30.03.2022

Od Kyryla do Striełki

początek sierpnia 1280
Literatura lubowała się w idyllicznych opisach wsi, która jak zamknięta w kiczowatych poniekąd obrazkach czterech pór roku, żyła swoim cyklem, niezmącona problemami zewnętrznego świata. Wotrilscy chłopi uganiali się w niej z pracą, może i zmęczeni ale zadowoleni z obolałych mięśni i kręgosłupa, oderwani od poważnych dyskusji na tematy, których nie mogli przecież ogarnąć swoim rozumem. A wszystko to przeplatało się z dziwacznym przeświadczeniem o niezwykłości rzeczy powszednich i pochwałą prostego życia, które jednak dziwnym trafem pozbawione było pyłu ziemi i duszącego gorąca żniw. Gdyby Kyrylo potrafił czytać, pewnie znalazłby nawet więcej punktów spornych z tą wizją, która choć mówiła o sprawach mu bliskich, zawsze robiła to z bezpiecznej odległości wygodnej kanapy w miejskim salonie. W opowieściach tych obok licznych uproszczeń i pominiętych wątków nie było zdecydowanie miejsca na swoistą mieszankę chaosu i porządku, jaką niewątpliwie było pospolite ruszenie budowlane.
— Kto to ciął?! — Donośny męski głos rozniósł się po żebrach stodoły, skupiając uwagę pracujących na osobie Yury, który w jednej chwili doglądał układania nowych łat, a w kolejnej energicznie gestykulując, nakazywał przerwanie roboty i biegł na drugą stronę zawalonego liśćmi, mniejszymi nieuprzątniętymi jeszcze gałęźmi i przypadkowymi klamotami boiska. — Jarema, ty jełopie!
— Co? Belka jak belka — odrzucił stary cieśla, nie dając sobie wejść w słowo. — Zresztą sam chciałeś ratować, co się dało.
— Ratować! Jak ty do jasnej cholery chcesz butwiejące deski ratować! A idźże z taką robotą, ja za rok nowego dachu kłaść nie będę.
Mirko, trzymający przeciwny koniec łaty, o którą toczyła się dyskusja, raz jeszcze rzucił na nią wzrokiem i wzruszył ramionami. Kyrylo wolał się nie angażować, przekonany doświadczeniem ostatnich dni wypełnionych utarczkami słownymi i niewybrednymi inwektywami rzucanymi na prawo i lewo. Wobec natłoku pracy — zafundowanej im przez spróchniałą lipę i jej potężne konary powalone wprost na dach folwarcznej obory — nastrój w Nahrownem meandrował między pozornie nieszkodliwym podirytowaniem a wybuchowym gniewem. Jeśli zestawić to z wydarzeniami ostatnich kilku tygodni, na raz stawało się jasne, że dolewanie oliwy do ognia nie leżało w niczyim interesie. Wichura odciągnęła część uwagi od szerzących się po okolicy jak zaraza plotek, które niesione siłą karczemnej paplaniny zdawały się powoli docierać do uszu dziedzica. Łatwiej było wierzyć w chorobę zboża, napad zbójników, nawet gadzie pomioty i mary leśne, gdy spichlerze w środku żniw świeciły pustkami. Ukrycie prawdziwych przyczyn zamieszania zdołało wyrwać się spod kontroli głównych zainteresowanych i najlepszym wyjściem z tej niezbyt komfortowej sytuacji było być może pełne wykorzystanie chaosu, który powoli oganiał cały hrabiowski majątek.
— Ściągać to. — Yura nieprzekonany najwyraźniej do poziomu sztuki budowlanej kogokolwiek poza sobą powrócił do nadzorczej roli ku niezadowoleniu większej części robotników. Nie było tajemnicą, że we wsi znalazł się zawsze ktoś ogarnięty potrzebą działania porządnie i niechowania problemów gdzieś w potencjalnej przyszłości. Mniej jasne było, czy lepiej gdy ta osoba decydowała o kształcie roboty. — Z wami wszystkimi to jak z małymi dziećmi.
— W tym tempie to my tego i za miesiąc nie skończymy — stwierdził Mirko, przesuwając się ku okapowi. — Albo będzie ojciec budował sam.
— Ty już nie cwaniacz, bo jak się ci pan hrabia do skóry dobierze…
— Chciałbym zobaczyć, jak jaśniepan sam tańcuje po dachu — Deska uderzyła z hukiem o ziemię, a najmłodszy z synów Yury balansując na połaci, wykonał ruch, który miał chyba stanowić figurę kuranta, ale przypominał raczej rozpijaczony chód błazna. Kyrylo parsknął śmiechem. — To byłby dopiero widok.
Yura machnął w końcu ręką, ukrywając jednocześnie rozbawienie, i wrócił do środka, znajdując inny pilny problem, wymagający jego uwagi. Od czasu ucieczki z Bystrycy Kyrylo oduczył się myślenia, że kiedykolwiek powróci do normalności, że w ogóle istniała droga, która zaprowadziłaby go na nowo do domu. Jakkolwiek bolałoby przyznanie tego choćby w ciszy własnych myśli, nie miał tam już miejsca, przyszłości nie było tam dla niego natomiast i wcześniej. Nahrowne obudziło w nim jednak stare sentymenty i niespodziewanie stało się fascynujące w swoich pozornych podobieństwach i powierzchownych różnicach. Ludzie, choć innych charakterów i przywar, dzielili zbliżoną mentalność i podobne trudy. Bywali więc w znany mu sposób uciążliwi, a zarazem niezastąpieni w potrzebie. Nawet fircyk Kuroczkin, choć zdawał się człowiekiem z zupełnie innego bieguna niż surowy Gostojmski, okazywał się charakteryzować tymi samymi szlacheckimi przypadłościami, które budziły w chłopie z Zahorwic już nie poczucie bezsilności a buzującą w krwi złość. Pobyt w majątku rozerwany był więc między milczenie przy robocie bliżej dwora, a nieraz szydercze chłopskie uwagi.
Południowe słońce sięgnęło wewnętrznych bielonych wapnem ścian, rozżarzając stodołę od środka i dając się we znaki nawet tym, którzy chowali się do tej pory w cieniu. Pot napływał do oczu, bardziej drażniąc niż przeszkadzając, co jednak spowolniło dalsze zmagania z więźbą dachu. Senność smaganych delikatnym wiatrem zbóż i szumiących brzóz powoli rozlewała się po okolicy, zniechęcając dodatkowo do dalszego wysiłku i zmieniając pracę w walkę już nie z drewnem a samym sobą. W sekwencję mechanicznych niemal ruchów wkradała się opieszałość, nieskutkująca jednak większą dokładnością, a raczej przeciwnie ryzykownym bałaganiarstwem. Obecność przybysza nie cieszyła się więc uwagą pracujących, którzy zignorowali go w pierwszej chwili czy to przezornie zauważając, że z mieszania się w pańskie sprawy nie przyjdzie im nic dobrego, czy też z czystego niechcenia.
— Widziałeś go tu wcześniej? — zapytał po jakimś czasie Mirko, ale gdy nie otrzymał odpowiedzi poza przeczącym kiwnięciem głową, wrócił do odmierzania odległości nowej łaty. — Wreszcie!
Kyrylo podejrzewał, że uwaga ta nie miała nic wspólnego z nieznajomym i szybko przekonał się, że miał rację. Jego przyjaciel skoczył na raz ku drabinie i bardziej zjeżdżając po niej niż schodząc, rzucił się biegiem w stronę idącej od polnej drogi siostry. Zorya odskoczyła, opierając ciężar dwojaków na biodrze i dając sobie czas na odłożenie koromysła i dwóch zawieszonych nań wiader.
— Gdzie ojciec?
— Za stodołą. — Brat odebrał od niej naczynie i nie czekając dłużej, dobrał się do jego zawartości. — Znowu szczawiowa? Jeszcze trochę i cały będę ze szczawiu.
— Następnym razem ja powygłupiam się na dachu, a ty będziesz sterczeć nad paleniskiem.
Obiad przerywany mieszanką złośliwości był swoistą tradycją, której nie tyle nie wypadało, ile nie należało przerywać. Zamiast tego bystryczanin przemył chłodną wciąż wodą twarz, ścierając z niej zmieszany z pyłem pot.
— A ten się zgubił czy co? — Zorya poprawiła spódnicę i skupiła uwagę na kręcącym się między starym spichlerzem a stodołą mężczyźnie. — Na ekonoma raczej nie wygląda.
— Jeno licho wie, ale pewnie jest ze dwora — odparł Kyrylo, po raz pierwszy nawiązując kontakt wzrokowy z, jak się wydawało, nowym gościem hrabiego.

24.03.2022

Od Liliana CD. Jagody (do Ashera)

— Inaczej zapamiętałem tę okolicę.
— A czego żeś się spodziewał, że wszystko będzie takie samiuśko, jakieś tu dziesięć lat temu zostawił?
— Nie o to chodzi, Julian. Rozejrzyj się — mruknął Lilian, oglądając się za siebie.
Pusta droga za nimi i pusta przed nimi, jeno śnieg, dużo śniegu i grube sople lodu – jedyne, którym ten mróz był sojusznikiem – zwisające z okiennic, kilka bezpańskich psów łypiących uważnym spojrzeniem na dwójkę nieznajomych. Miną raz na jakiś czas płot lub dwa, za którym co wytrwalsze w monotonii dzieciaki wtykają marchewkę w nos bałwana, jeden drugiego przekrzykując. Przejdzie ktoś czasem przelotem, a może przemknie raczej, ze wzrokiem spuszczonym i głową ukrytą pod płaszcza kapturem, głową zasypaną lawiną własnej codzienności, po czym znika zaraz. Widmo człowieka, wspomnienie.
Nie podobało się mu to, co widział. Nie podobała mu się ta zima.
— Tutaj brakuje życia — kontynuował przemyślenia na głos. W tym głosie niepokoju trochę, trochę niezadowolenia. Lilian lubi, kiedy jest pełno życia. I lubi, kiedy jest tłoczno. Zwłaszcza wokół jego osoby. — Nie ma do kogo podejść, zapytać, zagadać. Ludzie przestali wychodzić na ulicę, do innych ludzi.
— No i słuszność mają. Pizga, że aż w zębach dzwoni, a spotkać można się też w karczmie i to z równie żywym skutkiem — rudowłosy towarzysz zwany Julianem podsumował treściwie. — Zresztą, ja to się im nie dziwuję. Mnie po całym tygodniu roboty w tej pizgawicy to też nie chciałoby się tego białego gówna więcej oglądać. Nie każdy żyje z dostarczania ludziom rozrywki, coby pozwolić sobie na pracę w godnych warunkach, imaginuj sobie.
— Imaginuję. Jeno racz oświecić do czego zmierzasz, bo chyba nie rozumiem — skontrował, niespecjalnie biorąc sobie personalny przytyk do serca. Ujął w dłonie przewieszoną przez tułów lutnię na skórzanym, zdobionym paseczku, szarpnął palcami o struny i zaraz zmarszczył brwi w reakcji na nieczysty dźwięk, który wydała. — Przecież my obydwoje właśnie z tego żyjemy.
— Ano, właśnie. Między innymi — Odpowiedź była ani to przecząca, ani twierdząca zanadto. Bard, znający swojego przyjaciela po fachu i nie tylko po fachu wystarczająco dobrze, o doprecyzowanie prosić nie musiał. — Dlatego im te tyłki odmarzają z przymusu, a my mamy luksus pozwolić sobie na to z własnej, nieprzymuszonej woli. Przywilej artysty, kurwa jego mać. Pomyśleć, że mógłbym go wykorzystać na coś znacznie przyjemniejszego, tfu.
— Nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby to nie było ważne.
— Ach tak tak, sprawy rodzinne wagi najwyższej o stopniu wtajemniczenia tylko dla obeznanych, prawiem zapomniał! Uniżenie błagam o wybaczenie i dziękuję za uczynienie mnie szczęśliwym wybrańcem.
Ironią zaśmierdziało w chłodnym powietrzu, i w śniegu, i dałby sobie Lilian głowę uciąć, że w przeklętych soplach lodu też. Nawet w spojrzeniu jeżącego się na nich z ukrycia kocura.
— Tuż za rogiem karczma, o której wspominała Oczko, tam napijesz się piwa. Czy to będzie wystarczająco przyjemne, żebyś przestał marudzić? — Nie pozwolił się sprowokować. Julian często prowokował – nic nowego, dzień jak codzień. A jemu zazwyczaj to nie przeszkadzało.
Ale tym razem zwykłym zazwyczaj nie było. Sprawa naprawdę była ważna i nie pozwalała Lilianowi skupić się na niczym innym poza jej wykonaniem.
Sprawą była Jagoda. Konkretnie, odnalezienie jej. Po niespełna dziesięciu latach rozłąki.
— Miarkuj, bo wzruszę się zaraz. Kto to widział, tak dobrze mnie znać!
Bard parsknął pod nosem, wywrócił oczami, stosownie do prośby przemilczał. Zajął się przekręcaniem stroików w instrumencie.
Tuż za rogiem ciężkim barytonem zaszczekał pies, zaraz po nim znacznie cichszy, męski głos. Świst wysuwanej z pochwy klingi nie zdołał dwójki przyjaciół ostrzec przed potencjalnie czyhającym za rogiem niebezpieczeństwem, w punkt zagłuszony kolejnym szarpnięciem w struny.
— Kurrrw… — Julian gwałtownie zatrzymał się wpół kroku, odruchowym szarpnięciem za kołnierz powstrzymał od dalszej wędrówki także Liliana, bo ten, chwilowo nazbyt zaangażowany w strojenie lutni, żeby baczyć, co się wokół niego wyprawia, bez pomocy byłby wyhamować nie zdążył. I tyle byłoby z jego ważnej sprawy.
Szarpnięcie, w tej całej swojej odruchowości niekoniecznie delikatne, zmusiło nieprzygotowanego szarpanego do postawienia dwóch, chwiejnych kroków do tyłu celem utrzymania równowagi – szczęśliwie z powodzeniem, bo w tym niedelikatnie szarpiący już nie do końca skory był pomóc, czort go wiedział z jakich powodów.
— Uważaj jak leziesz, rzępoło przeklęty, boś nie jest już dłużej piesek królowej, co to wokół niego tuzin rycerzyków w zbrojach lata, a żeby cię tylko przypadkiem z tego twojego poetyckiego wniebowstąpienia nie wyrwać! — warknął z wyrzutem, który całkiem podstawnie zabrzmiał Lilianowi jako jeden tych wspomnianych, czarcich powodów. — Skapnąłbyś się dopiero, że cię na czubek miecza nadziali, jakby ci się w oczach mroczyć zaczęło, cholero!
Zbesztany z góry na dół, z lekka zszokowany nagłą wizją śmierci tak niechlubnej, że niegodnej nawet najnudniejszej ballady na świecie, Lilian znieruchomiał, wybałuszył wyrwane z rzekomego świata poetyckich wniebowstąpień oczy. Srebro wymierzanej w jego kierunku klingi odbiło się ostrzegawczo w oczu tych błękicie, prędko sprowadzając na ziemię.
A on jak stanął na dwóch nogach, tak stał. I się gapił.
— Cóż to, teraz kulasy posłuszeństwa odmówiły? Idziemy, wartko. Do tej twojej karczmy, co podobno niedaleko — ponaglił Julian, dziarsko klepiąc poetę po plecach. Widać, odwidziało mu się gniewać tak szybko, jak uwidziało. — A jak się tak koniecznie nadziwować potrzebujesz, to chociaż drogi nie wadź. Wybaczcie, mości eee… wojowniku, kolega coś dzisiaj nie-
— Zamorduję, zatłukę! Łeb ukręcę, wyrwę gołymi rękoma, ścierwo psom rzucę na pożarcie!
— Spokojnie panienko… ooo kurwa! — Lilian stał plecami do Juliana, nie widział go. Nie musiał wcale widzieć, żeby być pewnym, że on właśnie w tamtej chwili zrozumiał. Zrozumiał, choć musiał najpierw zobaczyć i nie jest mu już dłużej do śmiechu.
— Jagoda, siostrzy-
— Już ja ci dam siostrowania! — przerwała w połowie słowa, zmierzając w jego kierunku. Zacisnęła pięść na białym futrze, nie szczędząc siły przyciągnęła do siebie. Drugą pięść, tę trzęsącą się we wściekłości i rozgorączkowaniu, zawiesiła w powietrzu, gotowa do mordobicia. — Ty sukinkocie, psi synu, łachudro sprzedajna ty! A pożałujesz rychło, żeś miał czelność tą swoją gogusiowatą mordę tutaj pokazywać!
— Ejże!
— Poszedł won, bo zara i tobie się za tą panienkę w zęby dostanie!
— Ilya, odpuść — dodał ostrożnie Lilian, w pełni świadom powagi słów Jagody.
Ani po groźbie, ani po prośbie. Ilya nie odpuścił, próbując zapobiec bratobójstwu wdarł się pomiędzy rodzeństwo. Zgodnie z zapowiedzią, prędko za to zapłacił. Najpierw rzuciło się na niego coś czarnego, ciężkiego i kudłatego. Zachwiał się niebezpiecznie, ale w utrzymywaniu balansu doświadczony, zwinnie równowagę odzyskał. Ledwo co zdążył zakląć głośno i siarczyście, a już stracił ją ponownie pod wpływem obiecanego ciosu w twarz. Kości chrupnęły, polała się pierwsza krew.
— Ty mała… — dokończył niewyraźnie albo i może nie dokończył w ogóle, złapał się za nos, niedbale przetarł rękawem płaszcza krew strużką cieknącą na usta.
— Ani się waż do niej zbliżać, Julian.
— Patrzcie go. Pierdolony obrońca się znalazł, od siedmiu boleści!
— Co to za burda?! Rozejść się, zanim wszystkich po kolei za kraty powsadzam!
Obcy głos. Świst kolejnej klingi wysuwanej z pochwy, może dwóch. Strażnicy, pomyślał Lilian. Mamy przejebane.
— Bez obaw, panowie. Nie ma potrzeby interweniować, sytuacja opanowana — zełgał z przekonaniem, którego w rzeczywistości sam nie podzielał.
— Jużci widzę, jaka opanowana, tfu! — sarknął mężczyzna na przedzie – zdawało się, że dowódca patrolu – gapiąc się wymownie to na zakrwawioną facjatę Juliana, to na stojącą najbliżej niego Jagodę. — Bierzemy ich, chłopaki. Rudego i dziewkę.
Pierwszemu, który odważył się wykonać polecenie, przeszkodził towarzysz Jagody. Ostrzegawczo zawiesił klingę miecza w powietrzu, skutecznie odcinając drogę, spod ukosa łypiąc na strażnika ostrzegawczym spojrzeniem.
Lilian dobrze znał to spojrzenie. Ani się waż do niej zbliżać, mówiło.
— Z drogi, bo zatłukę.
Białowłosy ani drgnął. Tym samym pierwszy atak, który płynnie odparł i zaraz skontrował, ściągnął na siebie samego. Jagoda i Julian, jakoby nagle wszelkie wrogości względem siebie w niewypowiedzianym porozumieniu porzucili, solidarnym gestem jak jeden mąż pięściami na pozostałych strażników, tych broni pozbawionych.
Zza rogu wybiegło kolejnych trzech strażników. Razem ośmiu do czterech. Do trzech właściwie, bo jedyny z całej gromadki bard ani myślał do bijatyki stawiać, w zamieszaniu oddaliwszy się na całkiem bezpieczną już odległość, gdzie połamany nos, ręka czy lutnia, nie groziły mu z każdej strony.
Przyciągnięci hałasem gapiowie wyszli przed karczmę i domy, dzieci wołane przez oburzone matki pouciekały, psy szczekały, miecze odbijały się metalicznym szczękiem, przekleństwa padały jedno po drugim. Zrobiło się żywo, i głośno, i tłoczno.
Och, ironio, pomyślał Lilian. Dokładnie tak, jak zapamiętałem tę okolicę.

17.03.2022

There must be darkness to see the stars

Stare opowieści dudniły w uszach, odbijając się od rozpędzonych myśli ochrypłym głosem bajarza, donośnym śmiechem gawiedzi, szeleszczącym półszeptem kołysanek. A obok nich głuchło wszystko inne — szarpany oddech i nierówne bicie serca, niesione pamięcią chłopskie krzyki i rżenie pańskiego konia. Mądrości ludowe mieszały się z przydługimi żartami, a te z kolei wplątywały się między historie o dziwach tego świata, mącąc i tak nieostry obraz ostatnich godzin. Wśród leśnego półmroku, w którym nawet światła ogników niknęły na dobre, obrastała trawą ścieżka ku górze, ku skałom. Zgubił za sobą strzechy wsi, pozostawił obsiane jarym żytem pola i zupełnie jakby oglądnięcie się za siebie miało stać się złym omenem, parł do przodu, aż nie będzie już wiedział, dokąd zmierza, aż urwie się stara ścieżka i znikną wszelkie drogowskazy.
Szarość i biel wapieni wyznaczała granicę domu, za którą leżała tylko ciemność lasu, chłód mokradeł i głód przedwczesnego przednówka. Ominął rysujące się niewyraźnie wśród kamieni i drobnych roślin kurhany. Kiedyś, nie mając pamięci gorączki, która ogarnęła wieś lata wcześniej, przychodzili tam śmiałkowie, by udowodnić, że chłopskie gadanie nie miało w sobie krzty prawdy. Skały nie miały głosu, kamienie nie śmiały się i nie wiodły na manowce, a zmarli nie powstawali z grobów. W tamtym momencie wspomnienia letnich wyzwań nie zdołały się jednak wydobyć ponad kłujące uczucie, że z kolejnym krokiem grzebie swoje dotychczasowe życie. Nie dla niego opłacana pracą ponad siły ojcowizna ani widok znajomych twarzy i poczucie jakkolwiek niedoskonałej wspólnoty. Po raz pierwszy od ucieczki ze wsi poczuł, jak rodzi się w nim niepokój, jak wzbiera w nim żal, przedsionek do nadchodzącej tęsknoty. I jak zmęczenie powoli ogarnia mięśnie.
Pozbawiony był planu, a myśli grzęzły uwięzione w gniewie, trzymane beznadzieją i obezwładniającym uczuciem niemocy, tak sprzecznym z silą, która zdawała się rozrywać go od środka. Walczył sam ze sobą, z pragnieniem powrotu i wiedzą, czego się dopuścił, a jednocześnie zakorzenionym głęboko przekonaniem, że racja stała po jego stronie. Napatrzył się wystarczająco dużo — na pracę matki, której dłoni słuchały włókna osnowy i wątku, na kowalską robotę dziadka, w której żar działał wespół z tą trudną do zrozumienia siłą, na własne nieudolne próby wydobycia umiejętności. Kij zaciążył w uniesionej ręce ekonoma, zesztywniał materiał jego koszuli. Hegga nie pierwszy i nie ostatni raz wyrwała mu się spod kruchej kontroli. Ktoś uczony powiedział kiedyś, że przemoc rodzi przemoc. Nie wyjaśnił jednak, czemu za jedną przysługuje kara, a inną nazywa się prawem. W tamtej chwili, zagubiony wśród błędnych skał, był zupełnie pewny, że nie obchodzą go już pańskie mądrości.
Równinny krajobraz nizin na dobre zastąpił skaliste pagórki pogórza. Trzecia wiosna na obcej ziemi przyniosła deszcz, który wespół z powoli ogrzewającą się glebą zamienił liche, nieutwardzone drogi w rzeki błota. Drewniane koła furmanek grzęzły w rowach, konie biły kopytami w grunt rozpryskując wodę i ziemię we wszystkie strony, a kolejne przystanki zdawały się rozciągać podróż do portu w Velynsku w nieskończoność. Farhat tracił powoli cierpliwość, choć ukrywał to pod mniej lub bardziej udanymi żartami, które po kilku dniach były już bardziej nużące niż zabawne. Nie miał jednak zamiaru się dołączyć. Od czasu opuszczenia kopalni nie chwalił się zbytnio pochodzeniem, uparcie odpowiadając milczeniem na wszelkie niepotrzebne pytania. W górniczych osadach nikogo nie obchodziło, skąd, dokąd i dlaczego, tak długo jak mógł się pochwalić sprawnymi rękoma i chęcią pracy choćby pod przymusem głodu. W rozrzuconych po stepie miasteczkach stawał się obcym włóczęgą, o dziwnym ubiorze i śmiesznym języku.
— Nie żebym chciał się pozbyć jedynego towarzysza podróży, ale czego chłop z Zahorwic szuka w Velynsku?
Safyn długo nie mógł doczekać się odpowiedzi. Kyrylo spojrzał tylko na mężczyznę przez kłęby szarego dymu, które wydobyły się z mokrego drewna, i przystąpił do rozsznurowywania butów. Krople deszczu zawisły w powietrzu. Wilgoć zdawała się przedzierać przez skórę, na raz oblepiać dziwnym uczuciem ciepła i mrozić odrętwiałe kończyny. Nie spodziewał się łatwej podróży. Wotril mógł czasem wydawać się bezludnym pustkowiem, ale nawet na wytyczonych w linii prostej traktach można było natrafić na kłopoty. Po raz pierwszy od trzech lat miał jednak za sobą poczucie celu, jakkolwiek złudnego i odległego, i zaprzepaszczając po drodze drugą szansę na ułożenie sobie życia, łudził się, że to wystarczy, że ruszając na oślep do kraju pozbawionego wiosny ma ze sobą słowo Ody. Gdzieś czaiło się jednak przeświadczenie, że jej zapewnienia mniej są warte, niż pieczęć i wolumin, zagrzebane na dnie tobołka. Ich przechowanie zostało zatem jako karta przetargowa działaniem w pełni uprawnionym, jeśli nie według oficjalnych reguł, to przynajmniej w jego naginającym je rozumieniu. Nie był przy tym do końca przekonany, jaki interes miała w swojej eskapadzie do Księstwa i nie próbował wnikać. Co stało za deklarowaną z jej strony pomocą w ujarzmieniu wciąż wyrywającej się spod kontroli magii, nie miał nawet chęci pytać, przynajmniej nie od razu. Kurczowo trzymał się za to kierunku podróży — słowa za którym stały tylko mgliste wyobrażenia — w swoim uporze ignorując wszelkie niedogodności i budzący się w nim powoli strach. W Wotrilu i tak nie mógł dłużej pozostać.
— Bez góry do Enrynu nie pódę.
Wątłe promienie słońca sączyły się do izdebki, pokonując oszronione szyby i gęstą szarość zimowego poranka. Siedział oparty o ścianę, porządkując naprędce prowizoryczne posłanie i w codziennym rytuale, powtarzając słowa. Wyrwane z rozmów, podchwycone przypadkiem i przy nieporozumieniu. Otoczony obcym językiem powoli pozwalał sobie zanurzyć się głębiej, milczeć nie z niedostatku umiejętności a własnego wyboru. Wzrokiem wodził po upchniętych w przypadkowych miejscach szpargałach, usiłując przypomnieć sobie ich nazwy. Czekając, aż światło sięgnie ku drewnianej framudze drzwi.
Minął miesiąc, ale gdyby nie słowa Wikkego nawet nie zdawałby sobie z tego sprawy. Gubił dni w gorącu kuźni, pozornym chaosie portu, hałasie rozmów. I w oślepiającej bieli śniegu, który zdawał się odgrodzić przestrzeń od czasu, zamknąć wydarzenia w niezmiennej rzeczywistości. Liczył godziny, ale po raz pierwszy od dawna doby upływały gdzieś obok, nie wyrywając go z rutyny, nie zatrzymując toczącego się wciąż w miejscu koła. Skłamałby, gdyby nie przyznał, że znalazł w sobie sympatię do rjevernskiego harmidru, i minąłby się z prawdą, nie dostrzegając, że nie mógł zagrzać tam miejsca, przynajmniej do czasu.
Ukryte pod pozornym spokojem myśli pędziły od pogrzebanej w nigdy nieusypanym grobie przeszłości ku niepewnemu jutru. Frustracja i wypominana mu na każdym kroku niecierpliwość dawały o sobie znać, przebudzone nagłym impulsem, i gdyby nie rozsądek, już dawno porwałby się do kończenia, co zaczął. Już dawno przestałby uciekać przed cudzymi grzechami splecionymi z własnymi wyborami i gonić za odebraną przyszłością.
27 XI 1258, Bystryca, Pogórze Zahorwickie, Księstwo Wotrilskie
od przeszło trzech lat zbieg chłopski rjuske Tanyl
pomoc w kuźni i przy rozładunku w Rjevern cztery miesiące
Posługuje się łamanym enryńskim w stopniu wystarczającym do codziennej komunikacji i mową zahorwicką, którą dobrze obeznani z językami Księstwa mogą bez trudu powiązać z północno-zachodnią częścią kraju. Nieuznawana formalnie za odrębny język i w zasadzie nieznana poza obszarem pogórza, stanowi formę przejściową między wotrilskim a tirielskim, przez co bywa trudna do zrozumienia szczególnie dla znających jedynie ten pierwszy. Od czasu znalezienia się na obczyźnie bywa przez to też nazywany raz Wotrilczykiem, a raz Tirielczykiem i jak dotąd nie robi nic, by wyprostować tę pomyłkę. Jest przy tym analfabetą, a próby samodzielnej nauki zatrzymały się na razie na składaniu pojedynczych liter ze sobą.
Nigdy nie nauczył się posługiwać heggą. Chłopskie podejście do magii charakteryzował zarówno strach przed obcym, jak i dogłębny pragmatyzm. Nie było w takiej rzeczywistości miejsca na uczone rozważania ani poświęcenie się nauce. Ci którym udawało się odkryć w sobie talent albo sami znajdowali dla niego ujście, albo grzebali go w sobie na tyle głęboko, by nie dać mu nigdy powodu do wyjścia na światło dzienne. Kyrylo poległ na obu tych polach.
Większość życia spędził na pracy w polu i przy wypasie owiec zarówno w niewielkim rodzinnym gospodarstwie jak i w ramach przynależnej Gostomskim — właścicielom Bystrycy — pańszczyzny. Nawet po ucieczce wciąż odczuwa silną niechęć do szlachty i trzyma się zdania, że z mieszania się w wielkopańskie sprawy nigdy jeszcze żadnego pożytku dla prostych ludzi nie było.
Nie ma wiele dobytku — z domu nie zdołał zabrać nic poza ubraniem, a większość środków, które wypracował już w trakcie podróży przeznaczał na bieżące potrzeby i dotarcie do następnego celu. W Rjevern znalazł lokum w zamian za pracę w kuźni w dzielnicy portowej. Łapie się też roboty przy przeładunku, gdy akurat brakuje rąk do pracy (co w tym zakątku jest stanem niemalże permanentnym). Plany kontynuowania wędrówki na północ pozostawił do czasu odłożenia wystarczająco dużo, by starczyło przynajmniej do Astenhorp.
kontrola nad magią
siła magiczna
charyzma
mądrość
kondycja
zwinność
szybkość
siła fizyczna
7
7
6
6
4
1
8
1
Yanna
matka rjuske Tanyl gospodyni, tkaczka, artystka ludowa opowieści zaklęte w niciach, mądrości ludowe wbite do głowy
Zynovyj
ojciec rjuske Druski chłop, pasterz, straszna gaduła człowiek, który znajdzie sobie robotę nawet tam gdzie jej nie ma
Oda von Zwenberg
szlachcianka uczona, badaczka heggi rjuske Artyn niektórych nie zatrzymają ani ciąg niepowodzeń, ani nawet zdrowy rozsądek
Farhat Safyn
przyjaciel, towarzysz podróży człowiek osoba wielu talentów i wielu profesji pokaźny zasób anegdot i opowieści ze znanego świata
Wikke
kowal, pracodawca człowiek
dodatkowo
statystyki
powiązania

9.03.2022

Od Zenita

Młoda klientka przekroczyła próg graciarni trzeci raz w tym tygodniu. Nie byłoby w tym prawdopodobnie nic dziwnego, w końcu ludzie odwiedzają różne sklepy, różne lokale, niekiedy codziennie. Problemem jednak był fakt, iż był dopiero wtorek, a ona sama przebierała niespokojnie nogami, gdy stawała przy wysokim regale i przyglądała się szklanym kulom, ostentacyjnie rzucając okiem w kierunku blatu, za którym na krzywym, chybocącym się krześle, siedział pan i władca dobytku. Posyłał jej całkiem nieśmiałe, z minuty na minutę coraz bardziej niezręczne uśmieszki, a ona jedynie chichotała pod nosem, odgarniając gęste loki za ucho.
Zabawkowa kolejka wykonywała właśnie kolejne, szóste już chyba, okrążenie na wijącym się gęstymi serpentynami torze podwieszonym pod sufitem na cieniutkich, ledwo widocznych z dołu nitkach. Okazjonalnie wydawała z siebie cichy brzdęk, gdy umocowany przy lokomotywie dzwoneczek podskakiwał nerwowo na jednym, niezbyt dobrze spasowanym fragmencie trasy. Wszystko było tak jak należy, spokojnie. Kadzidełko tliło się nieprzerwanie już drugi dzień, uchylone okna niekoniecznie pomagały pozbyć się duchoty w pomieszczeniu. Szczęśliwy, złoty piesek przysiadywał na drewnianym blacie i machał spokojnie swoją łapką z wypiekami na pyszczku, a czerwony wosk z ogromnej świecy formował kolejną piramidkę, skapując leniwie na wysoki, srebrny świecznik. Za to subiektka w swoich ciągle spadających okularach, krążyła wokół biednej dziewczyny, niczym pastwiąca się nad kupą gówna mucha, zachodząc ją to z lewej, to z prawej. Wypytując, czy może pomóc, ewentualnie dyktując ceny przedmiotów, przy których etykieta z ceną nadszarpnięta już zębem czasu, nie była wystarczająco czytelną. Dziewczyna starała się ją zbyć, odwoływała ją z uśmiechem, subiektka jednak, nieugięta, wracała jak bumerang, z tak samo świetlistym uśmiechem i sprężystym krokiem. Zenit parskał na ten widok, zwracając na siebie uwagę, którą zbywał lekkim ruchem nadgarstka.
Nie ruszała się ze swojego miejsca już od siedmiu minut, z uwagą śledził wskazówki na kieszonkowym zegarku, stukając palcem w metalową obudowę, wykutą na kształt koronki. Kolejny raz poprawiła włosy, subiektka znowu wsunęła okulary wyżej na własny nos, a on ponownie rzucił okiem na kurzącą się w rogu książkę, którą obiecał sobie zacząć już dobry miesiąc temu i której dalej nie ruszył. 
Niektórzy klienci pokręciliby nosem na jego niesubordynację, znajomi westchnęliby ciężko, a pomocnica wzruszyłaby ramionami, wierząc, że w następnym miesiącu, z pewnością mu się uda. Wspaniała dziewucha, czasem zbyt naiwna, ale wyjątkowo pozytywna i pełna wsparcia, nawet dla najbardziej poronionych pomysłów, którymi zdołał się z nią podzielić.
Subiektka nagle ruszyła na zaplecze, poproszona wcześniej o coś po cichu i gdy tylko zniknęła mu z oczu, klientka, nerwowym krokiem, rzuciła się ku drzwiom. W nabranej prędkości, dziwnym zamotaniu, potknęła się raz, drugi, a z dużej, lnianej torby, wypadła nagle obła, szklana kula, błyszcząca się różowawą łuną. W popłochu zaczęłą błądzić dłońmi przy podłodze, szukając skradzionego skarbu i w chwilę moment zniknęła z antykwariatu. 
Mężczyzna z krzykiem na ustach zerwał się na nogi, wyminął biurko, uderzając i tak już bolącym biodrem o jego kant, a następnie wyleciał na skrzyżowanie ulic, szukając wzrokiem bujnej grzywy, która znikała właśnie przecznicę dalej. 
— Cholera! Złodziejka, na litość boską, pomocy — krzyczał, gubiąc po drodze dech i potykając się co drugi krok, gdy w amoku i pod wpływem adrenaliny, pędził, nie zważając na przechodniów, byle nadgonić dystans, który ustanowiła między nimi, na swoich, mimo wszystko, krótkich nogach. 

Szukamy ktosia :]

6.03.2022

Od Arienda do Missi

Stukot kufli piwa się roznosi,
Wypijmy panowie za Sandera zdrowie!
Część mężów damy do tańca prosi.
Cała tawerna zatopiona w rozmowie.
Noc jest młoda, więc bawmy się wszyscy!
Nie pora na smuty, nie pora na kłótnie.
Dnia dzisiejszego wszyscyśmy bliscy,
Pijmy nim barman dostęp do piwa utnie!

 CISZA!
W całej tawernie zapadła grobowa cisza, wszyscy jak jeden mąż odwrócili głowy i spojrzeli na stojącego przy barze niewysokiego, siwego mężczyznę. Stał on z rękami opartymi na biodrach, mierząc gości piorunującym wręcz wzrokiem.
 Koniec tej waszej zabawy warknął, sarkastycznie akcentując ostatnie słowo.
Popatrzył na siedzącego na stole młodego mężczyznę. Małymi oczkami przyjrzał się jego barwnemu ubiorowi. Bard, nie było wątpliwości. Aż sobie zakpił pod nosem, że tylko bardowskie błazny ubierają się tak, jakby brysowskiemu bachorowi dano białe szmaty oraz kolorowe farbki i powiedziano mu: Róbta co chceta. Splunąłby aż na podłoże, gdyby nie fakt, że to była jego tawerna.
 Ty!  Kiełbaskowatym palcem wskazał barda.  Wynocha!
Nim bard zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, niespodziewanie w jego obronie stanęła pewna kobieta.
 Panie gospodarzu, przecież to bard Ariend!  broniła artystę, wyraźnie oburzona.  Nie można go tak po prostu wygonić...!
 Zamilcz, dziewucho!  uciął jej wypowiedź właściciel.  Nie będę tolerować muzyki ani tego, kto ją praktykuje!
Ponownie cisza ogarnęła tawernę. Goście zaczęli wymieniać się spojrzeniami, ktoś tam coś szepnął do kogoś innego. Wydawało się, że ta nieprzyjemna atmosfera będzie się tak utrzymywać jeszcze z dobrą chwilę, gdy nagle po całym pomieszczeniu rozszedł się teatralny śmiech.
Ariend otarł palcem wyimaginowaną łezkę, jaka mu się zakręciła w oku. Skupiwszy na sobie uwagę pozostałych, poprawił swój kapelusz i uśmiechnął się niewinnie.
 Jeszcze nie spotkałem się z mówieniem o muzyce jak o jakichś mrocznych rytuałach czy nielegalnych działaniach!  powiedział tonem, jakby był pod wrażeniem słownej kreatywności gospodarza.  Martwimy się, że muzyka zrani?  udał zmartwiony głos.
Szarpnął strunami mandoliny, instrument wydał z siebie przyjemny dźwięk.
 Ach, o nie!  zawołał wtem Ariend.  Nic mi nie jest!  Znów się zaśmiał.
— Won mi stąd!  fuknął właściciel, wskazując ręką drzwi.  Działasz mi na nerwy! Geran, zajmij się nim!  zwrócił się do kogoś z tłumu.
Ariend zakrył cień niepokoju uśmiechem. Nie miał pojęcia, czemu gospodarz nagle wpadł i zrobił awanturę o zwykłe zabawianie tłumu – stary pryk powinien wręcz się cieszyć, że tylu gości miał – ale widząc, jaki obrót zaczynała przybierać sytuacja postanowił nie wnikać w sprawę. Teraz to chyba wypadałoby się ładnie wycofać. Już i tak trochę zarobił za swój wieczorny występ.
Dum.
Nagłe uderzenie czegoś o stół tuż za jego plecami spowodowało, że poderwał się na równe nogi jak poparzony. Bardzo jednak pożałował tej decyzji, kiedy przez uszy przebrnął jakże niemiły dźwięk rwącego się materiału.
Odwrócił się na pięcie, jego oczom ukazał się złowrogo wbity w stół nóż. Momentalnie spuścił wzrok na swoją pelerynę.
 HYYYY  zapowietrzył się aż.
Wziął do ręki materiał, rozerwany u dołu na całkiem sporą długość (na oko patrząc pół łokcia). Palcami drżącej lekko dłoni przejechał po naderwanej krawędzi, wstrzymał na moment oddech. Moja peleryna, moja piękna peleryna! Rozerwana, rozerwana! Wpół żywa!
 Jak tak można-aaaaa!  Skrzywił się, gdy poczuł nagły ból.
Popatrzył na swoje ramię, na którym zaciskała się masywna dłoń. Podniósł głowę i spojrzał na rosłego mężczyznę, z wyglądu trochę podobnego do starego właściciela, tylko znacznie młodszego. Spoglądał on groźnie w twarz barda, jak gdyby był gotów przejechać jego twarzą po podłodze. I może nawet chciał to zrobić.
Ariend nie czekał, aż tamten zacznie działać. Korzystając z pierwszej okazji nastawił płasko dłoń i dmuchnął w nią.
Znikąd pojawiła się garść złocistego pyłu, która poleciała prosto w twarz przeciwnika. Mężczyzna warknął pod nosem, odruchowo puścił Arienda. Cofnął się o krok, machając rękami odgarnął pyłek; drobinki zniknęły tak nagle jak się zjawiły. Zamrugał parę razy, spojrzał na barda... a raczej miejsce, gdzie tamten powinien stać.
Otworzył szeroko oczy, pospiesznie się rozejrzał.
 Gdzie on jest?!  syknął.
Goście popatrzyli po sobie, ktoś wzruszył ramionami.
Ariend wypadł przez drzwi z tawerny, pospiesznie narzucił na siebie opończę, gdy przeszył go zimny wieczorny wiatr. Półbiegiem oddalił się od budynku, o mało nie poślizgnął się na oblodzonej drodze.
Poprawił przewieszoną przez ramię mandolinę, westchnął.
Zdarzało mu się uciekać przed różnymi osobami: nieopanowanymi pijakami, bandytami, handlarzem, któremu nie chciał zapłacić za podwózkę. To był jednak pierwszy raz, kiedy musiał wiać przed właścicielem tawerny, bo się muzyka nie spodobała. Ha, nie spodobała się muzyka! Aż mu się przykro zrobiło, że stary nie miał żadnego gustu. Przecież to był wielki i wspaniały bard Ariend! Jak można nie lubić jego utworów?
Zatrzymał się wtem, spojrzał za siebie na jeszcze widoczną tawernę, marszcząc brwi w złości.
Czyżby wielbiciel Eda Herena?!
 Pff, pewnie tak, skoro nie ma gustu!  prychnął do siebie.
Jeszcze ten bęcwał, który mu zniszczył pelerynę. Ariend powinien później wrócić tam i zażądać rozliczenia.



Słońce zaglądało już sponad horyzontu, kiedy Ariend podziękował miłej parze za przenocowanie go u siebie. Dorwał podróżnego handlarza i skorzystał z tego, że tamten jechał do najbliższego miasta.
Parę godzin później postawił stopę na świeżo odśnieżonym chodniku. Przeciągnął się raz, wziął głęboki wdech. Podniósł nieco głowę, ciesząc się promieniami słonecznymi, które przyjemnie grzały. Nawet wiatr tak nie wiał; było cieplej niż zwykle.
Pogoda świetna – humor już mniej. Ariend nadal przeżywał wczorajsze wydarzenie. Bo naprawdę, jak można tak po prostu komuś zniszczyć ubrania? Zero szacunku dla drugiej osoby! Zero! Ariend nie po to wydał pieniądze na tak piękny strój, by ktoś sobie go rwał. Musiał czym prędzej coś z tym zrobić. Nie mógł się tak przecież prezentować.
Trochę poświęcił czasu na odszukanie odpowiedniego miejsca (instrukcje przechodnia, którego spytał o drogę nie były do końca jasne), ale za to mógł przejść się po mieście. Astenhorp. Dawno tu nie był, aż wracały wspomnienia. Ciekawe, czy mógłby znowu znaleźć okazję, żeby zagrać przed większą publicznością.
Wreszcie dotarł do punktu docelowego. Zakład krawiecki; ponoć bardzo dobry, a przynajmniej tak ktoś powiedział. Zmierzył wzrokiem szyld, po krótkim wdechu pchnął drzwi.
— Dzień dobry! — ujawnił swoje przybycie melodyjnym tonem.
— Już idę! — miły dla ucha głos dobiegł z oddali.
Chwilę później zjawiła się właścicielka tego głosu. Bardzo młodo wyglądająca kobieta z burzą rudych włosów wyłoniła się w pośpiechu zza rogu.
— Dzień dobry, w czym mogę...? — zamilkła nagle, widząc barda.
Zmierzyła go wzrokiem z góry na dół, otwierając szerzej oczy. Ariend również jej się przyjrzał. Skądś ją chyba kojarzył. Nie, nie chyba. Na pewno. Zdecydowanie.
Zdjął swój kapelusz, wykonał zgrabny ukłon.
— Ach, czy my się czasem gdzieś nie widzieliśmy? — zapytał z szarmanckim uśmiechem na twarzy. — Raczej nie zapomniałbym twarzy tak urodziwej damy.

4.03.2022

Od Lucjusza CD. Striełki

Koszmary dzielą się na dwa rodzaje — koszmary straszne i te straszne jeszcze bardziej. O tym, do której grupy zaliczał się dany przypadek, decydował zaawansowany, złożony system rzetelnie rozpatrujący wszelkie niekorzyści płynące z efektów wydarzenia. Stąd też, kiedy w pewną środę rozpędzony pies przewrócił stolik, a wraz ze stolikiem na ziemi znalazł się Lucjuszowy obiad, o tym, iż był to koszmar wyłącznie straszny, świadczyła szeroka gama możliwych ewentualności. Na paradoksalną stronę koszmaru nie tak okropnego przemawiał dzień tygodnia, mógł być to bowiem poniedziałek, kiedy Lucjusz cierpliwości zanadto nie miał. Na talerzu mogły znajdować się produkty mączne, do których Von Behem pałał nienaturalnym dla poważnego człowieka uczuciem na tyle silnym, by przy okazji każdego mącznego posiłku cieszyć się jak dziecko. Na obiad nie składały się jednak okrągłe kluski z dziurą w środku, a raptem najtańsze ziemniaki ze skromną ilością mięsa ułożonego w bezładną kupkę tuż obok. Proces myślowy zachodzący w głowie Ciemiernika zdaje się więc jasny. Choć bibliotekarz gardził życiem, jak na ponurego mieszkańca Astenhorpu przystało, podział na koszmary koszmarne i koszmarniejsze chronił go od szaleństwa.
Wszak tego dnia starał się nie nadwyrężać zbytecznie swoich zszarganych porankiem nerwów, zacisnął dłonie w pięści, gdy przy swoim najdroższym stanowisku spostrzegł delikwenta proszącego się o zaliczenie do koszmarów drugiej kategorii. „Cholera jasna”, zaklął w myśli. „Coście się tak uparli, by pchać mi się dzisiaj za blat?”. Przeklinał w duchu wszystkich, którzy tego dnia zapragnęli na własną rękę przeszukać zbiory informacji, jakimi dysponowała biblioteka. Rankiem była to kobieta w czerwieni, ot, prosta studentka, jakich w okolicy było na pęczki. Lucjusza nudzili już ordynarni uczniowie, którzy odwiedzali świątynie książki wyłącznie po to, by z wahaniem — lub bezczelnym znużeniem — dyktować mu tytuł zadanej lektury, po jaką nie sięgnęliby, gdyby nie polecenie profesora. Czasem zamęczali Bogom ducha winnemu bibliotekarza opowieściami o zbliżającym się egzaminie, innym razem zwierzali się z problemu z pracą pisemną, którą to oddać mieli lada dzień. Von Behem, przewracając niezauważalnie oczami, nijak nie reagował na ckliwe wyznania studentów. Część z nich wyraźnie nie radziła sobie z materiałem, ale nie był to bynajmniej problem natury bibliotecznej, toteż wychodził poza kwalifikacje Lucjusza. Nie przypominał sobie, by w wolnych chwilach studiował psychologię, a niekiedy miewał wrażenie, jakby oczekiwano, by, usłyszawszy gorzkie żale skrzywdzonych studentów, wysuwał zza blatu kozetkę i proponował darmową poradę z herbatą w gratisie.
Płacili mu zbyt mało, żeby dzielił się z kimkolwiek swoją herbatą.
Tamtego poranka, kiedy kobieta zdecydowała się na brutalne naruszenie jego przestrzeni osobistej, Lucjusz, szukając stosownych papierów, przewrócił swoją filiżankę, tak że cała jej zawartość — wiśniowa melisa — wylała się na blat, mocząc tym samym liczne dokumenty skrzętnie na nim poukładane. Zaklął, jak to miał w zwyczaju, tylko w głowie. Jego ręka powędrowała do szuflady, z której zamierzał wyjąć starą szmatę, jakiej to używał w nagłych sytuacjach. Ścierki jednak nie było. Wyrzucił z siebie kolejne pełne irytacji westchnienie i, zanim skierował się ku zapleczu, w którym ścierek mieli co niemiara, odłożył na bok wszystkie suche rzeczy znajdujące się w obrębie różowej kałuży. Wpierw książka, zielone tomisko zwrócone na niedługo po otwarciu biblioteki. Otwarta gdzieś na początku, ze wskazanym defektem w postaci odciśniętego na kartce sosu, wylądowała na wózku ze zwróconymi tytułami. W to samo miejsce odłożył gruby plik papierów i otrzymany przed godziną list, na wpół otworzony, jakiego krótka lektura zmusiła Von Behema do odłożenia poczty i zajęcia się czymś mniej obciążającym. Przeczytał wyłącznie nagłówek — nadawcę, miejsce, datę i kilka słów otwierających list. Pismo od Sądu Regionalnego w Astenhorpie nie sprawiało, że Ciemiernik czuł się jakkolwiek zachęcony. List wylądował więc na książce. Nic dziwnego, że bibliotekarz zupełnie o nim zapomniał — cienki, z beżową kopertą wtopił się w tło stronic, toteż, ledwo wrócił z zaplecza z naręczem ściereczek, zamknął wolumin i przesunął wózeczek poza obręb swojego stanowiska.
Lucjusz Von Behem, w rzeczy samej, był człowiekiem wyjątkowo roztrzepanym. I, co ciekawe, wreszcie za to zapłacił.
Wtedy właśnie, między jedną wyprawą na zaplecze a drugą, natrafił na kobietę pieczołowicie przeglądającą biblioteczne dokumenty. Z odległości zdawało się, jakby czegoś szukała i właśnie na to postawił bibliotekarz — Lucjusz przepędził ją z jednakowym oburzeniem, jak gdyby parzyła sobie właśnie herbatę z jego paczki. Kobieta uciekła w popłochu, zanim mężczyzna zdążył zastawić wyjście. Nie krzyczał za nią — ledwo wybiegła zza biurka, uderzając o wózeczek z książkami, zniknęła za filarem, a później rozległ się tylko trzask zamykanych drzwi. Von Behem wiedział, że powinien był ją zatrzymać, a później zgłosić sprawę straży. Chociaż wówczas sprawa spłynęła po nim jak po kaczce, po niedługim czasie odezwały się w nim pierwsze wyrzuty sumienia.
Kiedy popołudniem książkowy wózeczek opustoszał, Ciemiernik przypomniał sobie o liście. Odetchnął głęboko, zamykając oczy i starając się przywołać w głowie obraz tomiska — nie przypominał sobie jego nazwy ani gatunku, wiedział tylko, że był zielony i całkiem ciężki (o czym świadczyły załamujące się pod jego ciężarem ramiona, gdy przenosił go z biurka na półeczkę wózka). Sprawdził też karty, jednak ułożenie ich w sposób alfabetyczny nijak nie pomagało. Nie był w stanie przypomnieć sobie nazwiska studenta, który ją zwrócił. Na Bogów, wszystkie brzmiały tak samo!
To nie tak, że Lucjuszowi szczególnie spieszyło się do stawienia w sądzie — ba! Oddałby kawałek własnej wątroby, choć najpewniej nadwyrężonej przez alkohol, byleby móc udawać, że wezwanie wcale nie dotarło, zagubiło się gdzieś w sortowni, zostało wysłane z opóźnieniem lub na niewłaściwy adres. Instynktownie wypierał ze świadomości powrót przedawnionej sprawy. Ostatnimi czasy sypiał zbyt dobrze. Jeszcze rok temu nie spał niemal wcale.
Mimo to wcale nie chodziło mu o to, by list zgubić, skoro już dotarł. Wymówka o zjedzeniu listu przez psa nie zadziałałaby, gdyby stanął przed obliczem sędziów. Jeszcze większym problemem okazało się to, że Lucjusz, nie chcąc jeszcze bardziej psuć sobie humoru, odłożył papier jeszcze zanim dotarł do wersu zawierającego datę rozprawy.
Von Behem odnalazł współpracownika w dziale z poezją.
— Płacą ci za to — rzucił mrukliwie, widząc, z jaką niedbałością Rewyn Wynte układa tomiki.
Krępy mężczyzna o zmęczonych oczach spojrzał na niego spod brwi i uśmiechnął półgębkiem. Zdaniem Ciemiernika Rewyn uśmiechał się zbyt często i ze zbyt błahych powodów. Nie było to nic złego, prędzej podziwiał jego nastawienie do codzienności.
— Odkładałeś książki z wózka, prawda? — ciągnął Lucjusz, nie bacząc na to, że Wynte otwierał już usta, by udzielić niewątpliwie błyskotliwej odpowiedzi na poprzednią zaczepkę.
W zamian za to skinął głową.
— Tak, odkładałem, bo jaśnie Lucjusz Von Behem kręcił się gdzieś po przyrodniczym. — Na moment zaprzestał wyjmowania książek z jednego z wielu wózeczków rozstawionych po całej bibliotece.
Ciemiernik zmrużył oczy i puścił uwagę mimo uszu.
— Na wierzchu leżała książka. Gruba, zielona obwoluta.
— Jedna z części tej ośmiotomowej serii kucharskiej? Bracie, na bogów, kto by to czytał? — Rewyn wzruszył ramionami. — Interesujesz się kuchnią?
— Powiedzmy. — Jedno z kłamstw, w rzeczywistości Lucjusz przyłapywał się na złym przyrządzaniu kurczaka, nie mówiąc już o wyszukanej kuchni. Sądził jednak, że ta wersja zapewniała mu bezpieczeństwo. Wynte lubił drążyć.
Rewyn patrzył na niego ciemnymi oczami Apreńczyka. Bibliotekarz wiedział, że Wynte lat miał być może trzydzieści, nie więcej niż on sam, z pochodzenia Apreńczyk, sercem Enryńczyk, z ojcem z Rewrun. Rewyn wspominał niejednokrotnie, że do Aprenii wyjechał być może w wieku pięciu lat, a do stolicy Rietvy wrócił w roku 1276 i utknął w niej na dłużej, niż by oczekiwał. Był wysoki na metr siedemdziesiąt, po matce odziedziczył brązową karnację, brązowe oczy i brązowe loki, chociaż przez ostatnie pięć lat jego skóra i włosy zdążyły nabrać mniej wyrazistej barwy. Lucjusz nie dopytywał nigdy o nic, co wiązało się z przeszłością jego współpracownika, jednak ten zadbał o to, by Von Behem wiedział możliwie jak najwięcej.
— Nie pamiętam, żebym to odkładał. To dziwne, byłem z tobą, gdy tamten mężczyzna ją oddał. Sam widziałem poplamiony tytuł. — Rewyn oparł dłonie o biodra. — Gdybym ją widział, pewnie zwróciłbym na to uwagę. Tak poza tym… — Przechylił głowę. — Naprawdę wziąłeś się za gotowanie?
Lucjusz wydał z siebie przeciągłe westchnienie i, odwróciwszy się na pięcie, już w marszu niemrawo podziękował Apreńczykowi. Sytuacja nijak mu nie sprzyjała i powoli dopuszczał do siebie tę myśl — niechętnie, acz z rozsądkiem. Był niemal pewien, że to w książce musi znajdować się list, miał przecież przed oczami, jak wrzucał go między stronice, a później, jak zamykał książkę w pośpiechu. Wszak bibliotekarz na znakomitą pamięć nie narzekał, nie oznaczało to, że mogły pojawiać się w niej luki.
Ciemiernik nie cierpiał książek kucharskich, ani niczego, co w jakiś sposób wiązało się z przebywaniem w kuchni. Nie potrafił gotować, przygotowywał sobie tylko herbatę i zdawało się, że właśnie na niej żył, bezradny jak dziecko. Chodził do tych zatęchłych tawern, zamawiał jedzenie i zwyczajowo zaszywał gdzieś w kącie lub, jeśli tylko kucharz był mu przychylny, brał posiłek na wynos, byle ograniczyć przebywanie wśród dużej ilości zdecydowanie zbyt głośnych ludzi — w szczególności dzieci. Kiedy już zmuszał się do jedzenia, co działo się rzadko, ponieważ wydawałoby się, że Von Behem w najlepsze dni spożywa tylko połowę swojego zapotrzebowania, znajdował miejsca stosownie ciepłe i odludne. Jadł szybko, jakby nie chciał tracić czasu na posiłki. Co więcej, Lucjusz Von Behem miał niezdrową obsesję na punkcie dźwięków, które wydają jedzący ludzie, stąd też, ilekroć spożywał jedzenie w bibliotece, robił wszystko, co w jego mocy, by przeżuwać jak najciszej. Siorbać też nie znosił. Bogowie, powinien stworzyć listę rzeczy, które w ogóle jakkolwiek tolerował.
Pozycja numer jeden, koty. Lucjusz lubił koty na tyle, na ile można tolerować obecność niezależnych jednostek sierściastych. Koty, w jego opinii, dominowały nad psami, ponieważ były samodzielne i nie wymagały niepotrzebnie dużo uwagi. Bibliotekarz nie miał co prawda kota, jednak kiedyś, gdy był jeszcze młody i piękny, opiekował się kilkoma. Choć jego ojciec wołał na nie kolorami lub cechami charakterystycznymi, dla Lucjusza były kotami o imionach wysublimowanych, noszącymi miana historycznych władców ze wszystkich zakątków Lądów.
Lista zawierałaby w sobie jeszcze kilka spraw, książki, herbatę i kilka ziemskich, bezwartościowych rzeczy, z których Ciemiernik czerpał przedziwną przyjemność. Być może spisze ją na święta.
Bez względu na to, czy Lucjusz lubił bardziej koty, czy herbatę, jego uwadze nie umknął przybysz, który odnalazł przyjemność w obracaniu jego stanowiska wniwecz. Bibliotekarz nie ukrywał, że wolał tych gości, jacy przychodzą z zapowiedzią. Ach, i zachowują konieczną kulturę, ale to był mu w stanie wybaczyć, studenci nie należeli do gatunku jakkolwiek pokornych.
Jeden ze stojących przy biurku postawił na blacie stos książek. Lucjusz rozpoznał go tylko ze względu na to, że był stałym bywalcem biblioteki, najpewniej również dosyć pilnym studentem, ponadto niezwykle ułożonym — nie mówił o sobie więcej, niż bibliotekarz chciał wiedzieć, stąd jedyną rzeczą, którą na temat delikwenta Von Behem wiedział, było nazwisko i być może imię, gdyby wytężył zwoje. Chłopak odczekał chwilę, oczekując, aż bibliotekarz go odprawi.
Drugi mężczyzna skrupulatnie wertował karty, na których układaniu Lucjusz spędził całe zeszłe popołudnie. Alfabet posypał się zupełnie, za sprawą czego — jak po całym zajściu odkrył Von Behem — „M” odnalazło swoje miejsce gdzieś między „C” a „D”, a „E” wylądowało się gdzieś na szarym końcu, wpół kart spod „T”.
— Niech pan się nie kłopocze, już przejąłem. — Nieznajomy ze swobodą poruszał się po bibliotecznym stanowisku, a emanująca od niego pewność siebie sprawiała, że Lucjusz był niemalże gotowy uwierzyć, iż mężczyzna faktycznie jest bibliotekarzem, który być może umknął jego spojrzeniu lub wrócił z urlopu. Ciemiernik jednak znał wszystkich, a o nowych dowiadywał się z tygodniowym wyprzedzeniem. — Chociaż mógłby pan mi przypomnieć, gdzie znajdują się listy z ostatnio wypożyczonymi pozycjami? Odnoszę wrażenie, że nie są w miejscu, w którym powinny być. Dla efektywności powinniśmy przestawić je, o tu, na przykład. — Jego ręka posunęła nieznacznie w prawo, w miejsce, w którym Von Behem zwyczajowo stawiał herbatę.
Lucjusz powoli wypuścił powietrze.
— Ciekawa przypadłość — rzucił, kierując się ku jednemu ze stołów. Przysiadł na nim, krzyżując ramiona. — Wydawało mi się, że mniej więcej przed dwoma tygodniami wspólnie, to jest, z moimi współpracownikami, ustaliliśmy, gdzie można znaleźć poszczególne karty. Czy to nie elementarna wiedza, wiedzieć, gdzie sięgać, żeby odnaleźć szukane dokumenty? Coś o efektywności, tak, zakładam, że ta znajomość znacznie przyspiesza proces przyjmowania zwracanych książek. Panie… — uniósł głowę. Miał dwa uderzenia serca, by przypomnieć sobie nazwisko studenta — …Bourne, jak mniemam. — Ku jego uldze, uczeń przytaknął. — Może pan iść.
Student ponownie skinął głową, jakby speszony i zdezorientowany, po czym szybkim krokiem oddalił się w stronę drzwi wyjściowych. Lucjusz odprowadził go wzrokiem, przyglądając się spiętej posturze Bourne’a.
— Demencja? Problemy z pamięcią? Być może z samopoczuciem? — Ciemiernik mówił dalej, wyjątkowo spokojnym tonem. — Mniejsza z tym, nie mam czasu na takie bzdury. Biblioteka Uniwersytecka Astenhorpu dziękuje za twoje wsparcie, teraz możemy się pożegnać.
Lucjusz nie chciał grozić mu strażą, przez problemy z funduszami nie posiadali własnego oddziału. Chciał możliwie jak najsubtelniej dać nieznajomemu do zrozumienia, że wolałby, by ten opuścił teren biblioteki bez zbędnego prowokowania, ponieważ bibliotekarz nie miał głowy do pojedynków. Ten, jakiekolwiek imię nosił, był zdecydowanie jednym z najodważniejszych — nieczęsto ktoś zakradał się za biurko, jednak jeśli do tego dochodziło, chojracy czmychali, ledwo spostrzegali zbliżającego się pracownika. Ten zaś stał tu, jakby oczekiwał reprymendy.
Von Behem zastanawiał się czasem, czego ludzie tu szukali. Dla postronnych biblioteka była najmniej ciekawym miejscem w mieście, a jedyne, co można było odnaleźć w półkach stanowiska głównego, były literki składające się na imiona i nazwiska mieszkańców stolicy i jej okolic, a także tytuły książek, które wypożyczali.
— Zazdrosny mąż, który szukał nazwiska swojej żony, by posądzić ją o czytanie książek erotycznych? Mamy w zbiorach kilka pozycji dedykowanych mężczyznom, jeśli o to chodzi. Kryzys wiary? Mogę zaproponować kilka lektur, jakie sprawią, że podważysz wszelki sens świata i najpewniej pożałujesz zgłębiania jego tajemnic. A może problem z prokrastynacją i chęć nauczenia się kilku przepisów? Proszę bardzo, mamy i książki kulinarne. Wystarczy poprosić.

1.03.2022

Od Striełki do Lucjusza

   Byłaby to przestrzeń iście klimatyczna. Gdyby się postarała, mogłaby być tym ukrytym przed wzrokiem większości gabinetem pełnym starych mebli, do którego rozpraszane światło smugami wpadało przez niewielkie okno przy suficie, a człowiek obawia się zapalić świeczkę w obawie, że jeden nieuważny ruch zdezmaterializuje z tego świata wszystkie okoliczne sterty papierów. Ten obraz mógłby nawet dopełnić pewien zmęczony człowiek, który siedział przy biurku i w skupieniu pisał coś na drogim welinie. Prędko mogło się jednak okazać, że jest to tylko nieświadoma iluzja istnienia jakiegokolwiek dekorum, bowiem Jutrogost nie był zadowolony z nastroju pomieszczenia. Gdyby on mógł decydować, na pewno wolałby mieć więcej światła i meble, które nie wyglądają, jakby Utkinowie zabierali się do ich wyrzucenia przez lata. Byłby też wdzięczny, gdyby mógł liczyć na większą przestrzeń i nie musiał wybierać między możliwością położenia się na sieni, a postawieniem sobie w komórce roślinki.
  Striełka uniósł głowę znad welinu, kiedy usłyszał, że coś człapie przy drzwiach. Było niewysokie, puchate i nazywało się Fedya Rodionov. Dokończył pisanie zdania, a następnie wstał i otworzył wejście do pomieszczania, a szpic wesoło wbryknął do środka. 
 – Rekonesans kamienicy pomyślny? –  zapytał się Striełka psa, ale nie zdawał się czekać zbyt długo na ewentualną odpowiedź. Powrócił na swoje miejsce przy biurku, kątem oka obserwując jak Fedya uzurpuje sobie przestrzeń na pościeli jego sieni. Człowiek postanowił kontynuować swój monolog poważnym tonem, spowalniając prędkość mówienia, jakby powoli dobierając słowa. Zamoczył końcówkę pióra w kałamarzu. – Przybyliście w odpowiednim czasie. Właśnie chciałem się odnieść do treści waszego listu, książę. Strona pierwsza, akapit trzeci.  Czy jesteście pewien, że jest to najodpowiedniejszy dobór metafory? Gdyby moim mianem było van der Burgh widziałbym ją przecież zarówno jako wasz kochanek jak i lennik. Jako pierwszy, mógłbym być lekko zdegustowany, jako drugi zauważyłbym nieudolnie ujętą groźbę wypowiedzenia wojny. Czy naprawdę uważacie, że możecie sobie na to pozwolić? W tym akapicie listu jesteście dokładnie na granicy między prostą paplaniną, a wprowadzeniem namiętnego nastroju i chcecie, aby w tym konkretnym momencie król zatrzymał się, aby przemyśleć wasze słowa? Rozkojarzy się na chwilę i stracicie to, nad czym pracowaliście przez ostatnią stronę. Czy jesteście pewien, Fedyo Rodionovie, że naprawdę chcecie do tego dopuścić, byleby pochwalić się, że znane jest waszemu majestatowi pojęcie taktyki spalonej ziemi?
  Szpic zamerdał ogonem, nie mając najmniejszego pojęcia, o co Jutrogostowi chodzi.
– Tak, tak. Rozumiem, chodziło o motyw pięknej wojny, naturalnie. – człowiek powrócił do swego zamyślenia, uderzając palcami o blat biurka. – Spodziewam się jednak, iż moja sugestia została zaaprobowana i zamienimy metaforę na coś mniej barbarzyńskiego.
   Zastanowił się nad czymś dłużej, a następnie przepisał tę część listu w bardziej przystępnej formie. Następnie powrócił wzrokiem do oryginału. Uważnie przyjrzał się, w jaki sposób władca Wotrilu zapisuje w swojej prywatnej korespondencji bardziej i mniej udane ozdobniki czy inne farfocle, a następnie skopiował je. Pozwolił sobie też na zaryzykowanie wykorzystania użycia kilku niesymetrycznych symboli serduszek zamiast kropek w kilku strategicznych miejscach. Raz na jakiś czas przerywał milczenie, aby skierować specyficzny monolog do swojego psa. Zaskakująco zdawał się wyciągać w jakiś sposób wnioski z tych konwersacji, chociaż pupil nie zdawał się być bynajmniej zainteresowany bezdrożami wyobraźni swego ukoronowanego imiennika. Jutrogost miał jednak wystarczająco wiele przyzwoitości, aby zakończyć je, kiedy treść korespondencji księcia zawiodła w przestrzenie demoralizujące dla szczeniaka. Człowiek pozwolił sobie wyłącznie na zmęczone westchnięcie, kiedy kontynuował swoją pracę. Uczytelniał następne i następne paragrafy,  wkrótce dodał też parę zdań spajających lepiej rozbieżne myśli księcia i zastanowił się, czy nie oszczędzić Viktorowi van der Burgh kilku topornych hiperboli i pokazu najbardziej niepoprawnie wykorzystanego zdrożnego słownictwa swego kochanka. Uznał jednak, że usunięcie nazbyt wielu fragmentów, naruszyłoby naturalność tak prywatnej konwersacji. Postanowił jedynie zastąpić te kilka, które brzmiały, jakby książę niedawno zabrał się za lekturę kilku ordynarnych chłopskich skarg i najwyraźniej wyniósł z nich wyłącznie terminologię związaną z reprodukcją zwierząt gospodarskich. Na koniec musiał też dokładnie przemyśleć, czy końcowe pożegnania na pewno powinny zawierać zwrot z prośbą o posłanie pozdrowień dla królowej. Nie był pewien, czy jest to najbardziej kulturalne zagranie, kiedy właśnie przysłało się jej mężowi kilka stron solidnej erotyki.
   Zajęło mu to całkiem dużo czasu. Fedya zdążył wielokrotnie wyjść i wejść do pomieszczenia, a ambasador przybył się zapytać, czy Striełka żyje i czy raczyłby przygotować mu obiad coś do jedzenia. Utkin był w stanie podważyć prawdę pierwszego stwierdzenia, witany martwym wzrokiem szpiega i musiał zmierzyć się z faktem, że jego teoretyczny służący zdawał się być zajęty swoją rzeczywistą pracą.
    Ostatecznie jednak udało mu się odłożyć pióro. Skwitował to pustym spojrzeniem się na najbliższą ścianę, aby pozwolić sobie na chwilę samoświadomości i zacząć zastanawiać nad każdym swoim wyborem życiowym, który doprowadził go do tego momentu. Nie był nawet pewien, czy może się pocieszyć faktem, że wiele decyzji było w rzeczywistości propozycjami nie do odrzucenia i nigdy nie powiedział: "Tak, Wasza Ekscelencjo, nie marzyłbym o niczym innym niż kontakt z waszą prywatną korespondencją. To dla mej osoby istny honor, że to me umiejętności zostały przez was zauważone i to ja mogę dołożyć mą część do oczarowania waszego wybranka. W żadnym stopniu nie podważam waszych wyborów i czuję pełnię zaufania wobec przyszłości narodu, wiedząc jak wykorzystywana jest wasza siatka wywiadu". Zdecydowanie tym, co na pewno zaszło w Kissev było milczące kiwnięcie głową w zrozumieniu, że jeśli taka oferta została złożona, odrzucenie jej nie było opcją.
  Striełka ocknął się z rozmyślań. W którymś ich momencie musiał zacząć mimowolnie poprawiać ułożenie rzeczy na biurku. Popchnął przy tym niezręcznie kałamarz aż do krawędzi i wizja wylania jego zawartości skutecznie przywołała go do chwili obecnej. Naprawił swój błąd, a następnie przeczytał jeszcze raz poprawiony przez siebie list, uważnie zbadał jeszcze kilka szczegółów  dokładnie zajął się jego odpowiednim przygotowaniem do drogi. Wkrótce już uważnie ważył gotowy produkt w swoich dłoniach. Starczyło go jeszcze tylko przekazać...
   Po skrzętnej transformacji z zaszytego zbyt długo w swojej komórce aspołecznika w porządnego człowieka, wyszedł z kamienicy i ruszył ku miejscu spotkania. Wiedział, że łącznika miał spotkać w największej bibliotece Astenhorpu. Rozkaz określił dokładny czas, przybliżone miejsce i krótki opis poszukiwanej osoby. Kobieta, jasnoszary pled, srebrne pierścienie na palcach. Wszedł do budynku spokojnym krokiem, wkroczył między alejki i przez chwilę oglądał grzbiety ksiąg. Dosyć obojętnie minął traktaty filozoficzne, fikcje polityczne, wszelkie dramaty i podręczniki. Objął wzrokiem jeden czy drugi, ale ostatecznie skupił się na kilka chwil na swoim domyślnym wyborze literatury - książkach kucharskich. Zamierzał się z lubością zabrać za ich kartkowanie, jednak łączniczka już zjawiła się w zasięgu jego wzroku. Przypominała swoją postawą wieloletnie zmęczoną, niezaskakiwalną studentkę. Jej świeżo zbudowane skupienie na treści trzymanych przed sobą książek sprawiło, że Jutrogost aż poczuł się zwyczajnie głupio, że musi jej przeszkodzić. Przyjrzał się jej jeszcze raz. Spełniała warunki, jakie nakazał Rozkaz. Szpieg mógł mieć wyłącznie nadzieję, że ich konwersacja nie będzie tak niezręczna, jak zwykle przebiegały te interakcje. Nikt nic nie powie wprost, każdy będzie udawał, że nawet nie wie, co to Wotril, a co dopiero jego wywiad. Uznał, że chce mieć to już za sobą i zadać pytanie wprost.
 – Bardzo przepraszam, że przeszkadzam. – zagadnął krótko dyskretnie pokazując informatorce szarawą kopertę listu. – Wie może pani, co powinienem z tym zrobić?
– Ja je zwykle z powrotem do książek wkładam. –  mruknęła studentka, ledwie podnosząc wzrok znad tekstu.
– Niezbyt rozumiem, czy to na pewno dobry pomysł? – Striełka nie kojarzył korzystania z podobnej procedury.
– A jaki byłby lepszy? Jak się znajduje gdzieś zakładkę, to starczy ją losowo włożyć do jakiejś książki. Jaki z tym problem?  – wzruszyła ramionami. Jutrogost był przynajmniej skonsternowany. Kiwnął krótko głową, podziękował i oddalił się. Jego myśli silnie poszukiwały wytłumaczenia sobie następujących słów. Wkrótce znalazł ich nawet kilka: może przechwyt nie miał być bezpośredni i jego zadaniem było umieszczenie listu właśnie w jakiejś książce. Dodatkowy krok, aby upewnić się, że nikt nie zaobserwuje bezpośredniego podania wiadomości informatorce? Ewentualnie mogła istnieć jeszcze trzecia osoba, której zadaniem jest zebranie listu i on nie jest upoważniony do jej poznania? Może, może... Nie czuł przekonania wobec swoich interpretacji, jednak został zmuszony uznać, że nie jest kimś, kto może podważyć Rozkaz.
   "List idzie do książki. Jaki z tym problem?", pomyślał, zbliżając się do najbliższej półki i na chybił-trafił wyjął stamtąd jedną pozycję. Przekartkował ją, udając, że pośpiesznie ocenia jej treść, a następnie odłożył przedmiot na swoje miejsce, dyskretnie wkładając wiadomość między kartki. Zaraz odszedł z  tej części biblioteki, ale postanowił jeszcze poprzebywać w niej chwilę dla zachowania pozorów. Z resztą był zainteresowany, jak zostanie rozwiązany konflikt w czwartym rozdziale Kuchni Roosenskiej. Wiedział, że w innym wypadku nie zmrużyłby oka w nocy, rozmyślając nad trudnościami do pokonania przy przyprawianiu baraniny.
   Prawdopodobnie spędził w tamtej alejce trochę dłuższy czas niż zakładał, ale nie potrafił tego żałować. Zdobył silne opinie wobec sporych kwestii doborów surówek do apreńskich owoców morza i okazał się być niezwykle emocjonalny wobec efektywności konkretnych sposobów obierania warzyw. Wychodząc z biblioteki zdążył już prawie zapomnieć, dlaczego się w niej wcześniej znalazł i pewnie spokojnie powróciłby do kamienicy, gdyby kątem oka nie zauważył jakiejś kobiety. Stała przy wejściu, otulała się jasnoszarym pledem, na palcach miała kilka srebrnych pierścieni, wyglądała na całkiem zirytowaną i zdecydowanie nie była tamtą osobą wyglądającą jak studentka. Kobieta spojrzała się na niego. On na nią. Ona ponownie się spojrzała, intensywniej. On odwrócił wzrok w pewnym koszmarnym uświadomieniu.
Cholera.
   Jego nadzieja leżała w tym, że jeśli on dostał opis obejmujący pewną część populacji, tak też ona nie mogła mieć pewności, że on to jest jej współpracownikiem. Mimo ogarniającej go paniki, postarał się rozluźnić i, przynajmniej obecnie, nie dać po sobie poznać, jaki błąd popełnił. Niefrasobliwie przeszedł jeszcze kilkanaście metrów, a dopiero w tej odległości sięgnął do kieszeni niby czegoś szukając i nie odnajdując. Odwrócił się ponownie w stronę biblioteki i zaczął iść w jej stronę szybkim krokiem. Informatorka uniosła wzrok z nadzieją, kiedy przechodził obok, ale Striełka nawet nie myślał o zatrzymaniu się. Pośpiesznie wszedł do środka i dotarł do półki, gdzie wcześniej odłożył książkę z listem. Agresywnie zbierał wszelkie myśli z informacjami o niej i miał tyle szczęścia, że owe myśli stawiły się na zebranie. Pozycja czwarta na lewo. Przetarta wiekiem okładka. Zielona, malachitowa nawet. Szukał jej wzrokiem, ale miejsce było na złość zajęte przez jakiś ohydny grynszpan. Jutrogost przeczesywał umysł dalej. Była gruba i był to tom ósmy, czego ósmy? Jaki typ ksiąg potrzebuje aż ośmiu tomów? Dobrze, przynajmniej oznacza to, że obok musi znajdować się pozostałe siedem. Rzeczywiście - były. Trochę przesunięte, ale dalej na tej samej półce. Chciałby jakoś westchnąć na to z ulgą, ale jednak świadomość, że ósmy tom wcale nie znajduje się na swoim miejscu obok nich nie była w jakikolwiek sposób pocieszająca. Wręcz przeciwnie - albo jakiś potwór rozdzielił rodzinę książek, przestawiając gdzieś tą, albo...
Albo ktoś ją wziął.
   I w tym momencie, kiedy oczy szpiega poszukiwały dalej półki, jego już zgromadzone myśli, chociaż gotowe do rozpierzchnięcia się w popłochu, roztrząsały dziejącą się sprawę. Im dłużej Jutrogost tomu nie znajdywał, tym więcej ewentualnych scenariuszy przechodziło mu przez głowę. Większość z nich wytaczała wizje stwierdzające jasno, że dostanie się listu, szczególnie takiego, w niepowołane ręce może być punktem zapalnym drzemiącego od lat międzynarodowego skandalu. Nawet zwykły cywil nie przeoczyłby okazji, aby przekazać światu tak dobitny dowód romansu dwóch władców świata. A wszystko dlatego, że to on coś przegapił. Konsekwencje polityczne tego? Cholera. Konsekwencje dla niego samego? Jeszcze większa cholera.
   Tom się nie odnajdował, a Striełka postanowił podjąć radykalną decyzję nieodpuszaczania. Jeśli ktoś książkę pożyczył, oznaczało to, że musiała przejść przez bibliotekarza i imię delikwenta oraz możliwie jego adres są w rejestrze. Albo może nawet książka jeszcze gdzieś jest albo list wypadł gdzieś po drodze i został wzięty za tę przeklętą zakładkę, albo, albo...
   Korzystając z przechodzenia przez bezludną alejkę, poprawił włosy i ubranie. Postarał się rozluźnić mięśnie, mając nadzieję, że jego stres nie będzie tak wyczuwalny. Będąc już na szerszym korytarzu nieznacznie uniósł kąciki warg w subtelnym uśmiechu. Ogółem mówiąc: przybrał swoją domyślną postawę społecznika. Miał nadzieję, że tyle mu wystarczy. Nie miał ani doświadczenia w dawaniu łapówek bibliotekarzom.
   Zbliżając się do lady ocenił swe następne działania. Wokół nikogo nie zauważył - mógł zadzwonić dzwonkiem i spędzić cenne sekundy (lub, o zgrozo, minuty) czekając albo mógł z wyćwiczoną bezczelnością samemu poszukać odpowiednich informacji. Można powiedzieć, że decyzję popełnił już z momentem wproszenia za ladę, niezbyt wyrafinowanie przeskakując nad nią. Rozejrzał się. Odnalezienie jakiejś pojedynczej danej spośród nieznanych sobie stert kart, pewnie zawierających tysiące notowań, jakie tylko mogła mieć największa biblioteka Astenhorpu?
Nie takie rzeczy już robił.
    Już zabierał się za sprawdzanie najbardziej podejrzanych przez siebie przestrzeni, zwracając się do okolicznych półek i szukając, gdzie znalazłby najświeższe zapisy wypożyczeń, kiedy nagle usłyszał obok siebie odgłos dzwonka przy ladzie. Drgnął i odwrócił się ku źródle dźwięku, stał tam jakiś student i uśmiechał się przepraszająco, jakby zbyt późno zdając sobie sprawę, że użycie urządzenia nie miało tyle sensu. Jutrogost powstrzymał się przez zasztyletowaniem przybyłego wzrokiem i przeklął w duchu. Natychmiastowo chciał zabrać się za ewakuację, ale zdał sobie sprawę, że nie jest do końca pewien, jak się wydostać zza lady, kiedy obserwuje go student. w jego myślach pojawiło się kolejne przekleństwo, w panice musiał nie przemyśleć zbyt wielu elementów.
 – W czym mogę pomóc? – zapytał się więc miło szpieg. Usunięcie osobnika z otoczenia wydawało mu się odpowiednią opcją. Ten tymczasem powiedział krótko, że chce oddać kilka książek, kładąc je przy tym na ladzie. Striełka kiwnął głową. Wydawało mu się, że w wypożyczanych rzeczach są kartki? Albo on ma wyjąć skądś własną?
   Jego sytuacji nie pomógł fakt, że właśnie zauważył, jak zbliża się następna sylwetka. Kierunek kroków i postawa pozwoliły mu określić, że raczej ma kontakt z właściwym bibliotekarzem.
 – Niech pan się nie kłopocze, już przejąłem. – powiedział Jutrogost zamiast przywitania. – Chociaż mógłby pan mi przypomnieć, gdzie znajdują się listy z ostatnio wypożyczonymi pozycjami? Odnoszę wrażenie, że nie są w miejscu, w którym powinny być. Dla efektywności powinniśmy przestawić je, o tu, na przykład. - wskazał na część lady najbliżej swych dłoni