ruszyło! ― Jagoda szarpnęła za kraty, zardzewiała kłódka zabrzęczała nieprzyjemnie dysonującym w uszach dźwiękiem. Przez krótką chwilę bard zastanowił się, czy nie powinien dać siostrze więcej czasu. I zanim znów zdążyła otworzyć usta, zdołał rozmyślić się trzy razy. ― Gdzieś je schował, kiedyśmy się sami wczoraj napierdalali?
― Och, więc o to chodzi ― zaśmiał się, niespodziewanie wielce czymś rozbawiony, o dotychczasowym ciężarze atmosfery bez większego wysiłku zapominając. ― Macie mi za złe, że do was nie dołączyłem. Zapewniam, że nic dobrego z tego by z tego nie wyszło, narobiłoby się nam wszystkim więcej niepotrzebnych kłopotów. W przeciwieństwie do was, ja pięściami i mieczem nie pracuję. Tylko głosem i twarzą.
Nie chodziło wyłącznie o to, że bał się oberwać prosto w twarz, stracić przytomność i wylądować w brzydkiej, śmierdzącej szczochami, szczurzymi odchodami i ubóstwem celi; takiej właśnie, której dostało się stojącej przed nim dwójce. I pozostałym, wyjątkowo nieprzeszkadzającym i milczącym jakimś – Lilian nie wnikał, ich losy obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale o reputację własną musiał dbać. Jak wytłumaczyłby się z takiej kabały opinii publicznej?
― Dupą chyba ― podsumowała czarnowłosa, po czym odeszła od krat i odwróciła się do nich plecami. I tyle, zdawałoby się, z rozmowy. Jagoda straciła cierpliwość, tę swoją już i tak nad wyraz ulotną. A ten drugi, poecie nadal nie było dane poznać jego imienia, do rozmowy niespecjalnie się palił. Tylko ta fioletowa tęczówka z góry łypała wciąż wrogo. Warunki zgoła niełatwe. Ale to wcale nie tak, że dla Liliana stanowiło to jakąkolwiek przeszkodę.
― Ten twój agresywny kundel, który podarł mój nowy, adamaszkowy płaszcz ― podjął i przerwał zaraz, nazbyt przejęty wnikliwą obserwacją więziennych ścian i zakamarków. Gdzie nie wilgoć, tam… wszystko inne. Żeby niczego nie pominąć, trzeba byłoby sporządzić naprawdę długą listę. Już od dawien dawna nie musiał przebywać w takim brzydkim, zapuszczonym miejscu jak to. O więzieniu nie wspominając. ― Precel, o ile mnie pamięć nie myli. Przyczepił się do mnie jak ten ostatni rzep i nie chciał odpuścić aż do samego zajazdu. Nie wiedziałem co z nim zrobić, a gapił się na mnie tymi wielkimi ślepiskami, więc zabrałem go ze sobą do środka. Właściciel co prawda gniewał się z początku, ale ubłagałem go bez problemu. Dobrze mu chyba ze mną było, w sensie psu. Nażarł się resztek z mojej kolacji, że aż uszy trzęsły. A potem…
Ciężki, obcy krok i towarzyszący mu charakterystyczny brzdęk kluczy zapowiedział powrót strażnika, w w mig zmuszając poetę do przerwania opowieści. Ten dostosował się, choć z wielkim bólem serca, co było potem nie dokańczając. Szkoda. Gdyby stary dziad pojawił się odrobinę później, zdążyłby jeszcze opowiedzieć o tym, co Precel przez jedną noc zdążył napsocić w jego pokoju i jak na ten niewielki remont zareagował właściciel austerii.
― Jestem, jestem. Skubane zapodziały się gdziesik. ― Odezwał się zbrojny, obracając pęk kluczy wokół palca. ― Szczeniaki nie sprawiały problemów, panie Deslys?
Lilian z nagła poczuł ciężkie, dokuczliwe ukłucie w sercu. No tak, no przecież. Vincent Deslys, takoż się teraz nazywał. Ten, którym nigdy nie chciał być i ten, którym po dziewięciu długich latach, dla dobra własnego pozostać musiał. Och, jak dobrze znów było pobyć Willisem przez te kilka krótkich chwil, zanim rzeczywistość ściągnęła go z powrotem na ziemię. Wiedział, że nigdy nie zdoła zaakceptować, że ludzie mają go za kogoś, kim nigdy się nie urodził. Ale z czasem mógł przynajmniej zacząć się do tego powolutku przyzwyczajać. Z czasem. I czasem. Ale nie teraz, nie w pobliżu Jagody.
― Najmniejszych ― poręczył, kątem oka zerkając na Jagodę. Wydawała się trzymać. Jakoś. Pięści zaciskała mocno, jakoby już szykowała się do wyładowania ich o jego twarz zaraz po wyjściu zza krat.
― Aż dziwota. Rzadko się tu zdarza, żeby ćmy komu kłopotów nie sprawiały. Widać im ta bójka wczorajsza naprawdę w kość dała. Może w końcu sobie od nich odpoczniem, hehe. ― Strażnik zaśmiał się chamowato, wyszczerzył pożółkłe zęby, w końcu decydując się na odnalezienie właściwego klucza z pęku i wsadzić go do kłódki. Ciche brzdęk i ćmy, jak to ich dostojnie nazwano, były na wolności. ― No już, wyłazić. Jeno powolutku, grzeczniutko. Nie dziwować mi tutaj, bo zara nazad wrócą.
Lilian, choć z pewnym uśmiechem na twarzy, uważnie przyglądał się Jagodzie, która obolałym krokiem skierowała się do wyjścia – za nią, niby sznurem pociągnięty, białowłosy. Rozum podpowiadał bardowi, że powinien się usunąć z drogi, ustąpić trochę miejsca na przejście. Nie wadzić, żeby nie krzyczeć o guza głośniej, niż to było konieczne. Tyle, że on nie chciał usuwać się z drogi. I tym bardziej, nawet jeśli powinien, nie chciał uciekać.
― Prawda to, co gadają niektórzy ― Żółte Zęby przerwał chwilę napiętej ciszy, przeskakując spojrzeniem między Lilianem a Jagodą. ― Że ta mała strasznie podobna do do szarpidruta, co to się ostatnio w Velten pojawił. Żeśta są jak dwie krople wody normalnie.
― To dlatego, że jest moją adoratorką. ― Wypalił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Lepsze jakiekolwiek wytłumaczenie, niż żadne, prawda? Wyszczerzył białe ząbki, dumnie wypiął pierś do przodu. ― W dzisiejszych czasach wystarczy zmienić fryzurę, żeby się do kogoś upodobnić, nic łatwiejszego. Teraz ― odwrócił się plecami do strażnika, ruszył przed siebie ― proszę wybaczyć, ale musimy już wychodzić. Nie mam całego dnia, wieczorem gram.
― Eee… ale…
Lilian zatrzymał się, obrócił na pięcie.
― Tak?
― Bo… ― Żółte Zęby podrapał się po głowie, wyraźnie skonfundowany ― trafił z nimi jeszcze taki jeden, rudy taki i wysoki. Tylko żeśmy go wsadzili do innej celi, bo tutaj już miejsca nie było.
― No tak, on. Zapomniałem. ― Lilian wzruszył ramionami, lekceważąco machnął ręką i znów obrócił się na pięcie. ― On zostaje jeszcze jedną noc, przyjdę po niego jutro. Uważajcie, żeby nie uciekł wam zbyt wcześnie. Właściwie, na waszym miejscu sprawdziłbym, czy już tego nie zrobił. Bywaj!
― Chciał zrobić krzywdę Jagodzie. Należy mu się dodatkowa noc ― dodał znacznie ciszej, zrównując kroku z poszkodowaną dwójką. Dopiero kiedy z ciemnego i śmierdzącego wilgocią budynku wyszli na mroźną uliczkę, dokładnie przyjrzał się każdemu z osobna, po czym żywo podszedł do jeszcze bezimiennego najemnika, wyciągając dłoń w geście powitania. Takiego prawidłowego. Bo do tej pory żadnej, dobrej okazji nie mieli. ― Lilian. Starszy brat Jagody. No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.

17.04.2022

Od Liliana CD. Ashera

— Przyjemność po mojej stronie. — Lilian ukłonił się filuternie, bez wymuszonej sztuczności, która ceniona i pożądana zdawała się być jedynie na dworach, wśród arystokracji. — Ręczę słowem, że zostawiasz swojego przyjaciela w dobrych rękach, a jeśli pewnego dnia przyjdzie się nam jeszcze spotkać, chętnie opowiem ci o tym pobycie osobiście i ze wszystkimi szczegółami. Żegnaj, Rivanni. Niechaj wiatr ci sprzyja!
— Rivanni — dodał Asher, ograniczając się do pożegnalnego skinienia głową.
Kapitan odpowiedziała tym samym. Proste skinienie, najprostsze z możliwych, oszczędne i niepotrzebnej gestykulacji pozbawione – niby takie samo jak poprzednie, w wykonaniu Rivanni wydawało się jednak o stokroć swobodniejsze, żywsze. Przyjemniejsze w odbiorze.
Odeszła, śpiesząc do własnych spraw i własnej załogi. Odprowadzili ją wzrokiem. Sylwetka piratki, chociaż w barwności swojej do przeoczenia niełatwa, prędko zaczęła tonąć w napływającym z każdej strony, apreńskim rozgardiaszu. Aż w końcu zatonęła na dobre. Pośród wykonujących swoją robotę rybaków, marynarzy i chłopców na posyłki, przekrzykujących jeden drugiego handlarzy, pośród żon z dziećmi na rękach radośnie wpadających mężom i ojcom w ramiona po długich miesiącach rozłąki oraz rozproszonych po porcie nowoprzybyłych, pytających o drogę kogo i jak popadnie.
— Żadnego “miło było”, “uważaj na siebie” ani “do zobaczenia”? Doprawdy, aleś ty wylewny — zauważył Lilian, ukradkiem zerkając na białowłosego, który miał mu być towarzyszem i eskortantem przez najbliższe kilka tygodni. Uniósł brwi, zaskoczenia malującego się w ciemnoniebieskiej tęczówce nie kryjąc i zamiaru nie mając.
Lilian wiedział, że Asher i Rivanni poznali się bardzo dawno temu w specyficznych dosyć okolicznościach i że to było ich pierwsze spotkanie od tamtego czasu. Wiedział, że bardzo dawno temu kapitan pomogła dezerterowi uciec ze Sceiv Astua do Enrynu statkiem przemycającym emigrantów rjuske. Lilian wiedział więcej, niż wspomniany dezerter prawdopodobnie życzyłby sobie, żeby wiedział. Część tej wiedzy zdobył samodzielnie, z obserwacji. Czasem zupełnie przypadkowo, w towarzystwie i przy odpowiednim trunku, kiedy mniej baczy się na słowa i mówi się więcej, czasem – kiedy trzeba było uważniej nadstawić ucha, szarpnąć w struny znacznie delikatniej, żeby być w stanie lepiej dosłyszeć – niekoniecznie. Pozostałą częścią podzieliła się z nim sama Rivanni. Chętnie. Wystarczyło tylko zapytać. W tajemnicy.
— Jaki ty masz problem, co? — Najemnik, o dobre kilka cali od barda wyższy, z wolna skierował twarz w jego stronę, zmierzył wrogo spod ukosa. W tych oczach o niecodziennym kolorze fijołków, oczach intrygujących i tajemniczych, nie sposób było dostrzec czegokolwiek, co jawić mogłoby się jako cień sympatii. Miały wyraz surowy i chłodny, jakoby po tylu latach spędzonych w mroźnej Rietvie zapomniały, jak to jest jeszcze dzielić się ciepłem z kimkolwiek.
— Problem, nie-problem. Mówię, jak widzę, a widzę, że jesteś mało wylewny. Ot, cała filozofia — odparł niefrasobliwie, wzruszył ramionami. Rozglądając się dookoła celem dokonania rozeznania w okolicy, na czuja włożył pozostałe, starannie zapakowane kawałki grillowanej ryby do skórzanej torby przewieszonej na misternie zdobionym paseczku. Po niedługiej chwili zastanowienia nad najlepszą drogą, ruszył przed siebie, w kierunku miasta. Obejrzał się za siebie przez ramię, na białowłosego, sprawdzając, czy nadąża. Nadążał. Ale trzymał się z tyłu. Chyba celowo.
Lilian zrównał kroku.
— Możesz robić sobie kwaśne miny i udawać, że nie wiesz o czym prawię, aczkolwiek ja ślepy nie jestem — kontynuował, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Widziałem dobrze, jak beztrosko sobie tutaj rozmawialiście, a swobodnie, zanim przyszedłem i znów ukryłeś się przed całym światem za swoją maską gburowatości. Lubisz ją, nadto darzysz respektem, a to naturalne po tym, co dla ciebie zrobiła. Toteż, nie przeczę, spodziewałem się większych sentymentów.
— Nic ci do tego, bardzie — podsumował sucho Asher, zaciskając usta w wąską kreskę. Jego spojrzenie, wbrew wszystkim przypuszczeniom, że to nie mogłoby być już możliwe, nabrało jeszcze więcej wrogości.
I tyle z mojego monologu, pomyślał Lilian, walcząc z przemożną chęcią dramatycznego, umęczonego westchnienia. Kolejna nieudana próba skłonienia tego grymaśnika i męczyduszy do rozmowy. Ciężki będzie czas, och ciężki, dopóki nie zdołam go do siebie przekonać.
— Masz słuszność. Nic mi do tego — przyznał, niezadowolenia uzyskaną odpowiedzią nie ukrywając. — Chciałem po prostu porozma…
— To rozmawiaj — Asher uciął warknięciem. Do zaciśniętych ust dołączyły zaciśnięte pięści. — Rozmawiaj o pogodzie i ustrojach politycznych. Gadaj sobie nawet, jeśli musisz, o dupie marynie – mnie to gówno obchodzi. Ale wara ci, mówię to po raz drugi i więcej powtarzać nie mam zamiaru, ode mnie i tego, co łączy mnie z Rivanni.
Lilian zrozumiał. Powiedział za dużo. Powiedział stanowczo za dużo. A Rivanni ostrzegała.
— Wybacz. — Przywołany do porządku odpuścił posłusznie, zgodnie z wolą. Prośbą. Groźbą. Wystarczająco pod górkę już sobie narobił. Na siniaka pod okiem nie mógł sobie pozwolić.
Trudno, stłumił poczucie winy, to bowiem wielce mu było niewygodne. Skręcił w jedną z głównych uliczek, zrobiło się odrobinę ciszej, mniej gwarno, niemniej jednak tłocznie – im dalej od portu, tym się tłok wydawał bardziej zorganizowany. Trudno, powtórzył. Co się powiedziało, tego się nie odpowie.
— Powinniśmy załatwić ci jakiś krem. Albo maść.
Nie minęła chwila, zanim przerwał ciszę zmianą tematu. Szybką, niespodziewaną. Diametralną.
— Na słońce — sprostował od razu, dostrzegając malujący się na twarzy najemnika wyraz zakłopotania. Skrzywił się sugestywnie, zmarszczył nos, jakoby jego własny, nie ten asherowy – prosty i podłużny, cały był zaczerwieniony. — Dopiero co zeszliśmy z pokładu! W takim tempie do spotkania rady będzie z ciebie skwarka, o balu nie wspominając. Zrobię co w mojej mocy, żeby temu zapobiec.
I te cienie pod oczami, powstrzymał się od dodania na głos, sunąc po twarzy najemnika powłóczystym spojrzeniem. Musi być bardzo zmęczony. Nie dziwota, długa podróż za nami. I przed nami.
Cholera, ja też. Ja też jestem bardzo zmęczony.
— Bal? — Oczy Ashera otworzyły się szeroko. Ku zdziwieniu poety, w fijołkach w końcu zawitała jakaś emocja. Jakaś było dobrym określeniem. Niezbyt czytelna, choć raczej nic pozytywnego nie zapowiadała.
— Och — Lilian zdziwił się po mistrzowsku — nie wspominałem? Zresztą, to nic wielkiego. Kameralne przyjęcie z maskami na dworze Jaśnie Oświeconej Królowej Altei de Torrijos. I przez nią wydawane.
— Nie było mowy o żadnym balu.
— Nie było — zgodził się bez problemu — ponieważ uznałem, że będzie to dla ciebie miłe zaskoczenie, a dla mnie forma okazania wdzięczności za pomoc, jakiej zgodziłeś się mi udzielić. O której to formie oficjalnie ci teraz oznajmiam. Jako bliski przyjaciel Altei dostałem zaproszenie z możliwością przyprowadzenia ze sobą osoby towarzyszącej. Ciebie, mój prywatny eskortancie – i jednocześnie kompanie podróży, z oczywistych powodów pragnę zaprosić do przejęcia tej roli.
Lilian uśmiechnął się filuternie, puścił do Ashera oczko. Oczywiste powody były dosyć dwuznaczne.
— Chodźmy, o szczegółach chętnie opowiem ci wewnątrz czterech ścian. Znam w pobliżu przyzwoitą oberżę, podają tam całkiem smaczną zupę rybną. Zazwyczaj bywa tam dosyć tłoczno, ale znają mnie tam dobrze, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem dla nas pokoju czy dwóch. Najemy się, napijemy dobrego, apreńskiego wina i porządnie wyśpimy, na mój koszt!

24.03.2022

Od Liliana CD. Jagody (do Ashera)

— Inaczej zapamiętałem tę okolicę.
— A czego żeś się spodziewał, że wszystko będzie takie samiuśko, jakieś tu dziesięć lat temu zostawił?
— Nie o to chodzi, Julian. Rozejrzyj się — mruknął Lilian, oglądając się za siebie.
Pusta droga za nimi i pusta przed nimi, jeno śnieg, dużo śniegu i grube sople lodu – jedyne, którym ten mróz był sojusznikiem – zwisające z okiennic, kilka bezpańskich psów łypiących uważnym spojrzeniem na dwójkę nieznajomych. Miną raz na jakiś czas płot lub dwa, za którym co wytrwalsze w monotonii dzieciaki wtykają marchewkę w nos bałwana, jeden drugiego przekrzykując. Przejdzie ktoś czasem przelotem, a może przemknie raczej, ze wzrokiem spuszczonym i głową ukrytą pod płaszcza kapturem, głową zasypaną lawiną własnej codzienności, po czym znika zaraz. Widmo człowieka, wspomnienie.
Nie podobało się mu to, co widział. Nie podobała mu się ta zima.
— Tutaj brakuje życia — kontynuował przemyślenia na głos. W tym głosie niepokoju trochę, trochę niezadowolenia. Lilian lubi, kiedy jest pełno życia. I lubi, kiedy jest tłoczno. Zwłaszcza wokół jego osoby. — Nie ma do kogo podejść, zapytać, zagadać. Ludzie przestali wychodzić na ulicę, do innych ludzi.
— No i słuszność mają. Pizga, że aż w zębach dzwoni, a spotkać można się też w karczmie i to z równie żywym skutkiem — rudowłosy towarzysz zwany Julianem podsumował treściwie. — Zresztą, ja to się im nie dziwuję. Mnie po całym tygodniu roboty w tej pizgawicy to też nie chciałoby się tego białego gówna więcej oglądać. Nie każdy żyje z dostarczania ludziom rozrywki, coby pozwolić sobie na pracę w godnych warunkach, imaginuj sobie.
— Imaginuję. Jeno racz oświecić do czego zmierzasz, bo chyba nie rozumiem — skontrował, niespecjalnie biorąc sobie personalny przytyk do serca. Ujął w dłonie przewieszoną przez tułów lutnię na skórzanym, zdobionym paseczku, szarpnął palcami o struny i zaraz zmarszczył brwi w reakcji na nieczysty dźwięk, który wydała. — Przecież my obydwoje właśnie z tego żyjemy.
— Ano, właśnie. Między innymi — Odpowiedź była ani to przecząca, ani twierdząca zanadto. Bard, znający swojego przyjaciela po fachu i nie tylko po fachu wystarczająco dobrze, o doprecyzowanie prosić nie musiał. — Dlatego im te tyłki odmarzają z przymusu, a my mamy luksus pozwolić sobie na to z własnej, nieprzymuszonej woli. Przywilej artysty, kurwa jego mać. Pomyśleć, że mógłbym go wykorzystać na coś znacznie przyjemniejszego, tfu.
— Nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby to nie było ważne.
— Ach tak tak, sprawy rodzinne wagi najwyższej o stopniu wtajemniczenia tylko dla obeznanych, prawiem zapomniał! Uniżenie błagam o wybaczenie i dziękuję za uczynienie mnie szczęśliwym wybrańcem.
Ironią zaśmierdziało w chłodnym powietrzu, i w śniegu, i dałby sobie Lilian głowę uciąć, że w przeklętych soplach lodu też. Nawet w spojrzeniu jeżącego się na nich z ukrycia kocura.
— Tuż za rogiem karczma, o której wspominała Oczko, tam napijesz się piwa. Czy to będzie wystarczająco przyjemne, żebyś przestał marudzić? — Nie pozwolił się sprowokować. Julian często prowokował – nic nowego, dzień jak codzień. A jemu zazwyczaj to nie przeszkadzało.
Ale tym razem zwykłym zazwyczaj nie było. Sprawa naprawdę była ważna i nie pozwalała Lilianowi skupić się na niczym innym poza jej wykonaniem.
Sprawą była Jagoda. Konkretnie, odnalezienie jej. Po niespełna dziesięciu latach rozłąki.
— Miarkuj, bo wzruszę się zaraz. Kto to widział, tak dobrze mnie znać!
Bard parsknął pod nosem, wywrócił oczami, stosownie do prośby przemilczał. Zajął się przekręcaniem stroików w instrumencie.
Tuż za rogiem ciężkim barytonem zaszczekał pies, zaraz po nim znacznie cichszy, męski głos. Świst wysuwanej z pochwy klingi nie zdołał dwójki przyjaciół ostrzec przed potencjalnie czyhającym za rogiem niebezpieczeństwem, w punkt zagłuszony kolejnym szarpnięciem w struny.
— Kurrrw… — Julian gwałtownie zatrzymał się wpół kroku, odruchowym szarpnięciem za kołnierz powstrzymał od dalszej wędrówki także Liliana, bo ten, chwilowo nazbyt zaangażowany w strojenie lutni, żeby baczyć, co się wokół niego wyprawia, bez pomocy byłby wyhamować nie zdążył. I tyle byłoby z jego ważnej sprawy.
Szarpnięcie, w tej całej swojej odruchowości niekoniecznie delikatne, zmusiło nieprzygotowanego szarpanego do postawienia dwóch, chwiejnych kroków do tyłu celem utrzymania równowagi – szczęśliwie z powodzeniem, bo w tym niedelikatnie szarpiący już nie do końca skory był pomóc, czort go wiedział z jakich powodów.
— Uważaj jak leziesz, rzępoło przeklęty, boś nie jest już dłużej piesek królowej, co to wokół niego tuzin rycerzyków w zbrojach lata, a żeby cię tylko przypadkiem z tego twojego poetyckiego wniebowstąpienia nie wyrwać! — warknął z wyrzutem, który całkiem podstawnie zabrzmiał Lilianowi jako jeden tych wspomnianych, czarcich powodów. — Skapnąłbyś się dopiero, że cię na czubek miecza nadziali, jakby ci się w oczach mroczyć zaczęło, cholero!
Zbesztany z góry na dół, z lekka zszokowany nagłą wizją śmierci tak niechlubnej, że niegodnej nawet najnudniejszej ballady na świecie, Lilian znieruchomiał, wybałuszył wyrwane z rzekomego świata poetyckich wniebowstąpień oczy. Srebro wymierzanej w jego kierunku klingi odbiło się ostrzegawczo w oczu tych błękicie, prędko sprowadzając na ziemię.
A on jak stanął na dwóch nogach, tak stał. I się gapił.
— Cóż to, teraz kulasy posłuszeństwa odmówiły? Idziemy, wartko. Do tej twojej karczmy, co podobno niedaleko — ponaglił Julian, dziarsko klepiąc poetę po plecach. Widać, odwidziało mu się gniewać tak szybko, jak uwidziało. — A jak się tak koniecznie nadziwować potrzebujesz, to chociaż drogi nie wadź. Wybaczcie, mości eee… wojowniku, kolega coś dzisiaj nie-
— Zamorduję, zatłukę! Łeb ukręcę, wyrwę gołymi rękoma, ścierwo psom rzucę na pożarcie!
— Spokojnie panienko… ooo kurwa! — Lilian stał plecami do Juliana, nie widział go. Nie musiał wcale widzieć, żeby być pewnym, że on właśnie w tamtej chwili zrozumiał. Zrozumiał, choć musiał najpierw zobaczyć i nie jest mu już dłużej do śmiechu.
— Jagoda, siostrzy-
— Już ja ci dam siostrowania! — przerwała w połowie słowa, zmierzając w jego kierunku. Zacisnęła pięść na białym futrze, nie szczędząc siły przyciągnęła do siebie. Drugą pięść, tę trzęsącą się we wściekłości i rozgorączkowaniu, zawiesiła w powietrzu, gotowa do mordobicia. — Ty sukinkocie, psi synu, łachudro sprzedajna ty! A pożałujesz rychło, żeś miał czelność tą swoją gogusiowatą mordę tutaj pokazywać!
— Ejże!
— Poszedł won, bo zara i tobie się za tą panienkę w zęby dostanie!
— Ilya, odpuść — dodał ostrożnie Lilian, w pełni świadom powagi słów Jagody.
Ani po groźbie, ani po prośbie. Ilya nie odpuścił, próbując zapobiec bratobójstwu wdarł się pomiędzy rodzeństwo. Zgodnie z zapowiedzią, prędko za to zapłacił. Najpierw rzuciło się na niego coś czarnego, ciężkiego i kudłatego. Zachwiał się niebezpiecznie, ale w utrzymywaniu balansu doświadczony, zwinnie równowagę odzyskał. Ledwo co zdążył zakląć głośno i siarczyście, a już stracił ją ponownie pod wpływem obiecanego ciosu w twarz. Kości chrupnęły, polała się pierwsza krew.
— Ty mała… — dokończył niewyraźnie albo i może nie dokończył w ogóle, złapał się za nos, niedbale przetarł rękawem płaszcza krew strużką cieknącą na usta.
— Ani się waż do niej zbliżać, Julian.
— Patrzcie go. Pierdolony obrońca się znalazł, od siedmiu boleści!
— Co to za burda?! Rozejść się, zanim wszystkich po kolei za kraty powsadzam!
Obcy głos. Świst kolejnej klingi wysuwanej z pochwy, może dwóch. Strażnicy, pomyślał Lilian. Mamy przejebane.
— Bez obaw, panowie. Nie ma potrzeby interweniować, sytuacja opanowana — zełgał z przekonaniem, którego w rzeczywistości sam nie podzielał.
— Jużci widzę, jaka opanowana, tfu! — sarknął mężczyzna na przedzie – zdawało się, że dowódca patrolu – gapiąc się wymownie to na zakrwawioną facjatę Juliana, to na stojącą najbliżej niego Jagodę. — Bierzemy ich, chłopaki. Rudego i dziewkę.
Pierwszemu, który odważył się wykonać polecenie, przeszkodził towarzysz Jagody. Ostrzegawczo zawiesił klingę miecza w powietrzu, skutecznie odcinając drogę, spod ukosa łypiąc na strażnika ostrzegawczym spojrzeniem.
Lilian dobrze znał to spojrzenie. Ani się waż do niej zbliżać, mówiło.
— Z drogi, bo zatłukę.
Białowłosy ani drgnął. Tym samym pierwszy atak, który płynnie odparł i zaraz skontrował, ściągnął na siebie samego. Jagoda i Julian, jakoby nagle wszelkie wrogości względem siebie w niewypowiedzianym porozumieniu porzucili, solidarnym gestem jak jeden mąż pięściami na pozostałych strażników, tych broni pozbawionych.
Zza rogu wybiegło kolejnych trzech strażników. Razem ośmiu do czterech. Do trzech właściwie, bo jedyny z całej gromadki bard ani myślał do bijatyki stawiać, w zamieszaniu oddaliwszy się na całkiem bezpieczną już odległość, gdzie połamany nos, ręka czy lutnia, nie groziły mu z każdej strony.
Przyciągnięci hałasem gapiowie wyszli przed karczmę i domy, dzieci wołane przez oburzone matki pouciekały, psy szczekały, miecze odbijały się metalicznym szczękiem, przekleństwa padały jedno po drugim. Zrobiło się żywo, i głośno, i tłoczno.
Och, ironio, pomyślał Lilian. Dokładnie tak, jak zapamiętałem tę okolicę.

27.02.2022

W pałacu lilii krąży bóg miłości

wiosna
lato
jesień
zima
Lilian
LILIAN WILLIS / 12 XII 1256 / ENRYN, VELTEN
Wiosną 1267 roku Lilian ma spojrzenie jaskrawo smutne, modrość oczu burzliwie niespokojną. Mową szklaną i kruchą, mową przerażonego dziecka, przepełnioną smakiem słonych łez i drżeniem mięśni niekontrolowanym, błaga stojącego w progu windykatora dzierżącego skórzaną walizkę w pulchnej dłoni, coby łaskaw był nie odbierać jemu i Jagódce domu, kiedy to jedyne, co im po śmierci rodziców zostało, kiedy bez dachu nad głową oni sobie rady nie dadzą. Jegomość stojący w progu drzwi domu zaniedbanego, opuszczonego, ten windykator o licu łagodnym ze skórzaną walizką w pulchnej dłoni, z niedowierzaniem kręci głową i parska chropowatym, wstrętnym śmiechem. Rozejrzyj się, smarkaczu. Takich jak wy, niechcianych bachorów, plugastw zapchlonych, jest tutaj na pęczki – odpowiada, zadzierając do góry swoje pucułowate lico. – A jakoś sobie radzą. Podobno najtrudniejsza do przetrwania jest tylko pierwsza noc.
I ledwo kilka słów krótkiego polecenia do towarzyszącego mu osiłka wypowiedziawszy, pozbywa się ten windykator dwóch sierot, pozbawiając domu, choć szarpią się i walczą, i błagają, i proszą. To tylko mowa przerażonych dzieciaków, niechcianych bachorów, smarkaczy. Takich przecież jest tutaj na pęczki, wszyscy dawno przestali wsłuchiwać się w ich płacz.
Najtrudniejsza do przetrwania jest tylko pierwsza noc. Później może być już tylko lepiej. Zawsze pierwsza noc. Przetrwamy pierwszą noc i później będzie lepiej – Lilian w kółko i w kółko naiwnie powtarza te kilka słów niczym mantrę. Wyciąga z podziurawionej kieszeni kurtki eleganckie pióro ukradkiem zwędzone urzędnikowi, wyciąga cieniutki, poszarpany notesik otrzymany w prezencie na dziesiąte urodziny, z którym nigdy się nie rozstaje i chwiejnym pociągnięciem rozstrzęsionej dłoni pisze.
Nic nie mam, zdmuchnęła mnie ta wiosna całkiem.
BARD / WĘDROWNY / ZŁODZIEJ TOŻSAMOŚCI