27.09.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Zimne powietrze uderzyło w poobdzierane, blade twarze niedawnych więźniów – musnęło fioletowe ślady na odkrytych czołach, podbródkach, szczypnęło otwarte rany, zabrudzone cięcie przy ustach. Asher syknął, czując, jak ostry ból wpija się w otwartą, szkaradną szramę, zaschniętą krwią lepiąc siwe włosy do pulsujących nieprzyjemnie skroni. Podsumował swe niezadowolenie krótkim, cichym przekleństwem, zatrzymując się wreszcie przed zielonymi od mchu i pleśni murami kazamatów.
Furta loszku łupnęła za ich plecami, ciężkim pogłosem dostając się do wystarczająco już wymęczonych uszu Jagody i Aureliona. Siwowłosy powędrował spojrzeniem do dłoni, niewątpliwie należącej do nowo poznanego barda, którą poeta zdecydował się wyciągnąć w geście późnego przywitania. Biała brew najemnika powędrowała ku linii równie białego włosa.
― Lilian. Starszy brat Jagody ― zaświergotał zadowolony, łyskające w zimowym słońcu oczęta kierując na facjatę najemnika. ― No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.
Odpowiedział mu zaledwie szmer przedzierającego się przez kamienne zabudowania i uderzającego w samotne trzy, znieruchomiałe jak posągi, sylwety, wiatru.
Najemnik nie wyciągnął ręki, nie szepnął ani słowa. Nie zdradził imienia, nie podzielił się kłamliwym i nieobecnym w tej chwili entuzjazmem związanym z ich spotkaniem. Milczał, wpatrzony w ciemną, kaszmirową rękawicę, misternie zdobioną złotymi niteczkami, nie do końca ciepłą, lecz niewątpliwie gustowną.
Kusi los, pomyślał. Wreszcie znajdzie się taki, któremu hoże przyodziewie się spodoba. Który dostrzeże w jedwabiach i welurach pokaźny miech pieniądza. I który będzie chował akurat za pasem stary, stępiały kordelas.
Odwrócił głowę, spoglądając na Jagodę. Z nagła cichą, zamkniętą i wycofaną, wpatrującą się szarym wzrokiem w stojące przed nimi ściany niewielkich kamienic. Była zmęczona. Widział to w jej postawie, zachowaniu, opadających ciężko powiekach – widocznie niechętna na kolejne niesnaski z dawno niewidzianym bratem. Asher wyprostował z trudem plecy, zmełł przekleństwo, górując postawą nad niższym mężczyzną. Fakt, potrzebowali medyka, choćby najbliższego cyrulika.
Medyka, gorzały i świętego spokoju.
— Zrobiłeś, co miałeś do zrobienia — stwierdził, krzyżując ręce na piersi. W spojrzeniu Liliana błysnął pierwiastek niemego zapytania. — Dalej poradzimy sobie sami.
Wolnym, ociężałym krokiem wyminął sylwetę poety, kierując w stronę Jagody ledwo słyszalne chodźmy. Dziewczyna ruszyła posłusznie za swoim towarzyszem, nie spodziewając się, że zaraz ponownie poczuje na swym karku oddech nieustępującego braciaka. W jej oczach zrodził się promyczek gniewu.
— Wyglądacie naprawdę paskudnie. Gorzej niż Julian po trzech ćwiartkach.
Jagoda zerknęła na barda zza ramienia.
— Nie słyszysz, co się do ciebie mówi, co? Ogłuchłś czy jak? Taki żeś własnym głosem zachwycon, że nic innego nie dociera. Jedną dziurką wchodzi, drugą ucieka, nie?
— Ale zwolnijcie, zwolnijcie — odparł poeta, rozciągnąwszy odpowiednio łopatki, w zupełności nie zwracając uwagi na słowa siostry. Nieprzyjemny odgłos strzykających stawów rozniósł się po uliczce, w którą zdecydował się właśnie skręcić siwowłosy najemnik. — Od tygodni się nie wysypiam, tygodni. Jak nie na sianku każą spać, to na byle barłogu. Twarde to takie, ni oka zmrużyć, nie wspominając już o poduchach sianem wypychanych. Sianem, rozumiecie? Jakby taki problem było kaczkę z pierza oskubać.
— Nie ręczę za siebie, zaraz gówniarz w nos dostanie — Jagoda mruknęła, przyspieszając kroku w lichej nadziei, iż tak być może zdołają go zgubić.
Asher wzruszył niechętnie ramionami, czując, jak roznoszący się po czaszce ból powoli przybiera na sile. Co za gówno.
— Nie krępuj się.
— Długo będziemy iść? Daleko ta wasza kryjówka, gdzie na obrzeżach, czy o, może tak pod nosem samych gwardzistów? Widać w końcu, że lubicie się chwatom stawiać.
Pochód zatrzymał się nagle, gwałtownie, bez słowa ostrzeżenia. Lilian nie stanął w porę, nie zwolnił kroku, niespodziewanie odbijając się od zgarbionych pleców tropicielki, na co ta warknęła zaledwie niczym szczute psisko, nie odwracając spojrzenia w stronę poszkodowanego. Spomiędzy suchych ust siwowłosego wydostało się donośne westchnięcie. Albo zaraz ja mu przyłożę.
— Nie idziemy do naszej kryjówki.
Bard zaniemówił. Ale tylko na moment.
— Słucham? Dlaczego? To gdzie mnie w takim razie prowadzicie? Bo chyba nie do pierwszego lepszego szynku na pszeniczne i sterleta.
