
Misilly Riva Virandine
𓇬 20 lat 𓇬
𓇬 Rjuske 𓇬
𓇬 Krawcowa 𓇬
𓇬 Astenhorp 𓇬
sierpień barwi przędzę chmurom Była bardzo mała, zbyt mała, żeby miał spotkać ją taki los. Letherd Virandine trzymał drobne zawiniątko kurczowo, jakby bojąc się, że zniknie. Ponoć najlepsze rzeczy przychodzą do nas niespodziewane.
Słońce dopiero nieśmiało wychylało się zza tafli wody. Niebo było błękitne, bez ani jednej chmurki i zapowiadało się, że będzie to piękny dzień. W takie poranki ciężko się skupić na interesach, ale wysoki mężczyzna sterczący w porcie od godziny miał inne zdanie na ten temat. Choć na ogół człowiek ten tryskał dobrym humorem, tak ostatniej nocy nie mógł zmrużyć oka. Zrezygnowany postanowił, że przejdzie się w wyznaczone miejsce spotkania i po prostu poczeka, jednak schodziło się zbyt długo i zaczynał się już niecierpliwić. Wiedział, że Armand Esto, jego dostawca i przyjaciel, nie miał nawyku spóźniania się. Postanowił, że podejdzie bliżej i postara się sam go znaleźć.
W dokach zawsze był tłok, mieszanina języków przeplatała się ze sobą, a liny plątały pod nogami. Odnalezienie właściwego statku nie sprawiło mu problemu; Rogata Isabella wyróżniała się na tle innych żaglowców kolorem, a także stożkami sterczącymi z dziobu.
— Wiesz, gdzie do diaska znajdę Esto? — zapytał łysego mężczyznę, który na niego wpadł.
— Pewnie przy Szkarłatnej Jaskółce, tam jest jakiś problem.
— Problem? Jaki problem?
— Nie wiem, nie można rozładowywać.
Letherd ruszył ku okrętowi, przy którym zgromadziło się najwięcej ludzi. Kiedy w końcu ujrzał swojego przyjaciela, zdumiał się. Armand w jednej dłoni trzymał niemowlę, owinięte w brudną szmatę, drugą zaś odgrażał się grubemu, nieprzyjemnie wyglądającemu mężczyźnie. Obaj krzyczeli, a dziecko płakało wniebogłosy.
Coś go tknęło. Miał trzydzieści cztery lata i liczne starania o potomka za sobą. Nie było mowy o choćby krzcie instynktu rodzica, opiekuna, nigdy dotąd go nie poczuł, ale gdy tak patrzył na tę niezwykłą scenę, wszystko wydało mu się tak złe, brutalne. Zbliżył się do kłócących się mężczyzn i spojrzał na tę delikatną twarzyczkę, którą z łatwością zmieściłby w dłoni. Nie widział jeszcze, że za parę dni będzie sprzeczał się z żoną o to, że wymyślił dla niej lepsze imię i powinno być pierwszym, za parę tygodni dowie się, jak można zaradzić jej chorobie, a za parę lat będzie po kryjomu strugał dla niej gwizdek. Ale kto wie, może się domyślał?
Słońce dopiero nieśmiało wychylało się zza tafli wody. Niebo było błękitne, bez ani jednej chmurki i zapowiadało się, że będzie to piękny dzień. W takie poranki ciężko się skupić na interesach, ale wysoki mężczyzna sterczący w porcie od godziny miał inne zdanie na ten temat. Choć na ogół człowiek ten tryskał dobrym humorem, tak ostatniej nocy nie mógł zmrużyć oka. Zrezygnowany postanowił, że przejdzie się w wyznaczone miejsce spotkania i po prostu poczeka, jednak schodziło się zbyt długo i zaczynał się już niecierpliwić. Wiedział, że Armand Esto, jego dostawca i przyjaciel, nie miał nawyku spóźniania się. Postanowił, że podejdzie bliżej i postara się sam go znaleźć.
