Lodowate spojrzenie fioletu przeszywało na wskroś smukłą poety sylwetkę, gdy ten – niespodziewanie i nader bezdusznie mównicy pozbawiony – milczał, wsłuchując się w kolejne słowa swego towarzysza.
Lilian pochylił się nad stołem i oparł podbródek o otwartą dłoń, pozwalając czarnym brewkom powędrować do góry w jawnym zainteresowaniu. Choć nie powinien, zdecydowanie nie powinien, miał wrażenie, jakby właśnie był prowodyrem niespotykanego dotąd zjawiska. Asher przecież nie mówił dużo. Tak właściwie, w jego obecności nie mówił praktycznie wcale. Burczał jeno pod nosem pojedyncze słówka i zdania, oszczędnie kręcił głową lub przytakiwał. Czasem, całkiem zobojętniały, odchodził bez słowa, ot tak, jakoby wszelkim jestestwem barda tak absolutnie wyczerpany, że nie pozostawało mu już nic innego, niż tylko nie zwracać na niego uwagi. Aż tu w końcu… taki słowotok! Ten przedziwny najemnik, impertynencki przyjaciel Jagody, którego dmuchający w żagle wiatr przywiał statkiem aż do mroźnej Rietvy, ten zrekrutowany w odległych terenach Sceiv Astua tak rygorystycznie, że naturalnym stanem rzeczy – poeta potrzebował sporo czasu i kilku ważnych podpowiedzi od Rivanni, zanim zdołał to zrozumieć – milczenie musiało być mu wygodniejszym, wreszcie zdołał wydobyć z siebie tych kilka, niewymuszonych zdań monologu. Monologu, trzeba było przyznać, całkiem w swojej rozciągłości imponującego!
Nie krył czającego się na dnie modrej tęczówki entuzjazmu. Podobało mu się, że jego rozmówca nie przebierał w środkach. Że nie mówił, a przemawiał. I że przemawiając w końcu, nie robił tego bezmyślnie; byleby tylko słowa z ust płynęły, byleby być słuchanym. Poeta powoli zaczynał rozumieć, dlaczego spośród wszystkich Ciem, Jagoda zdecydowała sobie upatrzyć akurat Ashera.
Dobrze więc, spróbował zebrać myśli. Tyle spraw do wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć?
— Szukasz drugiego dna — podjął. — Uzasadnienia moich lekkomyślnych wymysłów, które – popraw mnie, jeśli się mylę – uważasz za idiotyczne i nierozważne, ponieważ są nieposłuszne wszystkiemu, czemu posłuszny powinienem był być. Takiego uzasadnienia, które na prosty, chłopski rozum będzie brzmiało na tyle sensownie i pragmatycznie, żeby pozwolić ci zrozumieć, dlaczego mnie, wielkiemu poecie o nieskazitelnej opinii, zależy na twoim towarzystwie aż tak bardzo, że jestem skłonny zaryzykować swoją karierą, pozycją na dworze i wszystkimi przywilejami z powyższymi związanymi. To bardzo ujmujące, że tak przejmujesz się moimi losami. — Przechylił głowę na bok, uśmiechnął się filuternie. Palcami niespiesznie wystukał na policzku rytm tylko jemu w tej chwili znanej piosenki. — Ale co jeśli powiem ci, że takiego drugiego dna wcale nie ma, a ja niczym nie ryzykuję? Że to nie kwestia żadnych zawiłości, tajnych planów czy czegokolwiek innego, czego mógłbyś się jeszcze spodziewać? Chętnie wszystko ci wyjaśnię.
Wyprostował się dostojnie. Chwycił za kielich, uniósł w geście toastu i zatrzymał na wysokości ust.
— Zanim jednak zacznę, napijmy się. Za naszą współpracę. Niechaj każdy z nas wyniesie z niej zamierzone korzyści.
Asher nie wyglądał na przekonanego. Niezrozumiale wymruczał pod nosem coś, co sądząc po wyrazie twarzy w doborze słów było raczej mało cenzuralne. W końcu powoli i jakby niechętnie przysunął czarkę do ust. Nawet nie trzeba było go długo zachęcać. A to dopiero sukces!
Bard uśmiechnął się triumfalnie. Upił niewielki łyk, rozkoszując się wykwintnością trunku. Na powrót do Rietvy powinien zabrać ze sobą dobrych kilka butelek. Z całym szacunkiem do enryńskich trunków – niby działały na człowieka tak, jak działać powinny, ale jeśli nie było się zatwardziałym w boju alkoholikiem, ciężko było to coś przepuścić przez gardło bez większych uszczerbków na kubkach smakowych.
— Czy to oznacza, że wracamy do poprzedniej formy komunikacji; ja mówię, ty milczysz? Szkoda. Zdążyłem się już przywiązać do tej bardziej rozgadanej strony twojego oblicza. — Zażartował, udając lekkie rozczarowanie. Fakt faktem, naprawdę spodobał mu się Asher w ulepszonym wydaniu, ale w zasadzie wszystko było mu jedno. Grunt, żeby jakoś się porozumieć. Jemu rola mówiącego nie stała na przeszkodzie do niczego. — Byłoby niezmiernie miło, gdybyś mnie nim czasem jeszcze zaszczycił.
Najemnik westchnął ciężko, wyraźnie szykował się, żeby coś powiedzieć. Lilian jeszcze nie wiedział co, ale i tym razem po samym wyrazie twarzy nietrudno było się mu domyślić.
— No dobrze, dobrze już! — zdążył uprzedzić niechciany rozwój wydarzeń. — Nie musisz nic mówić i proszę, nie patrz na mnie w ten morderczy sposób. Ręczę słowem, że właśnie zamierzałem przechodzić do brzegu.
Odłożył kielich na drewnianą ławę. I spoważniał odrobinę. Czas, zdawało się, najwyższy. Czyjaś cierpliwość w zatrważającym tempie zbliżała się do niewidzialnej, acz łatwo wyczuwalnej w spojrzeniu i czynach granicy.
— Nie ma najmniejszej potrzeby martwić się, że twoja obecność podczas przyjęcia zaalarmuje któregokolwiek z zainteresowanych kupnem mojej prowincji członków rady. Powód tego banalnie prosty – kolejność będzie zupełnie odwrotna od tej, którą mylnie musiałeś z góry założyć. Najpierw czekają nas formalności, a więc zgromadzenie, podczas którego zostanie podjęta decyzja o przyszłości podległych mi ziem, dopiero później zaś – wielki czas przygotowywań i w końcu, pod koniec tygodnia, bal. Dla nas będzie to tylko jeden dzień katorgi i konieczności podporządkowywania się urzędowym konwenansom, ale dla Jaśnie Oświeconej wszystko trwa już teraz, kiedy my beztrosko popijamy wino i czekamy na ciepłą strawę. Nic dziwnego, że w ramach zwieńczenia będzie chciała nareszcie odpocząć i porządnie się wybawić. Przypuszczam, że stąd wzięła się decyzja o kameralnym gronie, w które z okazji swojego powrotu zostałem wliczony.
Przerwał, żeby wziąć kolejny łyk wina. Większy tym razem. Od tego ciągłego gadania zdążyło odrobinę zaschnąć mu w gardle.
— Jak już wiesz, bal będzie maskowy, stąd też nie przejmowałbym się specjalnie, że ktoś rozpozna cię już po fakcie. Mnie, rzecz jasna, nawet i w masce zdoła zidentyfikować każdy. Ale też na mnie większość uwagi będzie się zapewne skupiała — stwierdził nieskromnie. — Szczerze wątpię, że o tobie ktoś do tego czasu będzie jeszcze pamiętał. Przed ich oczyma przejawiają się dziesiątki sylwetek dziennie, a ochroniarz u boku szlachcica nie jest nikim, kto mógłby zwrócić ich szczególną uwagę. Tutaj rzecz raczej codzienna. Co zaś się tyczy mojego wyboru, sprawa przedstawia się następująco: to moje zaproszenie i mogę z nim zrobić to, co żywnie mi się podoba, wedle osobistego upodobania i nie bacząc na opinie wielmoży, którzy – kolokwialnie mówiąc, zwykli jadać mi z ręki — i tym razem nie pochwalił się pokorą. Nie bez powodu. Towarzystwo go uwielbiało. — A ja mam upodobanie zabrać ze sobą właśnie ciebie, mój nadzwyczaj niereformowalny towarzyszu. Ponadto, moim życzeniem jako twojego tymczasowego pracodawcy jest, żebyś chociaż spróbował rozpatrzyć tę propozycję pozytywnie. Taka szansa nie powtórzy się prędko, pozwól sobie z niej skorzystać! — Pochylił się do przodu, uważnie powłóczył spojrzeniem po sylwetce najemnika. — Uważam, że nie wyjdzie ci to na złe. No wiesz, przypomnieć sobie, jak to wszystko wygląda u ludzi wyższych sfer. Bo wiesz, możesz sobie mówić, jaka to wielka przepaść nas dzieli, ale ja w życiu nie uwierzę, żeby jakikolwiek marginalny wiarus bez wykształcenia był w stanie określić siebie samego w taki fantazyjny sposób, jak przed chwilą to zro… — Urwał nagle. — Och, czy ty też to czujesz? Coś mi podpowiada, że nadchodzi nasz posiłek. Nareszcie. Już nie mogłem się doczekać.
Obydwa spojrzenia jak jeden mąż powędrowały w stronę drewnianych drzwi oddzielających część kuchenną od izby głównej. Zgodnie z przypuszczeniami barda, drzwi zaskrzypiały piskliwie, żeby zaraz wypuścić z pomieszczenia dwie sylwetki. Oberżysta i jego młodziuchna, jasnowłosa córa wspólnie podążyli w kierunku zajmowanej przez Liliana i Ashera ławy, niosąc ze sobą pełne misy gorącego, roznoszącego za sobą apetyczną woń apreńskich specjałów jedzenia. Lilian ukradkiem zerknął na najemnika, z lekka zarozumiały uśmieszek zatańczył w kącikach jego ust. Dobrze wiedział, gdzie zabrać swojego towarzysza, żeby już podczas pierwszych chwil w Królestwie Apreńskim wywrzeć na nim dobre wrażenie. Z dumą mógł powiedzieć, że miał w tej kwestii porównanie jak mało kto. Znał ten kraj jak własną kieszeń. Grywał w każdej, lepszej oberży. Pijał wino i smakował lokalnych przysmaków. Jeśli pytać kogoś o polecenie godnego lokalu do roztrwonienia pełnej sakiewki monet, to jego właśnie. Jak dobrze było być bardem.
— Roche, ależ to wszystko pięknie pachnie! Koniecznie dopilnuj, żeby kucharz został dzisiaj sowicie wynagrodzony. — Powiedział Lilian, obserwując talerze jeden po drugim wypełniające pustą do tej pory przestrzeń drewnianej ławy. Właściciel gospody odpowiedział dosyć pazernym w odbiorze wyszczerzem. Nic w zasadzie dziwnego. Któż by nie był zadowolony, gdyby jednego dnia wydano u niego tyle pieniędzy. — Najdroższa Marilko, aleś ty wypiękniała! Dziękujemy wam, dziękujemy. Pewien jestem, że uczta będzie godna zapamiętania.
Młodziuchna Marilka ukłoniła się skromnie w podzięce. Z zachwytu aż cała pokraśniała.
— Śmiało, częstuj się! — zachęcił najemnika, kiedy na powrót zostali tylko oni dwoje. Samemu sobie bez zbędnego ociągania podsunął pod nos misę z zupą rybną. — Nie byłem pewny, co jadasz, więc poprosiłem o przygotowanie każdego dania z dzisiejszej oferty. Gicz cielęca duszona w warzywach, z grzybami i fasolką. Comber jagnięcy pieczony z bakłażanami, boczek wieprzowy w piwie podany z glazurowanymi śliwkami. Łopatka dzika pieczo…
— Lilian. — Asher przerwał wyliczankę. — Do rzeczy.
— Tak, tak. — Pokiwał głową, nie słuchając. Zamoczył łyżkę w zupie, skosztował. — Przepyszne. Chcesz spróbować?
Najemnik założył ręce na klatce piersiowej. Jego spojrzenie po raz kolejny ściągnęło barda z powrotem na ziemię.
— Hmmm… zapomniałem o czymś wspomnieć? Wydawało mi się, że wyjaśniłem już wszystko. — Zdziwił się po chwili namysłu. — Kwestię ożenku, jeśli nie masz nic przeciwko, pozwolę sobie ominąć. Tutaj nie ma zbyt wiele do omówienia. Powiedzmy, że tego typu związki nieszczególnie mnie interesują. Ciebie też chyba niekoniecznie, mam rację? W końcu ożenku nadal brak. A my nie młodniejemy. — Sparafrazował słowa samego Ashera, całkiem niedyskretnie posyłając mu oczko. — Więc chyba powinieneś mnie zrozumieć.
— Ojej. — Nie zdążył udzielić najemnikowi czasu na odpowiedź, zanim zerwał się w miejscu, jeszcze na chwilę decydując się na odłożenie posiłku. — To przypomniało mi o jeszcze jednej, ważnej sprawie, którą chciałem ci zakomunikować. Okazało się bowiem, że zabrakło izb sypialnych dla nas obydwóch. Dlatego zmuszeni będziemy zmieścić się w jednej.


