Czując rosę na delikatnej skórze, biegniesz wzdłuż pola. Promienie górującego słońca padają na twoje włosy i chociaż wiesz, że zanim nadejdzie jesień, będą marchewkowe, a dzieci w szkółce kościelnej znów zaczną się z ciebie śmiać, nie zatrzymujesz się nawet na uderzenie serca, nie patrzysz za słomianym kapeluszem z niebieskim kwiatem, który zsunął ci się z rozgrzanej głowy. Słyszysz dziecięcy chichot, więc przebierasz nogami jeszcze żwawiej. Kiedy skręcasz, twoje pięty ryją w gruncie dwie dziury, wszak bynajmniej nie myślisz o matce, która najpewniej złoi cię za zabrudzenie chaty ziemią. Zza pleców wyskakuje pies — brązowy kundel, szczenię przygarnięte od sąsiadów być może dwa kwartały temu — i wymija cię, dołączając do pogoni. Biegniecie więc tak, dopóki twój brat nie osuwa się na trawę, plecami przyciśnięty do kwitnącej jabłoni, z westchnieniem wydobywającym się z głębi piersi przyznając ci rację. Groszek jest stokroć gorszy od brukselki.
Ojciec przyszedł na dwa oddechy po zajściu słońca — przynajmniej wydaje ci się, że od tamtej chwili zdążyłeś odetchnąć tylko dwa razy, jeszcze nie znasz pojęcia czasu i liczysz wszystko w najprostszych dla siebie jednostkach. Tak więc, zanim twoje płuca po raz trzeci wypełniło powietrze, tata wrócił, dzierżąc w dłoni banię mleka i parę kurzych jaj. Dwie czerstwe pajdy chleba z wczorajszego poranka trafiły w ręce najmłodszych członków rodziny — dwóch twoich sióstr — toteż tobie i dwóm braciom pozostały więc jajka. Jesz je codziennie, ale mama mówi, że są zdrowe. I nie macie nic innego, jednak nikt nie dzieli się tą myślą. Są rzeczy, które w domu Eldarów musiały pozostać niewypowiedziane.
Czując palące łzy na słonych policzkach, ściskasz kościstą dłoń pokrytą zbyt wieloma bliznami i zbyt ciepłą, jak na chłód panujący za oknem. Twoje błagalne spojrzenie przeszywa na wskroś matkę i dwóch braci stojących pod oskubaną z tapety ścianą. Drżysz — sam nie wiesz, czy z zimna, czy goryczy, a słaby, męski głos ginie w twoich uszach. Dlaczego mi nie powiedzieliście? — pytasz, niemal nie zdając sobie sprawy, że pełna żałości myśl opuściła twoją głowę. Słyszysz, jak matka tłumi szloch, widzisz, jak ściska najstarszego ze swych synów za ramię. Ty zaś — z czołem przyciśniętym do ojcowskiej ręki — żałujesz. Żałujesz, że nie spostrzegłeś niczego wcześniej, że matka nie obdarzyła cię wystarczającym zaufaniem — w przeciwieństwie do twoich braci — żeby powiedzieć o chorobie ojca zawczasu, dając ci parę zapasowych momentów na spędzenie z nim ostatnich dni jego życia. Teraz umiera, na twoich oczach wypuszczając ostatnie oddechy.
Wszystko, co ostatnie, zdaje się zatrważające. Ostatnia rozmowa, ostatnie spojrzenie, ostatni dotyk i w końcu ostatnie słowo. Nie jesteś gotowy na ostateczność. Nigdy nie byłeś i nigdy nie będziesz. Nie chcesz, by odchodził i nie chcesz tego, co będzie po jego odejściu. Nie chcesz, by ułamek tej sekundy przeminął, ale nie chcesz zostać tu na zawsze. Nie chcesz porzucać swoich pragnień, ale nie chcesz sprzeciwiać się ostatniej woli ojca. Nie zostawiaj ich, dopóki dziewczynki nie dorosną. I chociaż matka przypomina ci o wojsku, o którym marzyłeś od maleńkości, nie opuszczasz domu rodzinnego.
Pani Eldar nie mówi tego na głos, ale jest ci wdzięczna. Ma ci też za złe odsunięcie pragnień na drugi plan, ale jej usta zamykają się, gdy wracasz z sąsiedniej wioski, do której w śnieżycę udałeś się po chleb. W końcu są rzeczy, które w domu Eldarów musiały pozostać niewypowiedziane.
Czując zwyczajowy odór alkoholu, w przerwie między grami lejesz osamotnionym rozwodnikom kolejną kolejkę rumu. Są niemal trzykrotnie starsi od ciebie, ale rozmowa w przedziwny sposób zdaje się przyjemna. Zawsze mówili, że masz lekki język. Śmieją się, gdy podsuwasz im pod nosy szydercze komentarze na temat stanu ich zaniedbania, ponieważ twoja niezwykła charyzma uwagi te obraca w niewinne żarty i pod taką też płachtą je kryje. Zerka na ciebie kobieta — ta, która siedzi gdzieś po drugiej stronie pomieszczenia, zagryzając czerwone wargi zębami. Nie odwzajemniasz jej spojrzenia, odwracasz się — niby mimochodem — i pełnię swej uwagi poświęcasz dżentelmenom po swojej prawicy, wydają się bowiem znacznie bardziej zajmujący niźli panna. Panny przewijają się tędy dziesiątkami — po piątej przestałeś liczyć — i wszystkie sprawiają wrażenie niewiele różniących się od poprzedniczek. Astenhorpckie kobiety musiały mówić o tobie gdzieś między sobą — sam właściciel przybytku powiedział, że odkąd zacząłeś tu pracować, zaczęło być ich tu równie wiele, co mężczyzn. Lubią twój uśmiech, być może oczy, być może rdzawe włosy. Być może nawet twój humor.
Gdy rozlega się okrzyk jednego z krupierów, wycierasz poharatane od pracy na roli, spocone dłonie, odwiązujesz brązowy fartuszek i wychodzisz zza baru, żeby z towarzyszami rozmowy rozegrać kolejną partię pokera. Prędko przekonałeś się, że każdy w tych stronach oszukuje, to i nie masz skrupułów, by stosować własne techniki. Od listu z odmową przyjęcia na Akademię Reyford mogły minąć dwa miesiące, a ty dorobiłeś się tylu rjelów, że z łatwością opłaciłbyś jeden semestr nauki. Napiwki, sumy z wygranych gier, wypłaty, ot, potrafiłeś zbierać pieniądze. I nie bolało zanadto, gdy wysyłałeś je wszystkie pocztą na wieś, do matki.
Dla Astenhorpu jesteś wyłącznie czarującym barmanem z „Zadębia”. W twoim życiu nie było już niczego, o czym nie mógłbyś mówić.
— Co potrafisz zrobić, rudy? — Otyły mężczyzna oparł dłonie o biodra, uprzednio poprawiając swój zabrudzony fartuch.
— Ee… słuchaj, nie będę cię okłamywał. — Victor Eldar wyprostował się w progu i oparł o skrzypiącą futrynę. — Jestem prostym chłopakiem, panie… — Wyprężył wzrok, odszukując na fartuchu plakietki z nazwiskiem. — Panie Arnet. Niezwykłe, moja siostra stryjeczna miała tak na nazwisko.
— I co w związku z tym?
— Nic, nie żyje. — Wzruszył ramionami. — Odpowiadając na pańskie pytanie, chciałem zaciągnąć się do wojska, jeśli zajdzie taka konieczność, obronię tawerny przed atakiem niedźwiedzi, umiem całkiem sprawnie posługiwać się kijem.
— Przed atakiem niedźwiedzi?
— Tak.
— Słyszysz, co mówisz, synu?
— Tak, i dalej jestem przekonany, że byłbym w stanie obronić tawernę przed atakiem niedźwiedzi. W każdym razie umiem jeszcze gotować i mieszać alkohole na tyle, by niepostrzeżenie zabierać klientom portfele.
— Na bogów!
— Nigdy tego nie praktykowałem, po prostu wydaje mi się, że byłbym w stanie. No, to na czym skończyłem? Ach, tak, umiem gotować ziemniaki tak, żeby ich nie przegotować, znam przepis na tanie papki, ale obiecałem babci, że nikomu go nie podam, więc to pierwszy powód, dla którego musi mnie pan zatrudnić. Tajny przepis na papkę, od razu skoczą panu zyski. Poza papkami jestem też całkiem miłym gościem, umiem czytać, liczyć i robić bardzo wiele innych rzeczy, których uczyli mnie w szkółce kościelnej.
— Czyli jesteś wierzący?
— Nie, ale mogę udawać, jeśli to niepoprawna odpowiedź. — Victor zacisnął usta w oczekiwaniu na odpowiedź, jednak ta zdawała się nie nadchodzić. Arnet skrzyżował tylko ramiona i westchnął męczeńsko. — Widzę, że moje umiejętności pana nie oczarowały. Proszę powiedzieć, czego pan ode mnie wymaga, to spróbuję odpowiedzieć.
— Dajże mi już spokój, chłopcze. — Podniósł się ze swojego skrzypiącego krzesła i przeszedł po skrzypiącej podłodze, żeby minąć Eldara w skrzypiących drzwiach. — Przyjdź tu jutro o ósmej i spróbuj nie mówić tak dużo, żebyś nie dostał w pysk od napierdolonych klientów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz