27.02.2022

W pałacu lilii krąży bóg miłości

wiosna
lato
jesień
zima
Lilian
LILIAN WILLIS / 12 XII 1256 / ENRYN, VELTEN
Wiosną 1267 roku Lilian ma spojrzenie jaskrawo smutne, modrość oczu burzliwie niespokojną. Mową szklaną i kruchą, mową przerażonego dziecka, przepełnioną smakiem słonych łez i drżeniem mięśni niekontrolowanym, błaga stojącego w progu windykatora dzierżącego skórzaną walizkę w pulchnej dłoni, coby łaskaw był nie odbierać jemu i Jagódce domu, kiedy to jedyne, co im po śmierci rodziców zostało, kiedy bez dachu nad głową oni sobie rady nie dadzą. Jegomość stojący w progu drzwi domu zaniedbanego, opuszczonego, ten windykator o licu łagodnym ze skórzaną walizką w pulchnej dłoni, z niedowierzaniem kręci głową i parska chropowatym, wstrętnym śmiechem. Rozejrzyj się, smarkaczu. Takich jak wy, niechcianych bachorów, plugastw zapchlonych, jest tutaj na pęczki – odpowiada, zadzierając do góry swoje pucułowate lico. – A jakoś sobie radzą. Podobno najtrudniejsza do przetrwania jest tylko pierwsza noc.
I ledwo kilka słów krótkiego polecenia do towarzyszącego mu osiłka wypowiedziawszy, pozbywa się ten windykator dwóch sierot, pozbawiając domu, choć szarpią się i walczą, i błagają, i proszą. To tylko mowa przerażonych dzieciaków, niechcianych bachorów, smarkaczy. Takich przecież jest tutaj na pęczki, wszyscy dawno przestali wsłuchiwać się w ich płacz.
Najtrudniejsza do przetrwania jest tylko pierwsza noc. Później może być już tylko lepiej. Zawsze pierwsza noc. Przetrwamy pierwszą noc i później będzie lepiej – Lilian w kółko i w kółko naiwnie powtarza te kilka słów niczym mantrę. Wyciąga z podziurawionej kieszeni kurtki eleganckie pióro ukradkiem zwędzone urzędnikowi, wyciąga cieniutki, poszarpany notesik otrzymany w prezencie na dziesiąte urodziny, z którym nigdy się nie rozstaje i chwiejnym pociągnięciem rozstrzęsionej dłoni pisze.
Nic nie mam, zdmuchnęła mnie ta wiosna całkiem.
BARD / WĘDROWNY / ZŁODZIEJ TOŻSAMOŚCI

25.02.2022

What's doomed is doomed
ashes to ashes, dust to dust

Asher
Asher
one. two. three. four.
Viorica nie odwraca spojrzenia od ciemności bezgwiezdnej nocy, od szkła odrapanego czasem, tonąc bytem w czarnych całunach pomroku – całunach udręczających umysł, udręczających liche serduszko, bo myśli zgubnych zwalczać, w tym od zawsze nierównym pojedynku, nie potrafi. Nie słyszy rozpaczliwych krzyków służby, nie dostrzega łysku stali, nie dla jej ocząt obraz dławiącego się krwią klucznika, pozbawionej ręki pokojówki. Tęskni sama, w cieniach swego pokoiku, pustego i szarego, jak szary obraz nadchodzących mglistości. Cierpi sama, pozbawiona wiary i otuchy pozbawiona, kiedy beznadzieja przeżera się przez mięśnie, wchłania w szpik kostny. W dziewczęcych oczkach nikną resztki niewinności.
Inni szepczą zbyt głośno, a być może szeptać nie potrafią, odwracając plecy w fałszywej obojętności, w zimnie i niewzruszeniu, choć wzrusza się całe towarzystwo. Widzi ich gardzące spojrzenia, słyszy przeklęte nazwisko, jak z trudem przez krtań wielu przechodzi, bo bogom litości zabrakło, gdy zabierali ze sobą ojca, gdy zabierali ze sobą matkę. Posądzają ich o słabość, o akt ostatecznej desperacji, o blizny, które skrywać miały rękawy ulubionych matuli jedwabi, złote, odbijające w sobie światła, bransolety. I nie rozumie już nic, zagubiona w zeznaniach, kłamstwach najbliższych, wspomnień nagich cierniach. Aurelionie, mówiłeś, że to choroba. Och, Aurelionie, tak bardzo się boję.
Bo opuszczona przez rodzinę, przez bogów opuszczona również, tylko mu ufa ostatnimi dniami. Wierzy w niego całym swym jestestwem, bytem i siostrzaną miłością, gdy chowa w swych uśmiechach setki smug wiosennego słońca, tak miło przywodzących na myśl zapach kwitnącej czeremchy.
Aczkolwiek dzisiejsza noc trąci jedynie smrodem szaleju.
Viorica słyszy kroki, zgrzyt rdzewiejących zawiasów, stwardniałej deski. Podnosi się w pośpiechu z poduszek, mknie ku korytarzom, nie zważając dłużej na zimno wbijające się igiełkami w odkryte podeszwy stóp. Siwy warkocz wprowadza w ruch, siwy warkocz tańczy, zawija się wokół dziewczęcej sylwetki, tnie powietrze i uderza o ściany, kiedy Viorica maszeruje, przemyka przez kolejne pokoje, pchana przez żałość, przez utęsknienie. I kiedy go dostrzega, stojącego w drzwiach, na baczność, w bezruchu, przyspiesza w ostateczności kroku, by zaraz znaleźć się przy nim, by objąć szczupłymi ramiączkami dudniący metal napierśnika. Nie zauważa jednak bijącej od fioletowych ślepi pustki. Nie zauważa ostrza broczącego krwią.
— Aurelionie, nie zostawisz mnie, prawda?
A odpowiedź nigdy nie nadchodzi.
Aurelion S. Handrahan / 25.03.1253 / Basya, Sceiv Astua
Aurelion nie odwraca spojrzenia od ciemności trawiących pozbawiony okien pokój, od uchowanego w cieniach sufitu, wilgotnego, spękanego, tonąc bytem w czarnych całunach pomroku – całunach udręczających umysł, udręczających niechciane myśli, które gniewnie i ze znaną sobie pieczołowitością, wypalają na rozumie blizny, pozostawiają cięcia, znaki. Nie słyszy śmiechów reszty, gdy Ćmy dalej mielą jęzorami, w noc wolną od roboty, od zleceń, nie dostrzega ognistych wstąg świec, które swym światłom, w nieumiejętnej próbie, pozwoliły podpełznąć pod spróchniałe drewno drzwi. Śni sam, w cieniach swego pokoiku, pustego i szarego, jak szary obraz przeszłych mglistości. Cierpi sam, pozbawiony wiary i otuchy pozbawiony, kiedy zmęczenie przeżera się przez mięśnie, wchłania w szpik kostny. Z fioletowych niby ametyst ślepi już dawno czmychnęły resztki niewinności.
Inni szepczą zbyt głośno, a być może szeptać nie potrafią, stwierdzając, że zaginął, że pewnie dawno już nie żyje, żałością pchnięty ku mrokom przepaści. Unika ich gardzących spojrzeń, swojego przeklętego imienia, przeklętego nazwiska, pozostawiając za sobą sam proch, rodzinną zagładę, gdy śniegi uznaje za dom, gorzałę za przyjaciółkę, heggę za wroga. Snów nie oddziela dłużej od rzeczywistości, chwilom, czynom i gniewowi pozwala zanikać w odmętach świadomości, wciąż nie będąc pewnym czy myśli te są jego, czy intruza, który wprosił się do jego głowy. I jedyna tylko chwila pozostaje faktem, niezmiennym, podłym wspomnieniem. Zabił. Zabił ją, kierowany ręką innych. Przepraszam. Tak bardzo mi przykro.
A uciekłszy przed sprawiedliwością, przed wrogą dłonią winnych również, nie pozostało mu nic, prócz palącej chęci zemsty. Pomsta na dobre osiadła się w jego jestestwie, bycie i wyprała z resztek emocji, gdy rozsądek mroziła cienkimi szpilami lodu, przywodzącymi jedynie na myśl odór rozkładającego się w śniegu cielska.
Dzisiejsza noc również trąci śmiercią i smutkiem.
Aurelion poprawia się na wypchanym sianem materacu, przewraca na bok, w zupełności odcięty od narastających zza drzwi śmiechów, rozweselonych okrzyków. Bierze głęboki wdech – zimne powietrze kłuje wyschnięte usta, kłuje zmrożone płuca, ale do retviańskiej, nieustającej zimy zdążył się już przyzwyczaić, z pewnością stwierdzając, że chłód doskonale wpasowuje się w żywot mordercy. Spojrzenie zatrzymuje na wiszącej na ścianie makacie, na boskich rysach Druski, kolorowymi nitkami wszytych w czerwień jedwabiu i przeklina bogów, przeklina Valenrishów, poprzysięgając im w ciszy odwet, zasłużony dawno terror. I kiedy zaciska dłonie w piąstki, kiedy paznokcie wbijają się w bladą skórę aż do krwi, zgrzyt rdzewiejących zawiasów oświadcza przybycie nieznajomego, niespodziewanego, wyrywając Aureliona z ponurej gonitwy myśli. Ciemna sylweta wkracza do pokoju, mknie przez ciemności, by w okamgnieniu znaleźć się obok niego, ułożyć zmarnowane ciałko na lichym, skrzypiącym łożu.
Dobrą chwilę spędzają w ciszy, w zrozumieniu. Jagodzie obca jednak sztuka milczenia.
— Nudno tam na dole bez ciebie, śnieżynko. Podziel się duchami, które cię męczą, we dwójkę prościej nam będzie z nimi walczyć.
Aurelion unosi kąciki ust, w tak rzadkim sobie uśmiechu.
dezerter, najemnik / siostrobójca / Velten, Południe
staty
styki
siła
9
szybkość
5
zwinność
4
kondycja
7
mądrość
4
charyzma
1
knight of swords
the fool

17.02.2022

To nie jego wina, że jest człowiekiem

Striełka Jutrogost
Zostało mu jedynie przywyknąć, że nic nie odbywało się o normalnych porach, takich jak południe czy późny ranek.
Po prostu nie. Zawsze musiało być zimno, ciemno daleko od domu i koniecznie należało przy tym zasypiać na stojąco.

Będzie wisiał przebrzydły szczur,
ciaśniutko szyję oplata sznur…
mężczyzna | 26 lat | człowiek | szpieg | zwykle Astenhorp
Człowiek bez godności
    Wiedział, że kiedy strażnicy powrócą, będzie zmuszony iść z nimi od razu. Przygotowany już spał w butach, podłożył sobie płaszcz pod głowę i jeszcze wcześniej dyskretnie przywłaszczył sobie do kieszeni nadprogramowe rękawiczki, brzytwę oraz flakonik wody kolońskiej. Miał przy tym cichą nadzieję, że książę Fedya Rodionov nie zauważy zgub, zanim on sam nie znajdzie się już daleko poza terenami Kissev. Oczekiwał więc w milczeniu, usilnie próbując złapać jeszcze jakiekolwiek minuty snu. Ledwie przymknął powieki, rozległo się echo kamaszy miarowo uderzających o posadzkę. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem.
 – Zbieraj się, idziemy.
ogłosił strażnik i podrzucił mu pakunek na pryczę. –  Masz akta, będziesz miał czas zapoznać się z nimi po drodze.
"Czyli zabierają mnie daleko", westchnął na to człowiek w duchu, spoglądając na grubość pliku dokumentów.
 
Nie poprawiaj tych mankietów, tylko wstawaj. dodał jeszcze krytycznie drugi strażnik.
    Pośpieszanie człowieka nie ustawało, a on czuł się wręcz wypychany z pomieszczenia, ledwie zdążył złapać akta, a już znalazł się na korytarzu. Przemierzając hole spróbował jednak dyskretnie uchylić ich pierwszą stronę i w blasku migających świec rozczytać ciąg danych w aktach. Już skręcając za pierwszym rogiem zdążył dowiedzieć się, że spędzi swój najbliższy czas będąc nazywanym Striełką Jutrogostem. Schodząc do holu zdobył świadomość, że za kilka tygodni dołączy do służebnego personelu misji dyplomatycznej Wotrilu w Enrynie - zakwateruje go ambasador w
Astenhorpie.
    "Chciałbym, aby kiedyś wysłali mnie gdzieś, gdzie jest ciepło", pomyślał z pewnym żalem teraz już Striełka Jutrogst. Już zamykał akta, słysząc rzężenie zamarzających koni na ciemnym podwórzu. Rzucił ostatnie spojrzenie na dokumenty. W tej całej sytuacji pozwolił sobie na jedną myśl satysfakcji. "...ah, przynajmniej tym razem książę pozwolił mi mieć chociaż psa. To dotychczas jego najmilszy gest . Może odeślę mu kiedyś jego rękawiczki pocztą."

Dandys na żądanie
    Tłum na spotkaniach lustrował pewien niewysoki, dobrze ubrany, wątły mężczyzna. Lokalni politycy nie kojarzyli go bezpośrednio, ale zdążyli się już przyzwyczaić do jego obecności. Może czasem pojawiały się u nich drobne wspomnienia. Chyba uczestniczył w jednej konwersacji kilka tygodni temu, chyba zwykle milcząco podążał za ambasadorem Wotrilu, czasem pisał za niego notatki i podpowiadał szczegóły informacji. I tak dalej - chyba, chyba... Zawsze wydawał się być zmęczony, ale jednak starał się fałszować to wrażenie subtelnym uśmiechem i łagodną postawą. Dopełniał ją również swoimi działaniami - był zawsze chętny do pomocy, kiedy to późną porą jakiś opity dostojnik zaczynał zataczać się nieelegancko albo gdy ktoś odsuwał się od grupy, aby to pod nosem skarżyć się na wszelaki los - Striełka już był obok oferując swe towarzystwo. Okazywało się wtedy, że sprowokowany rozmową potrafi być doprawdy czarującym człowiekiem. Sprawnie trafiał w ego dygnitarzy i umiał wdzięczyć się, starając się tylko, aby rozmówca był w stanie podzielić się swoimi troskami w najbardziej komfortowych warunkach.
 
Myślę, że to zabawne, co tam zawsze robisz. Zachowujesz się, jakbyś był absolutnym podnóżkiem. Czy naprawdę to jest esencja twojego zawodu? Miałem wrażenie, że będzie więcej, no wiesz, nieśpiesznego sączenia wina, czarownych sentencji i może pełniejsze... szacunku do samego siebie? stwierdził pewnego razu zawiedziony ambasador Wotrilu, Jarov Utkin, kiedy już oboje udali się ku kamienicy. Jutrogost porzucił już pogodną ekspresję, pozwalając sobie na bycie zwykłym wyczerpanym człowiekiem. Machinalnie poprawiał sobie kołnierz, a myślami notorycznie powracał wyłącznie do swojej niewielkiej komórki oraz czekającego w niej psa. Nawet w swoim zmarnowaniu coś w Striełce cieszyło się na myśl, że udało mu się w końcu zdobyć szpica. Nazwał go Fedyą Rodionovem na cześć człowieka, który podpisał mu tamten świstek papieru.
Szacunek do samego siebie, mówi pan...
Jutrogost zaśmiał się bez przekonania.

Zmuszony patriota
 –  Czy ta mewa jest aż takim zagrożeniem dla Wotrilu, że i ja muszę wziąć w tym udział? Czuję się zaszczycony żartował Utkin, udając się raz z Jutrogostem. Ten, choć zachowywał powierzchowny nieznaczny uśmiech i niegroźną postawę, wydał się jakąś subtelną częścią siebie usilnie próbować spojrzeć się na ambasadora spode łba. Panie Striełok, niech pan się nie martwi. Spodziewam się, że Fedya wyeliminuje ją, zanim stałaby się dla kogokolwiek problemem! dodał dyplomata po chwili, a szpic zamerdał swoim kitowatym ogonem w radosnej żądzy mordu.
    Jutrogost przyłożył dłoń do czoła, jego strapienie pozostawało niezmienne.
Proszę jej nie ruszać i nie mówić tak głośno. stwierdził ostatecznie poważnym tonem. Dyskretnie rozejrzał się, czy ktoś ich nie podsłuchuje, a następnie posłał długie spojrzenie w stronę depczącego obok ptaka. oraz nie ingerować, jeśli nie ma wobec tego instrukcji.
 
Rozumiem, preferuje pan sam zdusić wroga narodu. zaśmiał się ambasador. 
 
Nie zabiję jej. To nie jest w definicji mojej pracy. Z resztą Rozkaz kazał mi po prostu podjąć codzienne procedury. odpowiedział szpieg, gestem dłoni starając się przekonać Utkina, aby przestał już mówić. On okazywał się jednak odporny na takie próby.
 
To co pan z nią zrobi?
 
–  Sprawdzę, jakie ma plany, co ma na sumieniu, z kim się zadaje i czy zmartwiłaby się, gdyby nagle zniknęły jej dzieci. –  Jutrogost wzruszył ramionami. Nawet lekko uniósł kąciki warg, jakby chcąc przekazać, że nie jest szaleńcem nierozumiejącym absurdu sytuacji, jednak jego ekspresja spochmurniała jednak prędko. Ale to nie jest sedno problemu. Nie przeszło panu może przez głowę, dlaczego miałbym śledzić mewę?
 
–  Przełożony pana nienawidzi? zaproponował ambasador. 
 
Może. przyznał Jutrogost, spojrzał się krótko na swoje rękawiczki. Zdarł już z nich książęcy emblem, czyniąc je całkiem nieodsyłalnymi. – Chociaż jest bardziej prawdopodobne, że coś… coś przeszło źle w transkrypcji albo obrałem złą osobę za informatora. Ponownie. Więc jeśli nie mewa, to kto powinien być celem? – zamilkł na dłuższą chwilę. Tymczasem ambasador również zastanowił się nad czymś.
 
Skoro jest pan przekonany, że to nie jest właściwa instrukcja, dlaczego więc pan dalej ją wykonuje? –  zapytał się w końcu. Striełka przez chwilę szukał słów. Jego wyraz twarzy pozostał przeciętnie pochmurny, jednak coś w jego nastroju przekazało głęboką urazę, może nawet i grozę.
 
Niedopatrzenie w pracy nie jest jeszcze zdradą stanu. – zauważył, ponownie przybierając codzienny lekkoduszny akt. Tymczasem stwierdzenie, że świadomie zignorowałem Rozkaz, ponieważ uznałem go za absurdalny? To już coś zupełnie innego z zupełnie innymi konsekwencjami. Pozwoli więc pan, że kulturalnie podążę za mewą i… Fedya, proszę cię, nie połykaj jej! Do nogi!

Fascynujący obiekt obserwacji
   Lydia Utkin, żona ambasadora, nie wydawała się być zbyt przejęta obecnością Jutrogosta, nawet kiedy została przynajmniej powierzchownie powiadomiona o jego roli. Można powiedzieć, że starczyło jej, że nowy domator wywiązywał się ze swojej przykrywki i jako niejasno zdefiniowany służący był w stanie gotować, myć podłogi czy nawet dzieci jej zabierać do szkoły. Przy tym on sam nie wydawał się narzekać na swoją rolę. W zasadzie wydawał się nawet bardziej ukontentowany pracami domowymi niż kwestiami właściwymi dla własnego zawodu.
    W tym wszystkim pani Utkin również ukrywała swój właściwy akt. Ona sama bowiem udawała, że jest na porządku dziennym z sytuacją, w praktyce jednak niezwykle interesując się wszystkim, czego mogła przypadkiem dowiedzieć się o tym lokatorze. Albowiem nikt, NIKT, kto przeszedł przez próg jej kamienicy, nie mógł pozostać incognito. Wkrótce dowiedziała się już całkiem wiele o tym człowieku. Świetnie podrabiał pisma, notorycznie okazywał się być świetnym kucharzem i zawsze był obsesyjnie zainteresowany, jakich patronów mają jej znajomi rjuske (wydawał się starzeć o dziesięć lat za każdym razem, kiedy słyszał odpowiedź "Artyn").
Miał silne opinie wobec zapachów wód kolońskich i z jakiegoś powodu doskonale wiedział, jakich używa większość władców znanego świata. Zauważyła też, że czasem dziwnie przemieszczał swój prawy bark podczas przenoszenia cięższych rzeczy, a sam niejednokrotnie potem zdawał się być z tego powodu w milczącym bólu. Lydia teoretyzowała, że jest to skutek niewłaściwie zrośniętej kości. Dowiedziała się też, że przywykł mieć przy sobie schowany kastet, ale nie wydawał się okazywać szczególnych zdolności władania żadną bronią. Mimo to niejednokrotnie wysyłany przed bramę kamienicy, aby wyprosić stamtąd rzezimieszków jeszcze nie wrócił z kosą pod żebrem, więc radzić sobie do pewnego stopnia umiał. Czasem z zaciekawieniem obserwowała, jak to wyglądało i udało się jej zrozumieć schemat zachowań szpiega. Zawsze zaczynał od dyplomacji, usilnie starając się, aby uniknąć fizycznego konfliktu i wycofywał się, kiedy zagrożenie potyczką stawało się nieuniknione. Naturalnie nie zawsze droga odwrotu się znajdowała.
– Czy wszystko w porządku?  zwykle gdzieś w tym momencie Jarov budził się, ponieważ jego żona zaczynała podjadać jakąś przekąskę.
Tak, tak kochanie. Też chcesz przekąsić? Nie? A tak przy okazji... Jeśli coś stanie się naszemu szpiegowi, to nam wyślą nowego z Wotrilu, prawda? mówiła, chociaż nie czekała na odpowiedź, zaangażowana wydarzeniami na zewnątrz.
    Zagoniony do rogu Jutrogost pozostawał powierzchownie niepanikujący. Jeszcze próbował uniknąć potyczki, raz na jakiś czas zdając się imitować zachowanie agresywnych wojskowych, byleby przegonić przeciwnika, a kiedy już nie miał innego wyboru decydował się na starcie w duchu "desperacja rodzi innowację", militaryzując, co miał pod ręką i dopiero w ostatecznym momencie zabierając się za niespodziewaną dla przeciwników decyzję, co do użycia kastetu.
   Po tym wszystkim Lydia mogła poznać jeszcze jedną rzecz - jak na człowieka tak milcząco znoszącego cierpienie od stłamszonego barku, Jutrogost miał patetycznie niską tolerancję na ból, a widok swojej własnej krwi napawał go niebywałym stresem. To z kolei naprowadziło panią Utkin na następny tok rozumowania. Myślała o jego grze aktorskiej dotyczącej wojskowych, następnie dodawała do niej informacje, o których czasem wspominał jej mąż - szpieg sam wydawał się być całkiem obeznany w militariach pod względem panujących tam zwyczajów, a ostatecznie spojrzała się na niezręczny gałgan bólu na pobliskim krześle.
 
Musiał pan mieć trudne życie w szkole wojskowej oznajmiła. Szpieg uniósł skonsternowany głowę, wybijając się z rytmu agonii. Wtedy była w stanie zobaczyć następne typowe dla niego zachowanie - zaczął kompulsywnie poprawiać jakiś element swojego ubrania albo otoczenia. Nie wydawał się tego robić czysto ze stresu, ale rzeczy takie jak zaskoczenie albo dyskomfort natężały je. Lydia porzuciła temat, zanim właściwie się zaczął. Jutrogost starał się przypomnieć sobie, na którym momencie żałosności skończył. Pamięć miał dobrą, więc wkrótce był w stanie powrócić do swojego zajęcia, jednak raz na jakiś czas podejrzliwie zwracając wzrok ku Lydii.
    Pani Utkin nie kończyła na tym swoim obserwacji. Zdecydowanie zauważała, że szpieg, jak jego zawód nakazywał, miał skłonności do paranoi. Nawet na co dzień był podejrzliwy, baczny i dyskretnie badał otoczenie,
a jego wzrok wiecznie szukał ewentualnej drogi wyjścia czy lustrował otaczających go ludzi. Dla zachowania czujności nie pozwalał sobie na stan nietrzeźwości, uważnie dawkując ilość przyjmowanego alkoholu. Często też przerywał swój sen, aby wyjrzeć na korytarz kamienicy albo nerwowo przemieścić się po swojej komórce. Zawsze w oczekiwaniu na jakieś nieokreślone zagrożenie.
 
Przepraszam. zwrócił się pewnej nocy w przestrzeń, kiedy czatowała za rogiem holu. Czy mogłaby pani przestać mnie szpiegować? Tworzy to dosyć niezręczną sytuację.


A cóż to za mały klikalny tekst?

10.02.2022

i am creation both haunted & holy



va bene
zenit
- człowiek - 32 lata - właściciel antykwariatu -
Gdyby magia miała zapach, z pewnością dusiłby się nim każdy, kto zawitał w graciarni na skrzyżowaniu ulic Słonecznej i Deszczowej w Astenhorp. Dobytek określany mianem przeklętego (między innymi ze względu na śmierć poprzedniego właściciela) stoi pod dumnym, może tylko trochę wybrakowanym szyldem “A ty wariat”, a aktualny właściciel antykwariatu zapiera się rękami i nogami, że tak miało być. Pomieszczenie przypominające bardziej wyrwaną z fantastycznych opowieści norę zapalonego fanatyka staroci, rzekomych insygniów i powiązanych bezpośrednio z astrologią głupot, aniżeli normalny sklep z antykami, wita każdego potencjalnego klienta brzękiem kilku zawieszonych nad futryną dzwoneczków i kryształów.
Antykwariat „A ty wariat” nie cuchnie zgnilizną, kurzem, czy starymi książkami. Unosi się zapachem delikatnego kadzidełka, które nieustannie od prawie trzech lat tli się na eleganckiej, ceramicznej podstawce ustawionej na antycznym globusie. Granatowe ściany nie są już widoczne, tam, gdzie nie zasłaniają ich półki, z których książki powoli zaczynają się wysypywać, są przepełnione wycinkami gazet, horoskopów, drobnymi ilustracjami przedstawiającymi świątynie z Touves i krainy niespotykane w Rietvie, a nawet i Enrynie. Jedna, wyklejona pożółkłym papierem ściana zapełniona jest setkami malutkich, dość infantylnych rysunków, cytatów, rozmów. Zbyt podekscytowana subiektka, która pojawia się znikąd i nie może mieć więcej, niż dwadzieścia pięć lat od razu od razu informuje każdego gościa, że śmiało może zostawić po sobie ślad, bo on tak bardzo kocha widzieć, że to miejsce jednak żyje i wskazuje na trochę dziwny, zdeformowany kubek bez ucha, w którym znaleźć można węgielki.
Sufit antykwariatu mieni się tysiącami barw, gdy wpadające przez wykusz na drugim piętrze światło, rozbija się o pięć kryształowych żyrandoli. Było ich siedem, dwa już znalazły nowego właściciela. Obok nich wiszą drewniane ptaki, stare zabawki podwieszane nad kołyską dzieci, sprzęt do wspinaczki górskiej i sieci rybackie.
Graciarnia wypełniona jest po brzegi, a ten trochę absurdalny melanż tematyczny tworzy z niej najbardziej nieprzewidywalną, a jednak niewyobrażalnie spójną całość. Potknięcie się o walający się po podłodze sprzęt do łamania grubego lodu i upadnięcie na półkę, na której znajdują się młynki i zaparzarki do kawy, przekładane taliami kart do tarota czy naładowanymi energią kryształami zdaje się nagle najbardziej naturalną z czynności, do której przygotowywałeś się latami.
Ku uciesze właściciela, nowy towar pojawia się tak szybko, jak znika, a dotychczas zapomniany lokal na rogu dwóch cichych ulic, przeżywa swój mały renesans, zawdzięczany przez stada młodych dziewczyn, które zakochały się w “A ty wariacie” i jego skromnym właścicielu.
To miejsce tętni miłością.
Zenith
Alexander
- Rjuske - 35 lat - były wykładowca -
Alexander Johann Zenith (28 maja 1246 – kwiecień 1278) – velteński astronom, doktor nauk ścisłych, w latach 1273-1278 nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Południowym. Twórca teorii smoluhovskiej stanowiącej o bezpośrednim wpływie układu planet na ruchy energetyczne i potencjał magiczny rjuske, podważonej w 1277. Współodkrywca jednej z Nowych Gwiazd Thelem.

Młodość.
Urodził się w Velten. Jego ojciec był snycerzem, matka nauczała nauk przyrodniczych w jednej ze szkół przedmiotowych. W dość młodym wieku okazał zarówno potencjał magiczny odziedziczony po dziadku ze strony matki, jak i zafascynowanie astronomią. Już w wieku 7 lat poznawał jej podstawy, obserwując ruchy gwiazd i planet przez zrobioną ze znalezionych soczewek okularowych lunetkę. Z młodszym bratem, który nie wykazywał zdolności magicznych, przez pierwsze kilka lat byli kształceni w domu, a następnie trafili do różnych szkół przygotowawczych.
W latach uczęszczania do szkoły przedmiotowej, jego talent został dostrzeżony przez jednego z prowadzących nauk badawczych, który następnie polecił go znanemu astronomowi, filozofowi i matematykowi, Nikołajowi Anethumnikowi – zapoznanie rozpoczęło ich relację mentor-uczeń, która później zaowocowała kilkuletnią współpracą.

Edukacja
Ukończył mniejszą szkołę przygotowawczą i przedmiotową w Velten. W 1263 otrzymał promocję od Nikołaja Anethumnika, która umożliwiła mu rozpoczęcie studiów na Uniwersytecie Achiem w Nesevie na kierunku nauk ścisłych. Już w trakcie samych studiów otrzymywał oferty pracy, a w 1264 rozpoczął swój pierwszy, trwający 3 miesiące staż jako młodszy asystent Michaiła Volschanki. W 1267 odrzucił złożoną mu przez Anethumnika propozycję kontynuowania studiów na Uniwersytecie Południowym. W 1271 roku otrzymał tytuł doktora.

Lata 1271-1273
Po zakończeniu studiów podjął współpracę z Anethumnikiem, podczas której badali wzajemne oddziaływanie na siebie planet, wpływy innych obiektów na ruchy energetyczne i odkrytą przez nich Sorayę, Nową Gwiazdę Thelem. Zimą 1271 wyjechał na trwające półtora miesiąca badania w opuszczonym punkcie obserwacyjnym w okolicach Aspait. Wiosną 1272 otrzymał pierwszą ofertę pracy na Uniwersytecie Południowym, którą odroczył, pragnąc wcześniej wydać pracę naukową dotyczącą teorii smoluhovskiej, która ukazała się jesienią, tego samego roku. Latem 1273 roku ogłosił na konferencji w Uniwersytecie Asdońskim zakończenie dotychczasowych badań, zwieńczonych pracą na temat Sorayi i rozpoczęcie pracy jako nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Południowym od jesieni tego roku.

Kontrowersje
Już wiosną 1274 roku, niespełna pół roku po rozpoczęciu kariery akademickiej, do szerszej publiki zaczęły trafiać, dotychczas utajnione, informacje na temat pochodzenia Zenitha i zdolnościach magicznych. Plotki zapoczątkowane przez jego studentów, ku niezadowoleniu części społeczności okazały się prawdziwe. Podważona została jego pozycja w Zachodnim Instytucie Nauk Badawczych, co również wpłynęło na nagły wzrost zainteresowania jego dotychczasowymi badaniami.
Zimą 1274 roku, na konferencji w rodzinnym Velten, objął stanowisko w tej sprawie i przyznał się do bycia rjuske, co doprowadziło do przedwczesnego zamknięcia jej ze względu na poruszenie jednego z kół naukowych.
Również wtedy głośno zrobiło się o sięgającej dwa lata wstecz afery unartyńskiej, z którą był blisko związany, jako jeden z głównych przedstawicieli pragnących większych restrykcji i kar dotyczących rjuske Artyna i osób, które wykorzystywały ich w celach manipulacji.
W 1275 roku nie otrzymał zaproszenia na odbywające się w Astenhorp targi naukowe, na których ogłoszono rozpoczęcie dokładniejszej analizy jego teorii smoluhovskiej, co spotkało się z oburzeniem części naukowców, w szczególności grupy badawczej z Aspait.

Życie osobiste
W 1274 ożenił się i rozwiódł z Miriam Lieserl, z którą później utrzymywał dobre relacje. Przez całe życie poza studiami uczęszczał również na tajne komplety z zakresu heggi i jej pochodnych, osiągając zaskakująco dobre wyniki.
Współpracownicy opisywali go jako osobę chorobliwą i aż zanadto zapracowaną, co skutkowało stopniowym pogarszaniem się stanu jego zdrowia.

Zdolności magiczne
Według studentów Uniwersytetu Południowego był rjuske Wynn, z czego czerpał korzyści w trakcie prowadzonych zajęć. Świadkowie przyznawali, że był w stanie tymczasowo poprzez nałożenie iluzji, przekształcić aulę wykładową w potrzebny fragment kosmosu, czy zwizualizować wydarzenia we wszechświecie ku podparciu przedstawianych przez niego teorii. Według uniwersyteckich legend zdarzało się, że był widywany w więcej niż jednym miejscu jednocześnie, pogłoski te zostały jednak definitywnie obalone w 1279 przez profesorów kampusu.

Ostatnie lata
Latem 1277 roku ukazała się praca naukowa Thomasa Willemhooga, która jednoznacznie podważała teorię Zenitha i którą poparła większość społeczności uniwersyteckiej. Narastająca na Zenith’cie presja sprawiła, że zaledwie pół roku później zrezygnował z dalszej współpracy z Uniwersytetem Południowym.
W kwietniu 1278 popełnił samobójstwo, o czym poinformowała jego była żona.
made in glory
cześć, miło mi, Zenitowi zresztą również. Nie będę ukrywać, postać miała być mroczniejsza, skończyliśmy z memem pokroju "wakacje ze starym na plecach", ale koniec końców raczej wyszło fajnie.
Kp sponsoruje zinnaDu, Creature od half alive, cappuccicons i smaczne teksturki
Jesteśmy chętni do każdego rodzaju wątku, typowe wpadnięcie na siebie na ulicy, mała kawka, czy pościgi z wybuchami. Zenit może pojawiać się w wątkach, jednak jeśli będzie miał do wyburczenia więcej niż dwa zdania, to prosimy o informację w celach skontrolowania. Póki co Zenit robi sobie przerwę od fabuły, swoje już narobił.
Dla niewtajemniczonych zapraszamy, trzeci romb, planeta na dole.
Kontakt poprzez discorda

siła
szybkość
zwinność
kondycja
mądrość
charyzma
siła magii
kontrola magii
1
2
1
2
10
5
9
10