W dokach zawsze był tłok, mieszanina języków przeplatała się ze sobą, a liny plątały pod nogami. Odnalezienie właściwego statku nie sprawiło mu problemu; Rogata Isabella wyróżniała się na tle innych żaglowców kolorem, a także stożkami sterczącymi z dziobu.
— Wiesz, gdzie do diaska znajdę Esto? — zapytał łysego mężczyznę, który na niego wpadł.
— Pewnie przy Szkarłatnej Jaskółce, tam jest jakiś problem.
— Problem? Jaki problem?
— Nie wiem, nie można rozładowywać.
Letherd ruszył ku okrętowi, przy którym zgromadziło się najwięcej ludzi. Kiedy w końcu ujrzał swojego przyjaciela, zdumiał się. Armand w jednej dłoni trzymał niemowlę, owinięte w brudną szmatę, drugą zaś odgrażał się grubemu, nieprzyjemnie wyglądającemu mężczyźnie. Obaj krzyczeli, a dziecko płakało wniebogłosy.
Coś go tknęło. Miał trzydzieści cztery lata i liczne starania o potomka za sobą. Nie było mowy o choćby krzcie instynktu rodzica, opiekuna, nigdy dotąd go nie poczuł, ale gdy tak patrzył na tę niezwykłą scenę, wszystko wydało mu się tak złe, brutalne. Zbliżył się do kłócących się mężczyzn i spojrzał na tę delikatną twarzyczkę, którą z łatwością zmieściłby w dłoni. Nie widział jeszcze, że za parę dni będzie sprzeczał się z żoną o to, że wymyślił dla niej lepsze imię i powinno być pierwszym, za parę tygodni dowie się, jak można zaradzić jej chorobie, a za parę lat będzie po kryjomu strugał dla niej gwizdek. Ale kto wie, może się domyślał?
majem perły dzwonią w deszczu— Matka będzie na ciebie wściekła! — krzyczała za nią ze śmiechem. Próbowała dogonić przyjaciółkę, ale zostawała w tyle.
— Zaszyję, zanim zauważy! — odkrzyknęła równie radosnym tonem rudowłosa dziewczynka. Jej sprężyste loki podskakiwały na wietrze, a roześmiana buzia starała się schwytać ostatnie promienie słońca.
Trawa była mokra, ale im to nie przeszkadzało. Sukienki poplamione zielenią, chwiejący się ludzie i jaskrawe chorągiewki porozrzucane po mieście oznaczały, że Święto Świetlików można było zaliczyć do udanych.
Missi i Victorie od maleńkości wymykały się, by uszczknąć odrobinę tej feerii barw i radości dla siebie. Ich rodziny nie brały udziału w ceremoniach, ale taniec, śpiew, a już szczególnie żarliwość bijąca od świętujących były nieznośną pokusą. Kiedy ma się lat niewiele, a raczej, szczególnie wtedy, nie ma na świecie nic bardziej pociągającego od nieustającej zabawy.
Młodzi, starzy, poprzebierani w dziwaczne, fantazyjne stroje, gromadzili się na placach i rynkach, by pląsać i siać ogólny zamęt. Potem tworzyli kolorowe korowody, które to podążały ulicami w stronę bram miasta, by w końcu pozostawić je za sobą, zapisując się w pamięci jedynie nieporządkiem, jaki pozostawiały. Właściwe celebrowanie zaczynało się poza murami, na polach, polanach, w zagajnikach, a czasem nawet, z braku lepszych miejsc, drogach.
Cudownie było patrzeć na tańczących przy ogniskach ludzi, zadzierane (wraz z upływem czasu coraz to wyżej i wyżej) wzorzyste spódnice, niezmącone niczym szczęście. Dziewczynki szybko się zorientowały, że nikt nie zadawał pytań, co tu robią i mogły swobodnie hasać wraz z innymi dziećmi od stołu do stołu, od ogniska do ogniska. Co prawda z roku na rok wymagało to coraz większego wywijania się rodzicom, ucieczek przez okno, przekupywaniem świadków, a prawie zawsze kończyło zbesztaniem, ale tak naprawdę nic nie mogło ich powstrzymać.
— Missi!
Rudowłosa osóbka obejrzała się i ujrzała przyjaciółkę leżącą w zielsku. Już miała się zaśmiać i spytać, czemu nie wstaje, ale coś ją tknęło. Podbiegła szybko do dziewczynki i padła na kolana przy jej nodze. Wydawała się puchnąć.
— Och Vic, możesz wstać?
— Nie jestem pewna — odpowiedziała cicho, pojękując.
— Znajdę kogoś na pomoc, poczekaj tutaj!
Misilly nie chciała martwić przyjaciółki, ale nie miała pojęcia, gdzie mogła kogokolwiek szukać. Odgłosy zabawy zdawały się docierać z daleka i nie mogła określić, z której strony. Pluła sobie w brodę, że zaproponowała ściganie się po lesie. Opuściła polanę, zostawiając za sobą jasnowłosą dziewczynkę i gorączkowo próbując znaleźć ślady świętujących.
Koło lewego ucha usłyszała szelest, obejrzała się i ujrzała wiewiórkę. Rude stworzonko wpatrywało się w nią małymi ślepiami, jakby próbując coś przekazać. Missi zatrzymała się i odwzajemniając spojrzenie, poprosiła o pokazanie jej drogi do innych ludzi. Zwierzę pisnęło, a Missi zdążyła odszyfrować z tego coś na kształt zgody, zanim wiewiórka ruszyła sprężystymi podskokami. Prędko pobiegła za nią.
— Zaszyję, zanim zauważy! — odkrzyknęła równie radosnym tonem rudowłosa dziewczynka. Jej sprężyste loki podskakiwały na wietrze, a roześmiana buzia starała się schwytać ostatnie promienie słońca.
Trawa była mokra, ale im to nie przeszkadzało. Sukienki poplamione zielenią, chwiejący się ludzie i jaskrawe chorągiewki porozrzucane po mieście oznaczały, że Święto Świetlików można było zaliczyć do udanych.
Missi i Victorie od maleńkości wymykały się, by uszczknąć odrobinę tej feerii barw i radości dla siebie. Ich rodziny nie brały udziału w ceremoniach, ale taniec, śpiew, a już szczególnie żarliwość bijąca od świętujących były nieznośną pokusą. Kiedy ma się lat niewiele, a raczej, szczególnie wtedy, nie ma na świecie nic bardziej pociągającego od nieustającej zabawy.
Młodzi, starzy, poprzebierani w dziwaczne, fantazyjne stroje, gromadzili się na placach i rynkach, by pląsać i siać ogólny zamęt. Potem tworzyli kolorowe korowody, które to podążały ulicami w stronę bram miasta, by w końcu pozostawić je za sobą, zapisując się w pamięci jedynie nieporządkiem, jaki pozostawiały. Właściwe celebrowanie zaczynało się poza murami, na polach, polanach, w zagajnikach, a czasem nawet, z braku lepszych miejsc, drogach.
Cudownie było patrzeć na tańczących przy ogniskach ludzi, zadzierane (wraz z upływem czasu coraz to wyżej i wyżej) wzorzyste spódnice, niezmącone niczym szczęście. Dziewczynki szybko się zorientowały, że nikt nie zadawał pytań, co tu robią i mogły swobodnie hasać wraz z innymi dziećmi od stołu do stołu, od ogniska do ogniska. Co prawda z roku na rok wymagało to coraz większego wywijania się rodzicom, ucieczek przez okno, przekupywaniem świadków, a prawie zawsze kończyło zbesztaniem, ale tak naprawdę nic nie mogło ich powstrzymać.
— Missi!
Rudowłosa osóbka obejrzała się i ujrzała przyjaciółkę leżącą w zielsku. Już miała się zaśmiać i spytać, czemu nie wstaje, ale coś ją tknęło. Podbiegła szybko do dziewczynki i padła na kolana przy jej nodze. Wydawała się puchnąć.
— Och Vic, możesz wstać?
— Nie jestem pewna — odpowiedziała cicho, pojękując.
— Znajdę kogoś na pomoc, poczekaj tutaj!
Misilly nie chciała martwić przyjaciółki, ale nie miała pojęcia, gdzie mogła kogokolwiek szukać. Odgłosy zabawy zdawały się docierać z daleka i nie mogła określić, z której strony. Pluła sobie w brodę, że zaproponowała ściganie się po lesie. Opuściła polanę, zostawiając za sobą jasnowłosą dziewczynkę i gorączkowo próbując znaleźć ślady świętujących.
Koło lewego ucha usłyszała szelest, obejrzała się i ujrzała wiewiórkę. Rude stworzonko wpatrywało się w nią małymi ślepiami, jakby próbując coś przekazać. Missi zatrzymała się i odwzajemniając spojrzenie, poprosiła o pokazanie jej drogi do innych ludzi. Zwierzę pisnęło, a Missi zdążyła odszyfrować z tego coś na kształt zgody, zanim wiewiórka ruszyła sprężystymi podskokami. Prędko pobiegła za nią.
lipiec pachnie mokrą skórą Kiedy coś, co niegdyś można było określić uczuciem płomienniejszym, od tych opisywanych przez najwybitniejszych bardów, przemienia się w lód, pragnie się choć odrobiny ciepła. Za kwiatami najbardziej tęskni się zimą, a za dotykiem znajomej dłoni wtedy, gdy leży tak blisko.
— Nie rozumiesz, to nigdy nie miało sensu.
Patrzyła w te oczy, którymi kiedyś upajała się mocniej, niż wykradanym z piwniczki rodziców winem i nie rozumiała, gdzie się podział ten błysk, który przyprawiał ją o rozkoszne spazmy. Niesamowite, jak jedna osoba może z dnia na dzień, bez zmiany wyglądu, wydawać się kimś zupełnie innym.
— Ty byś tylko chciała chodzić w ładnych sukienkach, dostawać codziennie prezenty, nie masz pojęcia o życiu. Nigdy go nie posmakowałaś. Myślisz, że tańczenie na stole w jakiejś karczmie i wywijanie suknią zabierze cię gdzieś dalej, niż do zamtuzu?
— Przecież nigdy nie chciałam od ciebie prezentów, wiem, że nie…
— Zupełnie nie o to chodzi! — wrzasnął, aż kilkoro mężczyzn się na nich obejrzało. Ściszył głos i dodał: — Ty po prostu jesteś jeszcze za głupia, żeby pojąć pewne rzeczy. Żyjesz sobie wygodnie, nie masz pojęcia, co to ryzyko, ani że niektórzy muszą się z nim stale mierzyć.
— Ja… Co ty mówisz… Nie pamiętasz, co dla ciebie robiłam? I dalej mogę… — Zagryzła drżącą wargę. Spojrzała na niego. — Mogę… mogę zapomnieć o niej, jeśli tylko…
— Nie trudź się, to nic nie da. — Czy to możliwe, żeby te oczy były zimne? — I nie rób znowu scen, na bogów.
— Scen? — Dziewczyna jakby na chwilę oprzytomniała, a przynajmniej ramiona przestały jej kompulsywnie drżeć. — Umówiłeś się ze mną w tej spelunie, bo co, myślałeś, że się przestraszę, będę milczeć? Że będzie ci łatwiej?
Ręka wystrzeliła w stronę krzesła, na którym ledwo się już trzymała, przyciągając je szybko, z dużą siłą. Czuła jego oddech przy uchu; był równie szybki, co jej.
— A jak myślisz, co? Wydzierasz się, ciskasz czym popadnie, rzucasz się na mnie. — Prawie krzyczał. — Myślałem, że dostałaś jakiegoś ataku. A teraz ryczysz. Spójrz na siebie, to wszystko jest żałosne.
Puścił krzesło i ich spojrzenia się spotkały. Głowa bolała ją od krzyków, świat był lekko rozmazany. Bardzo chciała, żeby jej oczy mogły przypominać te, które mówiły teraz do widzenia, ale wiedziała, że pytają jedynie dlaczego.
— Myślałeś, że się nie dowiem? — rzuciła jedynie, kiedy już zaczynał się podnosić.
— Czy to ma jakieś znaczenie?
— Po prostu odpowiedz.
— Nie chciałem, żebyś się dowiedziała.
Kiedyś będzie rozmyślać o tym momencie, mówić sobie, że powinna była go zatrzymać, powiedzieć, że jest tchórzem i powinien chociaż czasem pomyśleć, ale jest na to za głupi, powiedzieć mu wiele, wiele rzeczy, a potem wyjść nie oglądając się za siebie. Ale w takich momentach nie myśli się o tym. Można tylko płakać i patrzeć, jak twoje własne serce na psim łańcuchu ciągnie za drzwi obcy człowiek.
— Nie rozumiesz, to nigdy nie miało sensu.
Patrzyła w te oczy, którymi kiedyś upajała się mocniej, niż wykradanym z piwniczki rodziców winem i nie rozumiała, gdzie się podział ten błysk, który przyprawiał ją o rozkoszne spazmy. Niesamowite, jak jedna osoba może z dnia na dzień, bez zmiany wyglądu, wydawać się kimś zupełnie innym.
— Ty byś tylko chciała chodzić w ładnych sukienkach, dostawać codziennie prezenty, nie masz pojęcia o życiu. Nigdy go nie posmakowałaś. Myślisz, że tańczenie na stole w jakiejś karczmie i wywijanie suknią zabierze cię gdzieś dalej, niż do zamtuzu?
— Przecież nigdy nie chciałam od ciebie prezentów, wiem, że nie…
— Zupełnie nie o to chodzi! — wrzasnął, aż kilkoro mężczyzn się na nich obejrzało. Ściszył głos i dodał: — Ty po prostu jesteś jeszcze za głupia, żeby pojąć pewne rzeczy. Żyjesz sobie wygodnie, nie masz pojęcia, co to ryzyko, ani że niektórzy muszą się z nim stale mierzyć.
— Ja… Co ty mówisz… Nie pamiętasz, co dla ciebie robiłam? I dalej mogę… — Zagryzła drżącą wargę. Spojrzała na niego. — Mogę… mogę zapomnieć o niej, jeśli tylko…
— Nie trudź się, to nic nie da. — Czy to możliwe, żeby te oczy były zimne? — I nie rób znowu scen, na bogów.
— Scen? — Dziewczyna jakby na chwilę oprzytomniała, a przynajmniej ramiona przestały jej kompulsywnie drżeć. — Umówiłeś się ze mną w tej spelunie, bo co, myślałeś, że się przestraszę, będę milczeć? Że będzie ci łatwiej?
Ręka wystrzeliła w stronę krzesła, na którym ledwo się już trzymała, przyciągając je szybko, z dużą siłą. Czuła jego oddech przy uchu; był równie szybki, co jej.
— A jak myślisz, co? Wydzierasz się, ciskasz czym popadnie, rzucasz się na mnie. — Prawie krzyczał. — Myślałem, że dostałaś jakiegoś ataku. A teraz ryczysz. Spójrz na siebie, to wszystko jest żałosne.
Puścił krzesło i ich spojrzenia się spotkały. Głowa bolała ją od krzyków, świat był lekko rozmazany. Bardzo chciała, żeby jej oczy mogły przypominać te, które mówiły teraz do widzenia, ale wiedziała, że pytają jedynie dlaczego.
— Myślałeś, że się nie dowiem? — rzuciła jedynie, kiedy już zaczynał się podnosić.
— Czy to ma jakieś znaczenie?
— Po prostu odpowiedz.
— Nie chciałem, żebyś się dowiedziała.
Kiedyś będzie rozmyślać o tym momencie, mówić sobie, że powinna była go zatrzymać, powiedzieć, że jest tchórzem i powinien chociaż czasem pomyśleć, ale jest na to za głupi, powiedzieć mu wiele, wiele rzeczy, a potem wyjść nie oglądając się za siebie. Ale w takich momentach nie myśli się o tym. Można tylko płakać i patrzeć, jak twoje własne serce na psim łańcuchu ciągnie za drzwi obcy człowiek.
grudzień spaja mroźnym ściegiem Wróciła później, niż zamierzała. Pchnęła ciężkie, dębowe drzwi i zaczęła otrzepywać płaszcz ze śniegu. Rozebrała się, zmieniła buty i otworzyła szafę, poszukując starej, domowej etoli. Z utęsknieniem spojrzała na futro z lisów, po czym opamiętała się i popędziła po schodach, zarzucając na siebie szal w biegu.
— Tak ogromnie, ogromnie przepraszam! — wykrzyknęła, wparowując do pokoju. Wszyscy już czekali przy stole; aż musiała ugryźć się w język, by na ten widok nie zakląć.
— A któż to?! Moja bratanica, tak wyrosła? To chyba niemożliwe! — Tęgawy mężczyzna wybuchnął rubasznym śmiechem, a dziewczyna dziękowała bogom za stryja i jego dar odwracania uwagi wszystkich wokoło.
— Niech stryj przetrze oczy, bo chyba ta śnieżyca mu je oblepiła! — Oboje zaśmiali się i uściskali. Potem przyszła pora na witanie się z resztą rodziny, aż w końcu doszła do matki.
Nasuya miała podkrążone oczy i jedną z lepszych sukni na sobie. Jej długie, czarne włosy opadały na elegancką chustę założoną na ramiona. Z dobrotliwym uśmiechem wysłuchała życzeń córki, po czym drżącymi lekko dłońmi przyjęła od niej eleganckie pudło.
— I jak? — Dziewczyna zagryzła wargę, patrząc na nią z wyczekiwaniem.
— Jest przepiękna. — Kobieta uśmiechnęła się, gładząc czarną mufkę. — Wspaniale ci wyszła — dodała, widząc jak córka oddycha z ulgą.
— Czy to norki? — Ciotka wychyliła się w ich stronę. — Słyszałam, że ostatnio była większa dostawa, dużo mieliście przy nich pracy?
Rozgorzała rozmowa o dostawach, statkach i dostępnym na rynku towarze i trwała przez cały posiłek. Kiedy później wszyscy się już porozchodzili, Misilly podeszła do ojca. Siwe włosy opadały mu na ramiona, jakby chcąc przypomnieć jej, ile już musi na nich dźwigać. Wzięła głęboki oddech i zdecydowała się zadać to uciążliwie nurtujące ją pytanie. Jak się spodziewała, nie był zachwycony.
— Słoneczko, czy ty nie możesz wytrzymać bez ciągłego utrudniania sobie życia?
— Po prostu… — Nie wiedziała, co chciała powiedzieć. Letherd zbliżył się do niej.
— Proszę cię, daj temu spokój. Aż tak nie lubisz swojej pracy? Czy może chcesz uciec od nas? — Był spokojny, ale wiedziała, że dużo go kosztowała ta rozmowa.
— Przecież doskonale wiesz, że to nie jest tak, papo.
— Mam nadzieję, że to przez pracę się dzisiaj spóźniłaś. — Spojrzał na nią srogo, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Misilly odetchnęła lżej. Tak się złożyło, że Zakład Valren i Manquor potrzebował dzisiaj dostarczyć duże zamówienie, a przy śnieżycy wszystko przedłużało się trzykrotnie. I to była prawda.
— Oczywiście. Mieliśmy dużo pracy, a pogoda niczego nie ułatwiła.
Ojciec rzucił jej ostatnie baczne spojrzenie, po czym odszedł i dołączył do brata.
Dziewczyna westchnęła i przebiegła wzrokiem po pokoju, a dostrzegłszy samotną postać, ruszyła powoli w jej stronę. Przywołała uśmiech na twarz i już szykowała te wszystkie okropne pytania o szkołę, którymi zaraz uraczy kuzynkę.
— Tak ogromnie, ogromnie przepraszam! — wykrzyknęła, wparowując do pokoju. Wszyscy już czekali przy stole; aż musiała ugryźć się w język, by na ten widok nie zakląć.
— A któż to?! Moja bratanica, tak wyrosła? To chyba niemożliwe! — Tęgawy mężczyzna wybuchnął rubasznym śmiechem, a dziewczyna dziękowała bogom za stryja i jego dar odwracania uwagi wszystkich wokoło.
— Niech stryj przetrze oczy, bo chyba ta śnieżyca mu je oblepiła! — Oboje zaśmiali się i uściskali. Potem przyszła pora na witanie się z resztą rodziny, aż w końcu doszła do matki.
Nasuya miała podkrążone oczy i jedną z lepszych sukni na sobie. Jej długie, czarne włosy opadały na elegancką chustę założoną na ramiona. Z dobrotliwym uśmiechem wysłuchała życzeń córki, po czym drżącymi lekko dłońmi przyjęła od niej eleganckie pudło.
— I jak? — Dziewczyna zagryzła wargę, patrząc na nią z wyczekiwaniem.
— Jest przepiękna. — Kobieta uśmiechnęła się, gładząc czarną mufkę. — Wspaniale ci wyszła — dodała, widząc jak córka oddycha z ulgą.
— Czy to norki? — Ciotka wychyliła się w ich stronę. — Słyszałam, że ostatnio była większa dostawa, dużo mieliście przy nich pracy?
Rozgorzała rozmowa o dostawach, statkach i dostępnym na rynku towarze i trwała przez cały posiłek. Kiedy później wszyscy się już porozchodzili, Misilly podeszła do ojca. Siwe włosy opadały mu na ramiona, jakby chcąc przypomnieć jej, ile już musi na nich dźwigać. Wzięła głęboki oddech i zdecydowała się zadać to uciążliwie nurtujące ją pytanie. Jak się spodziewała, nie był zachwycony.
— Słoneczko, czy ty nie możesz wytrzymać bez ciągłego utrudniania sobie życia?
— Po prostu… — Nie wiedziała, co chciała powiedzieć. Letherd zbliżył się do niej.
— Proszę cię, daj temu spokój. Aż tak nie lubisz swojej pracy? Czy może chcesz uciec od nas? — Był spokojny, ale wiedziała, że dużo go kosztowała ta rozmowa.
— Przecież doskonale wiesz, że to nie jest tak, papo.
— Mam nadzieję, że to przez pracę się dzisiaj spóźniłaś. — Spojrzał na nią srogo, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Misilly odetchnęła lżej. Tak się złożyło, że Zakład Valren i Manquor potrzebował dzisiaj dostarczyć duże zamówienie, a przy śnieżycy wszystko przedłużało się trzykrotnie. I to była prawda.
— Oczywiście. Mieliśmy dużo pracy, a pogoda niczego nie ułatwiła.
Ojciec rzucił jej ostatnie baczne spojrzenie, po czym odszedł i dołączył do brata.
Dziewczyna westchnęła i przebiegła wzrokiem po pokoju, a dostrzegłszy samotną postać, ruszyła powoli w jej stronę. Przywołała uśmiech na twarz i już szykowała te wszystkie okropne pytania o szkołę, którymi zaraz uraczy kuzynkę.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz