Zimne powietrze uderzyło w poobdzierane, blade twarze niedawnych więźniów – musnęło fioletowe ślady na odkrytych czołach, podbródkach, szczypnęło otwarte rany, zabrudzone cięcie przy ustach. Asher syknął, czując, jak ostry ból wpija się w otwartą, szkaradną szramę, zaschniętą krwią lepiąc siwe włosy do pulsujących nieprzyjemnie skroni. Podsumował swe niezadowolenie krótkim, cichym przekleństwem, zatrzymując się wreszcie przed zielonymi od mchu i pleśni murami kazamatów.
Furta loszku łupnęła za ich plecami, ciężkim pogłosem dostając się do wystarczająco już wymęczonych uszu Jagody i Aureliona. Siwowłosy powędrował spojrzeniem do dłoni, niewątpliwie należącej do nowo poznanego barda, którą poeta zdecydował się wyciągnąć w geście późnego przywitania. Biała brew najemnika powędrowała ku linii równie białego włosa.
― Lilian. Starszy brat Jagody ― zaświergotał zadowolony, łyskające w zimowym słońcu oczęta kierując na facjatę najemnika. ― No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.
Odpowiedział mu zaledwie szmer przedzierającego się przez kamienne zabudowania i uderzającego w samotne trzy, znieruchomiałe jak posągi, sylwety, wiatru.
Najemnik nie wyciągnął ręki, nie szepnął ani słowa. Nie zdradził imienia, nie podzielił się kłamliwym i nieobecnym w tej chwili entuzjazmem związanym z ich spotkaniem. Milczał, wpatrzony w ciemną, kaszmirową rękawicę, misternie zdobioną złotymi niteczkami, nie do końca ciepłą, lecz niewątpliwie gustowną.
Kusi los, pomyślał. Wreszcie znajdzie się taki, któremu hoże przyodziewie się spodoba. Który dostrzeże w jedwabiach i welurach pokaźny miech pieniądza. I który będzie chował akurat za pasem stary, stępiały kordelas.
Odwrócił głowę, spoglądając na Jagodę. Z nagła cichą, zamkniętą i wycofaną, wpatrującą się szarym wzrokiem w stojące przed nimi ściany niewielkich kamienic. Była zmęczona. Widział to w jej postawie, zachowaniu, opadających ciężko powiekach – widocznie niechętna na kolejne niesnaski z dawno niewidzianym bratem. Asher wyprostował z trudem plecy, zmełł przekleństwo, górując postawą nad niższym mężczyzną. Fakt, potrzebowali medyka, choćby najbliższego cyrulika.
Medyka, gorzały i świętego spokoju.
— Zrobiłeś, co miałeś do zrobienia — stwierdził, krzyżując ręce na piersi. W spojrzeniu Liliana błysnął pierwiastek niemego zapytania. — Dalej poradzimy sobie sami.
Wolnym, ociężałym krokiem wyminął sylwetę poety, kierując w stronę Jagody ledwo słyszalne chodźmy. Dziewczyna ruszyła posłusznie za swoim towarzyszem, nie spodziewając się, że zaraz ponownie poczuje na swym karku oddech nieustępującego braciaka. W jej oczach zrodził się promyczek gniewu.
— Wyglądacie naprawdę paskudnie. Gorzej niż Julian po trzech ćwiartkach.
Jagoda zerknęła na barda zza ramienia.
— Nie słyszysz, co się do ciebie mówi, co? Ogłuchłś czy jak? Taki żeś własnym głosem zachwycon, że nic innego nie dociera. Jedną dziurką wchodzi, drugą ucieka, nie?
— Ale zwolnijcie, zwolnijcie — odparł poeta, rozciągnąwszy odpowiednio łopatki, w zupełności nie zwracając uwagi na słowa siostry. Nieprzyjemny odgłos strzykających stawów rozniósł się po uliczce, w którą zdecydował się właśnie skręcić siwowłosy najemnik. — Od tygodni się nie wysypiam, tygodni. Jak nie na sianku każą spać, to na byle barłogu. Twarde to takie, ni oka zmrużyć, nie wspominając już o poduchach sianem wypychanych. Sianem, rozumiecie? Jakby taki problem było kaczkę z pierza oskubać.
— Nie ręczę za siebie, zaraz gówniarz w nos dostanie — Jagoda mruknęła, przyspieszając kroku w lichej nadziei, iż tak być może zdołają go zgubić.
Asher wzruszył niechętnie ramionami, czując, jak roznoszący się po czaszce ból powoli przybiera na sile. Co za gówno.
— Nie krępuj się.
— Długo będziemy iść? Daleko ta wasza kryjówka, gdzie na obrzeżach, czy o, może tak pod nosem samych gwardzistów? Widać w końcu, że lubicie się chwatom stawiać.
Pochód zatrzymał się nagle, gwałtownie, bez słowa ostrzeżenia. Lilian nie stanął w porę, nie zwolnił kroku, niespodziewanie odbijając się od zgarbionych pleców tropicielki, na co ta warknęła zaledwie niczym szczute psisko, nie odwracając spojrzenia w stronę poszkodowanego. Spomiędzy suchych ust siwowłosego wydostało się donośne westchnięcie. Albo zaraz ja mu przyłożę.
— Nie idziemy do naszej kryjówki.
Bard zaniemówił. Ale tylko na moment.
— Słucham? Dlaczego? To gdzie mnie w takim razie prowadzicie? Bo chyba nie do pierwszego lepszego szynku na pszeniczne i sterleta.
— Jeśli naprawdę myślałeś, że zabiorę obcego mi rzępołę do naszej siedziby — Aurelion odwrócił się, stając twarzą w twarz z poetą — to jesteś głupszy, niż by się początkowo zdawało. A teraz zawrzyj paszczę o ile życie ci miłe. Za siebie ręczyć mogę, ale za nią już nie.
Jagoda uśmiechnęła się brzydko i złośliwie niby to na potwierdzenie słów swojego towarzysza.
— Chodźmy, nim się rozmyślę.
Budyneczek nie różnił się niczym od otaczających go sadyb. Wieloletni szron na dobre osadził się na szarych, starych dechach, straszących swym niepewnym wyglądem, wywrócony płotek, pod którym rozrósł się niewielki krzak jarzębiny, utonął w zaspie śniegu, a daszek, nieustannie mokry i gnijący, świecił brakującymi na krawędziach gontami. W dolnej kondygnacji kleconki brakowało wejścia – były zaledwie przeżarte przez gryzonie wrota, dawniej zapewne wiodące do kurnika bądź szopy, która aktualnie służyła za składzik rzeczy zapomnianych i dłużej niepotrzebnych. By dostać się do drzwi wejściowych, trzeba było zakręcić przy wybijającym się pomarańczem swych owoców, jarzębie, wspiąć się po niewielkich, kamiennych schodkach, okrytych grubą warstwą zmarzniętego błociska. Dopiero wówczas stawało się przed równie licho wyglądającymi, obitymi pomniejszymi deseczkami drzwiami, zaopatrzonymi w rdzewiejącą, żeliwną kołatkę w kształcie gargulcowej głowy.
Asher złapał za metalowy pierścień, zakołatał, wraz z Jagodą ignorując niekończący się zasób pytań, którymi nieustannie zarzucał ich bard. Dochodzące zza drzwi hałasy umilkły gwałtownie, niby w przestrachu, gdy dźwięk obijającej się o drewno kołatki rozniósł się po najbliższej okolicy. Wokół ich trójki nastała niepewna, głucha cisza, przerywana tylko co jakiś czas skomleniem głodującego gdzieś niedaleko psiska.
— Kto tam? — zapytał chrobotliwie wydostający się zza wejścia głos.
Aurelion westchnął.
— Ćmy. Otwieraj, Pijawka, nim nam dupska odmrozi.
Coś upadło na drewnianą posadzkę, miedziane michy uderzyły o sagan, akompaniując cyrulikowi przy koślawej próbie dostania się do drzwi slalomem. Otworzył, zachłysnął się zimnym powietrzem, nim zdołał zmierzyć swoich gości spojrzeniem pełnym widocznego niezadowolenia. Pijawka zmełł przekleństwo.
— Głośniej, głośniej, najemniku. Niech sąsiedzi usłyszą, niech na mnie gwardzistów naślą, a co! Inaczej się umawialiśmy, pamiętasz jeszcze?
— Nie będę się bawił w pierdolone indagacje, Pijawka. Widzisz, że obici jesteśmy. Pomożesz, czy nie?
Cyrulik wycofał się do środka, odgradzając wejście. Aurelion ruszył za nim, za Aurelionem ruszyła Jagoda i Lilian.
— Co, zakonna Roza zajęta? Już was łatać nie chce?
— Nie do końca. — Siwowłosy obszedł okryty grubą warstwą otwartych pergaminów, stół i zatrzymując się przed rozpalonym paleniskiem, złapał za jeden z węborków. Przekonawszy się, iż na wilgotnym dnie nie znajdują się żadne niespodzianki, obrócił wiadro spodem do góry, wygodnie się na nim usadawiając. — Siostra Roza nie byłaby zbytnio zadowolona, gdybyśmy przyleźli jej do klasztoru z rzepem u ogona.
Poeta wyłonił się zza pleców Jagody, wątpliwym wzrokiem rozglądając się po wnętrzu niewielkiej pracowni. Twarz Liliana zbladła, różowy rumieniec spełzł ze zmarzniętych policzków. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, do którego przeprowadzono go przez pół miasta. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, w którym ktokolwiek miał się zaopiekować jego siostrą, opatrzyć rany, doglądać czarnych sińców. Bard pokręcił głową, przełknął donośnie ślinę. I dopiero wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, przykurczonej sylwecie felczera.
Mężczyzna okręcił się z trudem, gibiąc się na wszystkie strony pod ciężarem pokaźnego garba, podstawiając szpakowatą, ohydną głowę pod smugi dostającego się przez okiennice dnia. Błysk zimowego światła odbił się od idealnej łysiny, oświetlił drobny – na tyle mały, iż w ciemnościach niemal niedostrzegalny – nosek, pokaźną, lecz pozbawioną różu ustek, szczękę. Czarne, niewielkie oczyska runęły spojrzeniem spod jasnych, cieniutkich brwi na sylwetę nieznajomego barda. Pijawka ryknął, ukazując zżółkłe, ostre zębiska, wcześniej odskoczywszy w przestrachu w tył.
Lilian zrozumiał wreszcie skąd jego przydomek.
Siwowłosy najemnik uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, zupełnie nie zwracając uwagi na panikującego w ciemnościach cyrulika.
— Chyba wreszcie odebrało mu mowę. Dobrze.
— Idioci parszywi! Przebrzydli smarkacze! — Pijawka oddalił się w najciemniejszy kąt sadyby, potykając się po drodze o własną tunikę. — Tamój siostrze jakiegoś fircyka przyprowadzać nie chcecie, a mnie tak? Niech no tylko parę z ust puści, niech no powie komu, że Ćmy zszywam, a zaraz będą mi jakie draby do drzwi pukać, zaraz do okiennic się dobierać!
Z ust wojownika wydostało się ciche westchnięcie.
— Uspokój się. To poeta. Niegroźny.
— Jak co powie — Jagoda zdecydowała się wreszcie odezwać, wolnym krokiem zbliżając się również w stronę buchających ogni paleniska, by ogrzać zesztywniałe z chłodu palce — to my się już nim dobrze zajmiemy, zaopiekujemy.
Pijawka machnął dłonią w poddańczym geście, odwracając się w stronę miedzianych naczynek.
— A niech was wieczna zima pochłonie, niech Velar ukaże. Same problemy z wami, same.
Napełniwszy wodą jedną z leżących obok ławy fas, cyrulik sięgnął po leżący nad paleniskiem kawałek szmatki i zbliżył się do najemnika. Asher pokręcił stanowczo głową, po czym uniósł niedbale dłoń, wskazując na Jagodę.
— Nie. Najpierw zajmij się nią. Poczekam.
Drewniany zydel zaszurał po nierównych dechach, roznosząc nieprzyjemny podźwięk na wszystkie strony izby. Lilian zadrżał, Aurelion leniwie oparł podbródek o otwartą dłoń, a Jagoda, ustawiwszy stołek przy chirurgicznym instrumentarium, spoczęła ciężko na twardym siedzisku. Drewno skrzypnęło niebezpiecznie, ostrzegając przed potencjalnym nieszczęściem. Tropicielka ni drgnęła, wpatrując się niewyraźnie w wiszące naprzeciw, zapełnione glinianymi michami, półeczki.
Pijawka wzruszył ramionami, złapał w drodze za szyjkę zielonej butelki. Wyciągnął rękę w stronę ciemnowłosej dziewczyny, podając jej tajemniczy napitek. Jagoda ściągnęła ciemne brewki.
— Co to?
— Samogon. Sam robiłem, z tej jarzębiny co mi pod murkiem rośnie.
Jagoda wykrzywiła twarz w obrzydliwym grymasie.
— Z tej, pod którą psy srają? Którą Precel oszczał ostatnim razem?
— W rzeczy samej. A teraz do dna, będzie mniej boleć.