— Jeśli naprawdę myślałeś, że zabiorę obcego mi rzępołę do naszej siedziby — Aurelion odwrócił się, stając twarzą w twarz z poetą — to jesteś głupszy, niż by się początkowo zdawało. A teraz zawrzyj paszczę o ile życie ci miłe. Za siebie ręczyć mogę, ale za nią już nie.
Jagoda uśmiechnęła się brzydko i złośliwie niby to na potwierdzenie słów swojego towarzysza.
— Chodźmy, nim się rozmyślę.
Budyneczek nie różnił się niczym od otaczających go sadyb. Wieloletni szron na dobre osadził się na szarych, starych dechach, straszących swym niepewnym wyglądem, wywrócony płotek, pod którym rozrósł się niewielki krzak jarzębiny, utonął w zaspie śniegu, a daszek, nieustannie mokry i gnijący, świecił brakującymi na krawędziach gontami. W dolnej kondygnacji kleconki brakowało wejścia – były zaledwie przeżarte przez gryzonie wrota, dawniej zapewne wiodące do kurnika bądź szopy, która aktualnie służyła za składzik rzeczy zapomnianych i dłużej niepotrzebnych. By dostać się do drzwi wejściowych, trzeba było zakręcić przy wybijającym się pomarańczem swych owoców, jarzębie, wspiąć się po niewielkich, kamiennych schodkach, okrytych grubą warstwą zmarzniętego błociska. Dopiero wówczas stawało się przed równie licho wyglądającymi, obitymi pomniejszymi deseczkami drzwiami, zaopatrzonymi w rdzewiejącą, żeliwną kołatkę w kształcie gargulcowej głowy.
Asher złapał za metalowy pierścień, zakołatał, wraz z Jagodą ignorując niekończący się zasób pytań, którymi nieustannie zarzucał ich bard. Dochodzące zza drzwi hałasy umilkły gwałtownie, niby w przestrachu, gdy dźwięk obijającej się o drewno kołatki rozniósł się po najbliższej okolicy. Wokół ich trójki nastała niepewna, głucha cisza, przerywana tylko co jakiś czas skomleniem głodującego gdzieś niedaleko psiska.
— Kto tam? — zapytał chrobotliwie wydostający się zza wejścia głos.
Aurelion westchnął.
— Ćmy. Otwieraj, Pijawka, nim nam dupska odmrozi.
Coś upadło na drewnianą posadzkę, miedziane michy uderzyły o sagan, akompaniując cyrulikowi przy koślawej próbie dostania się do drzwi slalomem. Otworzył, zachłysnął się zimnym powietrzem, nim zdołał zmierzyć swoich gości spojrzeniem pełnym widocznego niezadowolenia. Pijawka zmełł przekleństwo.
— Głośniej, głośniej, najemniku. Niech sąsiedzi usłyszą, niech na mnie gwardzistów naślą, a co! Inaczej się umawialiśmy, pamiętasz jeszcze?
— Nie będę się bawił w pierdolone indagacje, Pijawka. Widzisz, że obici jesteśmy. Pomożesz, czy nie?
Cyrulik wycofał się do środka, odgradzając wejście. Aurelion ruszył za nim, za Aurelionem ruszyła Jagoda i Lilian.
— Co, zakonna Roza zajęta? Już was łatać nie chce?
— Nie do końca. — Siwowłosy obszedł okryty grubą warstwą otwartych pergaminów, stół i zatrzymując się przed rozpalonym paleniskiem, złapał za jeden z węborków. Przekonawszy się, iż na wilgotnym dnie nie znajdują się żadne niespodzianki, obrócił wiadro spodem do góry, wygodnie się na nim usadawiając. — Siostra Roza nie byłaby zbytnio zadowolona, gdybyśmy przyleźli jej do klasztoru z rzepem u ogona.
Poeta wyłonił się zza pleców Jagody, wątpliwym wzrokiem rozglądając się po wnętrzu niewielkiej pracowni. Twarz Liliana zbladła, różowy rumieniec spełzł ze zmarzniętych policzków. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, do którego przeprowadzono go przez pół miasta. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, w którym ktokolwiek miał się zaopiekować jego siostrą, opatrzyć rany, doglądać czarnych sińców. Bard pokręcił głową, przełknął donośnie ślinę. I dopiero wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, przykurczonej sylwecie felczera.
Mężczyzna okręcił się z trudem, gibiąc się na wszystkie strony pod ciężarem pokaźnego garba, podstawiając szpakowatą, ohydną głowę pod smugi dostającego się przez okiennice dnia. Błysk zimowego światła odbił się od idealnej łysiny, oświetlił drobny – na tyle mały, iż w ciemnościach niemal niedostrzegalny – nosek, pokaźną, lecz pozbawioną różu ustek, szczękę. Czarne, niewielkie oczyska runęły spojrzeniem spod jasnych, cieniutkich brwi na sylwetę nieznajomego barda. Pijawka ryknął, ukazując zżółkłe, ostre zębiska, wcześniej odskoczywszy w przestrachu w tył.
Lilian zrozumiał wreszcie skąd jego przydomek.
Siwowłosy najemnik uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, zupełnie nie zwracając uwagi na panikującego w ciemnościach cyrulika.
— Chyba wreszcie odebrało mu mowę. Dobrze.
— Idioci parszywi! Przebrzydli smarkacze! — Pijawka oddalił się w najciemniejszy kąt sadyby, potykając się po drodze o własną tunikę. — Tamój siostrze jakiegoś fircyka przyprowadzać nie chcecie, a mnie tak? Niech no tylko parę z ust puści, niech no powie komu, że Ćmy zszywam, a zaraz będą mi jakie draby do drzwi pukać, zaraz do okiennic się dobierać!
Z ust wojownika wydostało się ciche westchnięcie.
— Uspokój się. To poeta. Niegroźny.
— Jak co powie — Jagoda zdecydowała się wreszcie odezwać, wolnym krokiem zbliżając się również w stronę buchających ogni paleniska, by ogrzać zesztywniałe z chłodu palce — to my się już nim dobrze zajmiemy, zaopiekujemy.
Pijawka machnął dłonią w poddańczym geście, odwracając się w stronę miedzianych naczynek.
— A niech was wieczna zima pochłonie, niech Velar ukaże. Same problemy z wami, same.
Napełniwszy wodą jedną z leżących obok ławy fas, cyrulik sięgnął po leżący nad paleniskiem kawałek szmatki i zbliżył się do najemnika. Asher pokręcił stanowczo głową, po czym uniósł niedbale dłoń, wskazując na Jagodę.
— Nie. Najpierw zajmij się nią. Poczekam.
Drewniany zydel zaszurał po nierównych dechach, roznosząc nieprzyjemny podźwięk na wszystkie strony izby. Lilian zadrżał, Aurelion leniwie oparł podbródek o otwartą dłoń, a Jagoda, ustawiwszy stołek przy chirurgicznym instrumentarium, spoczęła ciężko na twardym siedzisku. Drewno skrzypnęło niebezpiecznie, ostrzegając przed potencjalnym nieszczęściem. Tropicielka ni drgnęła, wpatrując się niewyraźnie w wiszące naprzeciw, zapełnione glinianymi michami, półeczki.
Pijawka wzruszył ramionami, złapał w drodze za szyjkę zielonej butelki. Wyciągnął rękę w stronę ciemnowłosej dziewczyny, podając jej tajemniczy napitek. Jagoda ściągnęła ciemne brewki.
— Co to?
— Samogon. Sam robiłem, z tej jarzębiny co mi pod murkiem rośnie.
Jagoda wykrzywiła twarz w obrzydliwym grymasie.
— Z tej, pod którą psy srają? Którą Precel oszczał ostatnim razem?
— W rzeczy samej. A teraz do dna, będzie mniej boleć.

13.08.2022

Od Liliana cd. Ashera

Lodowate spojrzenie fioletu przeszywało na wskroś smukłą poety sylwetkę, gdy ten – niespodziewanie i nader bezdusznie mównicy pozbawiony – milczał, wsłuchując się w kolejne słowa swego towarzysza.
Lilian pochylił się nad stołem i oparł podbródek o otwartą dłoń, pozwalając czarnym brewkom powędrować do góry w jawnym zainteresowaniu. Choć nie powinien, zdecydowanie nie powinien, miał wrażenie, jakby właśnie był prowodyrem niespotykanego dotąd zjawiska. Asher przecież nie mówił dużo. Tak właściwie, w jego obecności nie mówił praktycznie wcale. Burczał jeno pod nosem pojedyncze słówka i zdania, oszczędnie kręcił głową lub przytakiwał. Czasem, całkiem zobojętniały, odchodził bez słowa, ot tak, jakoby wszelkim jestestwem barda tak absolutnie wyczerpany, że nie pozostawało mu już nic innego, niż tylko nie zwracać na niego uwagi. Aż tu w końcu… taki słowotok! Ten przedziwny najemnik, impertynencki przyjaciel Jagody, którego dmuchający w żagle wiatr przywiał statkiem aż do mroźnej Rietvy, ten zrekrutowany w odległych terenach Sceiv Astua tak rygorystycznie, że naturalnym stanem rzeczy – poeta potrzebował sporo czasu i kilku ważnych podpowiedzi od Rivanni, zanim zdołał to zrozumieć – milczenie musiało być mu wygodniejszym, wreszcie zdołał wydobyć z siebie tych kilka, niewymuszonych zdań monologu. Monologu, trzeba było przyznać, całkiem w swojej rozciągłości imponującego!
Nie krył czającego się na dnie modrej tęczówki entuzjazmu. Podobało mu się, że jego rozmówca nie przebierał w środkach. Że nie mówił, a przemawiał. I że przemawiając w końcu, nie robił tego bezmyślnie; byleby tylko słowa z ust płynęły, byleby być słuchanym. Poeta powoli zaczynał rozumieć, dlaczego spośród wszystkich Ciem, Jagoda zdecydowała sobie upatrzyć akurat Ashera.
Dobrze więc, spróbował zebrać myśli. Tyle spraw do wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć?
— Szukasz drugiego dna — podjął. — Uzasadnienia moich lekkomyślnych wymysłów, które – popraw mnie, jeśli się mylę – uważasz za idiotyczne i nierozważne, ponieważ są nieposłuszne wszystkiemu, czemu posłuszny powinienem był być. Takiego uzasadnienia, które na prosty, chłopski rozum będzie brzmiało na tyle sensownie i pragmatycznie, żeby pozwolić ci zrozumieć, dlaczego mnie, wielkiemu poecie o nieskazitelnej opinii, zależy na twoim towarzystwie aż tak bardzo, że jestem skłonny zaryzykować swoją karierą, pozycją na dworze i wszystkimi przywilejami z powyższymi związanymi. To bardzo ujmujące, że tak przejmujesz się moimi losami. — Przechylił głowę na bok, uśmiechnął się filuternie. Palcami niespiesznie wystukał na policzku rytm tylko jemu w tej chwili znanej piosenki. — Ale co jeśli powiem ci, że takiego drugiego dna wcale nie ma, a ja niczym nie ryzykuję? Że to nie kwestia żadnych zawiłości, tajnych planów czy czegokolwiek innego, czego mógłbyś się jeszcze spodziewać? Chętnie wszystko ci wyjaśnię.
Wyprostował się dostojnie. Chwycił za kielich, uniósł w geście toastu i zatrzymał na wysokości ust.
— Zanim jednak zacznę, napijmy się. Za naszą współpracę. Niechaj każdy z nas wyniesie z niej zamierzone korzyści.
Asher nie wyglądał na przekonanego. Niezrozumiale wymruczał pod nosem coś, co sądząc po wyrazie twarzy w doborze słów było raczej mało cenzuralne. W końcu powoli i jakby niechętnie przysunął czarkę do ust. Nawet nie trzeba było go długo zachęcać. A to dopiero sukces!
Bard uśmiechnął się triumfalnie. Upił niewielki łyk, rozkoszując się wykwintnością trunku. Na powrót do Rietvy powinien zabrać ze sobą dobrych kilka butelek. Z całym szacunkiem do enryńskich trunków – niby działały na człowieka tak, jak działać powinny, ale jeśli nie było się zatwardziałym w boju alkoholikiem, ciężko było to coś przepuścić przez gardło bez większych uszczerbków na kubkach smakowych.
— Czy to oznacza, że wracamy do poprzedniej formy komunikacji; ja mówię, ty milczysz? Szkoda. Zdążyłem się już przywiązać do tej bardziej rozgadanej strony twojego oblicza. — Zażartował, udając lekkie rozczarowanie. Fakt faktem, naprawdę spodobał mu się Asher w ulepszonym wydaniu, ale w zasadzie wszystko było mu jedno. Grunt, żeby jakoś się porozumieć. Jemu rola mówiącego nie stała na przeszkodzie do niczego. — Byłoby niezmiernie miło, gdybyś mnie nim czasem jeszcze zaszczycił.
Najemnik westchnął ciężko, wyraźnie szykował się, żeby coś powiedzieć. Lilian jeszcze nie wiedział co, ale i tym razem po samym wyrazie twarzy nietrudno było się mu domyślić.
— No dobrze, dobrze już! — zdążył uprzedzić niechciany rozwój wydarzeń. — Nie musisz nic mówić i proszę, nie patrz na mnie w ten morderczy sposób. Ręczę słowem, że właśnie zamierzałem przechodzić do brzegu.
Odłożył kielich na drewnianą ławę. I spoważniał odrobinę. Czas, zdawało się, najwyższy. Czyjaś cierpliwość w zatrważającym tempie zbliżała się do niewidzialnej, acz łatwo wyczuwalnej w spojrzeniu i czynach granicy.
— Nie ma najmniejszej potrzeby martwić się, że twoja obecność podczas przyjęcia zaalarmuje któregokolwiek z zainteresowanych kupnem mojej prowincji członków rady. Powód tego banalnie prosty – kolejność będzie zupełnie odwrotna od tej, którą mylnie musiałeś z góry założyć. Najpierw czekają nas formalności, a więc zgromadzenie, podczas którego zostanie podjęta decyzja o przyszłości podległych mi ziem, dopiero później zaś – wielki czas przygotowywań i w końcu, pod koniec tygodnia, bal. Dla nas będzie to tylko jeden dzień katorgi i konieczności podporządkowywania się urzędowym konwenansom, ale dla Jaśnie Oświeconej wszystko trwa już teraz, kiedy my beztrosko popijamy wino i czekamy na ciepłą strawę. Nic dziwnego, że w ramach zwieńczenia będzie chciała nareszcie odpocząć i porządnie się wybawić. Przypuszczam, że stąd wzięła się decyzja o kameralnym gronie, w które z okazji swojego powrotu zostałem wliczony.
Przerwał, żeby wziąć kolejny łyk wina. Większy tym razem. Od tego ciągłego gadania zdążyło odrobinę zaschnąć mu w gardle.
— Jak już wiesz, bal będzie maskowy, stąd też nie przejmowałbym się specjalnie, że ktoś rozpozna cię już po fakcie. Mnie, rzecz jasna, nawet i w masce zdoła zidentyfikować każdy. Ale też na mnie większość uwagi będzie się zapewne skupiała — stwierdził nieskromnie. — Szczerze wątpię, że o tobie ktoś do tego czasu będzie jeszcze pamiętał. Przed ich oczyma przejawiają się dziesiątki sylwetek dziennie, a ochroniarz u boku szlachcica nie jest nikim, kto mógłby zwrócić ich szczególną uwagę. Tutaj rzecz raczej codzienna. Co zaś się tyczy mojego wyboru, sprawa przedstawia się następująco: to moje zaproszenie i mogę z nim zrobić to, co żywnie mi się podoba, wedle osobistego upodobania i nie bacząc na opinie wielmoży, którzy – kolokwialnie mówiąc, zwykli jadać mi z ręki — i tym razem nie pochwalił się pokorą. Nie bez powodu. Towarzystwo go uwielbiało. — A ja mam upodobanie zabrać ze sobą właśnie ciebie, mój nadzwyczaj niereformowalny towarzyszu. Ponadto, moim życzeniem jako twojego tymczasowego pracodawcy jest, żebyś chociaż spróbował rozpatrzyć tę propozycję pozytywnie. Taka szansa nie powtórzy się prędko, pozwól sobie z niej skorzystać! — Pochylił się do przodu, uważnie powłóczył spojrzeniem po sylwetce najemnika. — Uważam, że nie wyjdzie ci to na złe. No wiesz, przypomnieć sobie, jak to wszystko wygląda u ludzi wyższych sfer. Bo wiesz, możesz sobie mówić, jaka to wielka przepaść nas dzieli, ale ja w życiu nie uwierzę, żeby jakikolwiek marginalny wiarus bez wykształcenia był w stanie określić siebie samego w taki fantazyjny sposób, jak przed chwilą to zro… — Urwał nagle. — Och, czy ty też to czujesz? Coś mi podpowiada, że nadchodzi nasz posiłek. Nareszcie. Już nie mogłem się doczekać.
Obydwa spojrzenia jak jeden mąż powędrowały w stronę drewnianych drzwi oddzielających część kuchenną od izby głównej. Zgodnie z przypuszczeniami barda, drzwi zaskrzypiały piskliwie, żeby zaraz wypuścić z pomieszczenia dwie sylwetki. Oberżysta i jego młodziuchna, jasnowłosa córa wspólnie podążyli w kierunku zajmowanej przez Liliana i Ashera ławy, niosąc ze sobą pełne misy gorącego, roznoszącego za sobą apetyczną woń apreńskich specjałów jedzenia. Lilian ukradkiem zerknął na najemnika, z lekka zarozumiały uśmieszek zatańczył w kącikach jego ust. Dobrze wiedział, gdzie zabrać swojego towarzysza, żeby już podczas pierwszych chwil w Królestwie Apreńskim wywrzeć na nim dobre wrażenie. Z dumą mógł powiedzieć, że miał w tej kwestii porównanie jak mało kto. Znał ten kraj jak własną kieszeń. Grywał w każdej, lepszej oberży. Pijał wino i smakował lokalnych przysmaków. Jeśli pytać kogoś o polecenie godnego lokalu do roztrwonienia pełnej sakiewki monet, to jego właśnie. Jak dobrze było być bardem.
— Roche, ależ to wszystko pięknie pachnie! Koniecznie dopilnuj, żeby kucharz został dzisiaj sowicie wynagrodzony. — Powiedział Lilian, obserwując talerze jeden po drugim wypełniające pustą do tej pory przestrzeń drewnianej ławy. Właściciel gospody odpowiedział dosyć pazernym w odbiorze wyszczerzem. Nic w zasadzie dziwnego. Któż by nie był zadowolony, gdyby jednego dnia wydano u niego tyle pieniędzy. — Najdroższa Marilko, aleś ty wypiękniała! Dziękujemy wam, dziękujemy. Pewien jestem, że uczta będzie godna zapamiętania.
Młodziuchna Marilka ukłoniła się skromnie w podzięce. Z zachwytu aż cała pokraśniała.
— Śmiało, częstuj się! — zachęcił najemnika, kiedy na powrót zostali tylko oni dwoje. Samemu sobie bez zbędnego ociągania podsunął pod nos misę z zupą rybną. — Nie byłem pewny, co jadasz, więc poprosiłem o przygotowanie każdego dania z dzisiejszej oferty. Gicz cielęca duszona w warzywach, z grzybami i fasolką. Comber jagnięcy pieczony z bakłażanami, boczek wieprzowy w piwie podany z glazurowanymi śliwkami. Łopatka dzika pieczo…
— Lilian. — Asher przerwał wyliczankę. — Do rzeczy.
— Tak, tak. — Pokiwał głową, nie słuchając. Zamoczył łyżkę w zupie, skosztował. — Przepyszne. Chcesz spróbować?
Najemnik założył ręce na klatce piersiowej. Jego spojrzenie po raz kolejny ściągnęło barda z powrotem na ziemię.
— Hmmm… zapomniałem o czymś wspomnieć? Wydawało mi się, że wyjaśniłem już wszystko. — Zdziwił się po chwili namysłu. — Kwestię ożenku, jeśli nie masz nic przeciwko, pozwolę sobie ominąć. Tutaj nie ma zbyt wiele do omówienia. Powiedzmy, że tego typu związki nieszczególnie mnie interesują. Ciebie też chyba niekoniecznie, mam rację? W końcu ożenku nadal brak. A my nie młodniejemy. — Sparafrazował słowa samego Ashera, całkiem niedyskretnie posyłając mu oczko. — Więc chyba powinieneś mnie zrozumieć.
— Ojej. — Nie zdążył udzielić najemnikowi czasu na odpowiedź, zanim zerwał się w miejscu, jeszcze na chwilę decydując się na odłożenie posiłku. — To przypomniało mi o jeszcze jednej, ważnej sprawie, którą chciałem ci zakomunikować. Okazało się bowiem, że zabrakło izb sypialnych dla nas obydwóch. Dlatego zmuszeni będziemy zmieścić się w jednej.

26.07.2022

Od Liliana cd. Jagody (do Ashera)

― Podziękujesz mi później.
Jagoda zacisnęła palce na kratach tak mocno, że aż knykcie jej pobielały.
― Prędzej psy zaczną dupami szczekać, niż ja ci za cokolwiek podziękuję ― warknęła z pogardą i splunęła Lilianowi prosto pod nogi.
Bard wykrzywił usta w grymasie ni to niedowierzania, ni obrzydzenia. Spojrzał na Jagodę, na czubki swoich butów i raz jeszcze na Jagodę. W błękitnej tęczówce malowało się pytanie – czy to naprawdę było potrzebne? Litości, odrobiny kultury osobistej nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
― Nic a nic się przez te lata nie zmieniłaś ― skomentował, stawiając niewielki krok do tyłu. Zapobiegawczo. Asekuracyjnie. Miał wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, w krótkim czasie ucierpi coś znacznie więcej, niż tylko jego buty. Włosy? Twarz? O nie, nie. Nie na darmo wtapiał się w tłum, żeby obrywać mimo wszystko. ― Tym bardziej rad jestem, że już niedługo stąd wychodzimy. Przebywanie w więziennym towarzystwie mogłoby zadziałać na twoją niekorzyść.
― Głuchy jesteś? ― Wtrącił ponownie siwowłosy, tym razem decydując się na podejście do rodzeństwa. Krok miał wolny i ciężki, ale nie utykał – a może z resztek sił starał się nie utykać i skutecznie mu to wychodziło? Lilian zaryzykowałby, stawiając na to drugie. ― Powiedziałem, że możesz sobie iść. Zgrywaj wybawcę gdzie indziej, my łaski twojej nie potrzebujemy.
Bogowie, pomyślał Lilian. Kim ten mężczyzna jest, skoro wydaje mu się, że może stawać między mną a Jagodą? Kimś ważnym, jeśli ona mu na to pozwala. Zresztą, to nieistotne. Może dla niej. Ale nie dla mnie.
― Łaską bym tego nie nazwał. ― Zadarł podbródek do góry, żeby spojrzeć nieznajomemu w oczy. Dopiero z bliższej odległości, kiedy ten zatrzymał się za plecami Jagody, miał okazję przyjrzeć się mu nieco lepiej. Fioletowa tęczówka łypała wrogo, nie przejawiając najmniejszej chęci współpracy ze strony właściciela. Rozpłatane czoło i włosy bardziej karmazynowe od lepkiej, zaschniętej krwi, aniżeli białe, przyprawiały o ciarki. ― Ale wizyta u medyka, ciepły posiłek i porządna kąpiel przydadzą się wam obydwu jak najrychlej. Przecież widziałem, co z wami zrobili, ledwo na nogach staliście. Dla skuteczniejszej argumentacji pozwolę też sobie wspomnieć, że niektórzy ― uniósł znacząco brew, wzroku od twarzy najemnika nie odrywając ― nie stali w ogóle.
― Teraz cię sumienie ruszyło! ― Jagoda szarpnęła za kraty, zardzewiała kłódka zabrzęczała nieprzyjemnie dysonującym w uszach dźwiękiem. Przez krótką chwilę bard zastanowił się, czy nie powinien dać siostrze więcej czasu. I zanim znów zdążyła otworzyć usta, zdołał rozmyślić się trzy razy. ― Gdzieś je schował, kiedyśmy się sami wczoraj napierdalali?
― Och, więc o to chodzi ― zaśmiał się, niespodziewanie wielce czymś rozbawiony, o dotychczasowym ciężarze atmosfery bez większego wysiłku zapominając. ― Macie mi za złe, że do was nie dołączyłem. Zapewniam, że nic dobrego z tego by z tego nie wyszło, narobiłoby się nam wszystkim więcej niepotrzebnych kłopotów. W przeciwieństwie do was, ja pięściami i mieczem nie pracuję. Tylko głosem i twarzą.
Nie chodziło wyłącznie o to, że bał się oberwać prosto w twarz, stracić przytomność i wylądować w brzydkiej, śmierdzącej szczochami, szczurzymi odchodami i ubóstwem celi; takiej właśnie, której dostało się stojącej przed nim dwójce. I pozostałym, wyjątkowo nieprzeszkadzającym i milczącym jakimś – Lilian nie wnikał, ich losy obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale o reputację własną musiał dbać. Jak wytłumaczyłby się z takiej kabały opinii publicznej?
― Dupą chyba ― podsumowała czarnowłosa, po czym odeszła od krat i odwróciła się do nich plecami. I tyle, zdawałoby się, z rozmowy. Jagoda straciła cierpliwość, tę swoją już i tak nad wyraz ulotną. A ten drugi, poecie nadal nie było dane poznać jego imienia, do rozmowy niespecjalnie się palił. Tylko ta fioletowa tęczówka z góry łypała wciąż wrogo. Warunki zgoła niełatwe. Ale to wcale nie tak, że dla Liliana stanowiło to jakąkolwiek przeszkodę.
― Ten twój agresywny kundel, który podarł mój nowy, adamaszkowy płaszcz ― podjął i przerwał zaraz, nazbyt przejęty wnikliwą obserwacją więziennych ścian i zakamarków. Gdzie nie wilgoć, tam… wszystko inne. Żeby niczego nie pominąć, trzeba byłoby sporządzić naprawdę długą listę. Już od dawien dawna nie musiał przebywać w takim brzydkim, zapuszczonym miejscu jak to. O więzieniu nie wspominając. ― Precel, o ile mnie pamięć nie myli. Przyczepił się do mnie jak ten ostatni rzep i nie chciał odpuścić aż do samego zajazdu. Nie wiedziałem co z nim zrobić, a gapił się na mnie tymi wielkimi ślepiskami, więc zabrałem go ze sobą do środka. Właściciel co prawda gniewał się z początku, ale ubłagałem go bez problemu. Dobrze mu chyba ze mną było, w sensie psu. Nażarł się resztek z mojej kolacji, że aż uszy trzęsły. A potem…
Ciężki, obcy krok i towarzyszący mu charakterystyczny brzdęk kluczy zapowiedział powrót strażnika, w w mig zmuszając poetę do przerwania opowieści. Ten dostosował się, choć z wielkim bólem serca, co było potem nie dokańczając. Szkoda. Gdyby stary dziad pojawił się odrobinę później, zdążyłby jeszcze opowiedzieć o tym, co Precel przez jedną noc zdążył napsocić w jego pokoju i jak na ten niewielki remont zareagował właściciel austerii.
― Jestem, jestem. Skubane zapodziały się gdziesik. ― Odezwał się zbrojny, obracając pęk kluczy wokół palca. ― Szczeniaki nie sprawiały problemów, panie Deslys?
Lilian z nagła poczuł ciężkie, dokuczliwe ukłucie w sercu. No tak, no przecież. Vincent Deslys, takoż się teraz nazywał. Ten, którym nigdy nie chciał być i ten, którym po dziewięciu długich latach, dla dobra własnego pozostać musiał. Och, jak dobrze znów było pobyć Willisem przez te kilka krótkich chwil, zanim rzeczywistość ściągnęła go z powrotem na ziemię. Wiedział, że nigdy nie zdoła zaakceptować, że ludzie mają go za kogoś, kim nigdy się nie urodził. Ale z czasem mógł przynajmniej zacząć się do tego powolutku przyzwyczajać. Z czasem. I czasem. Ale nie teraz, nie w pobliżu Jagody.
― Najmniejszych ― poręczył, kątem oka zerkając na Jagodę. Wydawała się trzymać. Jakoś. Pięści zaciskała mocno, jakoby już szykowała się do wyładowania ich o jego twarz zaraz po wyjściu zza krat.
― Aż dziwota. Rzadko się tu zdarza, żeby ćmy komu kłopotów nie sprawiały. Widać im ta bójka wczorajsza naprawdę w kość dała. Może w końcu sobie od nich odpoczniem, hehe. ― Strażnik zaśmiał się chamowato, wyszczerzył pożółkłe zęby, w końcu decydując się na odnalezienie właściwego klucza z pęku i wsadzić go do kłódki. Ciche brzdęk i ćmy, jak to ich dostojnie nazwano, były na wolności. ― No już, wyłazić. Jeno powolutku, grzeczniutko. Nie dziwować mi tutaj, bo zara nazad wrócą.
Lilian, choć z pewnym uśmiechem na twarzy, uważnie przyglądał się Jagodzie, która obolałym krokiem skierowała się do wyjścia – za nią, niby sznurem pociągnięty, białowłosy. Rozum podpowiadał bardowi, że powinien się usunąć z drogi, ustąpić trochę miejsca na przejście. Nie wadzić, żeby nie krzyczeć o guza głośniej, niż to było konieczne. Tyle, że on nie chciał usuwać się z drogi. I tym bardziej, nawet jeśli powinien, nie chciał uciekać.
― Prawda to, co gadają niektórzy ― Żółte Zęby przerwał chwilę napiętej ciszy, przeskakując spojrzeniem między Lilianem a Jagodą. ― Że ta mała strasznie podobna do do szarpidruta, co to się ostatnio w Velten pojawił. Żeśta są jak dwie krople wody normalnie.
― To dlatego, że jest moją adoratorką. ― Wypalił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Lepsze jakiekolwiek wytłumaczenie, niż żadne, prawda? Wyszczerzył białe ząbki, dumnie wypiął pierś do przodu. ― W dzisiejszych czasach wystarczy zmienić fryzurę, żeby się do kogoś upodobnić, nic łatwiejszego. Teraz ― odwrócił się plecami do strażnika, ruszył przed siebie ― proszę wybaczyć, ale musimy już wychodzić. Nie mam całego dnia, wieczorem gram.
― Eee… ale…
Lilian zatrzymał się, obrócił na pięcie.
― Tak?
― Bo… ― Żółte Zęby podrapał się po głowie, wyraźnie skonfundowany ― trafił z nimi jeszcze taki jeden, rudy taki i wysoki. Tylko żeśmy go wsadzili do innej celi, bo tutaj już miejsca nie było.
― No tak, on. Zapomniałem. ― Lilian wzruszył ramionami, lekceważąco machnął ręką i znów obrócił się na pięcie. ― On zostaje jeszcze jedną noc, przyjdę po niego jutro. Uważajcie, żeby nie uciekł wam zbyt wcześnie. Właściwie, na waszym miejscu sprawdziłbym, czy już tego nie zrobił. Bywaj!
― Chciał zrobić krzywdę Jagodzie. Należy mu się dodatkowa noc ― dodał znacznie ciszej, zrównując kroku z poszkodowaną dwójką. Dopiero kiedy z ciemnego i śmierdzącego wilgocią budynku wyszli na mroźną uliczkę, dokładnie przyjrzał się każdemu z osobna, po czym żywo podszedł do jeszcze bezimiennego najemnika, wyciągając dłoń w geście powitania. Takiego prawidłowego. Bo do tej pory żadnej, dobrej okazji nie mieli. ― Lilian. Starszy brat Jagody. No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.

3.05.2022

Od Ashera cd. Liliana

W spojrzeniu fioletowych ocząt błysnęła iskierka zdumienia, szybko przeistaczająca się jednak w emocję mniej przyjemną, mniej poczciwą, zdradzając przepełniającą najemnika irytację. Nie zdążył zaprotestować, zakomunikować wyraźnego niezadowolenia, dostrzegając, że bard, nie zważając na nagłe zwolnienie w kroku najemnika, gna dalej przed siebie, gładko i elegancko wijąc się między ciasnymi, kolorowymi uliczkami. Asher westchnął ze zrezygnowaniem.
Bal. Jeszcze kurwa czego.
Nim minęło pół godziny, ich dwójka znalazła się na pokaźnym, brukowanym dziedzińcu, pełniącym zapewne rolę głównego placu miasta, domyślił się najemnik. Drewniane pergole otaczały rynek ze wschodniej i zachodniej strony, a pnące się po drewnianych belach bugenwille raziły różem, czerwienią, doskonale wpasowując się kolorami w intensywny błękit nieba. Trójka chłopa, siedząca na trawertynowym murku okazałej fontanny, przekrzykiwała tłum ożywioną rozmową na temat rosnących wciąż grzywien cła eksportowego, w zupełności nie zwracając uwagi na panoszącego się wokół waganta, który w pijackim tańcu przymilał się do marmurowej statuy bezimiennej i usytuowanej na samym szczycie wodotrysku niewiasty, obdarowując nową ukochaną, wygrywaną na okarynie, serenadą.
Natłok ludzi, choć sporawy i gęsty, nie zmuszał do przepychanek, w ładzie trzymając się porozdzielanych po placu grupek, tak, by każdy z przechodniów, bez zbędnych trudności, zdołał przemknąć przez tworzone między zbiorowościami ścieżki. Panie w kolorowych, dorodnych kapeluszach przysiadywały na marmurowych ławeczkach, chichocząc przy wymianie najświeższych plotek, manewrująca wokół banda dzieciaków chowała się raz za bujnymi pnączami ukwieconych krzewów, raz za stożkowymi, dzięki podtrzymującym materiał fortugałom, spódnicami.
Ekspresyjność otoczenia była przytłaczająca. W szczególności dla tych, którym znane były jedynie szarości zimowych dni i obsrany bruk enryńskich uliczek.
— Tutaj — Lilian uniósł zgrabną rączkę, wskazał na, stojącą przy kramiku z pięknie zdobioną ceramiką, kamienicę — zaraz przed nami. Dobre wino, nie byle cienkuż, i zaraz się rozchmurzysz, rozweselisz, słowo daję.
Ciche westchnięcie wymsknęło się spomiędzy ust ciemnowłosego, raz jeszcze zerknął przez ramię w stronę kroczącego za nim Ashera.
— Ciepło dziś, lato idzie. Jeszcze chwila i zupełnie mi się w tych skórach zgrzejesz.
Najemnik milczał. Cholera, faktycznie prażyło coraz mocniej.
Dwupiętrowy budynek zajazdu, w czerwieniach i żółciach okolicy, odznaczał się błękitem ścian, wyblakłym już gdzieniegdzie od nieustająco świecącego słońca, częstych upałów. Ślepe arkady o rudych kolumnach, przylepione do boku kamienicy, podtrzymywały pnące się ku loggiom mandewile, które w swej drodze na zdobione balkony, jak żmije wiły się wokół obramowanych freskami, wysokich okien, a marmurowy rycerzyk, wieńczący czubek attyki, spoglądał z góry na dwójkę podróżnych niczym stróżujący pies.
Asher wejrzał w puste oczodoły wojaka, Lilian pchnął inkrustowane żelaziwem drzwi.
Śmiechy biesiadujących i zapach pieczonej ryby uderzyły w nich momentalnie. Spojrzenie najemnika krążyło ciekawsko wokół pomieszczenia, w wyuczonym dawno odruchu badając nieznane. Ćmy nigdy nie spędzały swoich wieczorów w lokalach tak wysublimowanych, grzecznych. Zajmując się ludzką szkodą, oczekiwały ich zaledwie puste kąty podrzędnych szynków.
— Usiądź, rozgość się — polecił bard, powłóczyście sunąc wzrokiem po zebranym towarzystwie — i pozwól, że resztą zajmę się ja. Właściciel to mój dobry, stary znajomy, pewien stąd jestem, że znajdą się dla nas wolne pokoje. Zresztą, Roche niejedną jest mi winien przysługę, najwyższy czas tedy, by się odwdzięczył. Roche!
Lilian pomaszerował w stronę szynkwasu, pozostawiając Ashera samego.
Nim usiadł przy pustej ławie, dłonie najemnika powędrowały do skórzanego pasa, aby szybkim ruchem odtroczyć pochwę miecza, opierając broń o odrapany blat stołu. Ułożył się wygodnie, rozejrzał raz jeszcze, włócząc spojrzeniem po dekorowanej malowidłami boazerii. Kolory trzymały się wyrzeźbionych w drewnie wzorów, tworząc na ścianach bogatą kakofonię barw, kiedy czerwone dywany i ustawiona na półce za oberżystą bateria pustych, zielonych butelek, stanowiły wyłącznie dodatek, rolę głównodowodzącego w tutejszej ferii oddając licznym freskom.
Fioletowe oczyska zatrzymały się na sylwecie poety, chwacko wspierającego się biodrami o krawędź kontuaru. Nie widział jego twarzy, przez co nie był w stanie dostrzec jej wyrazu, ruchu ust. Wystająca zza lilianowego ramienia twarz oberżysty nie zdradzała jednak zadowolenia, z każdym kolejnym słowem ciemnowłosego – ginącym gdzieś w nieustających rozmowach otaczającej ich konfraterni – tworząc na spracowanym, spoconym czole kolejną brzydką zmarszczkę. Lilian opuścił głowę w poddańczym geście, Roche wzruszył ramionami. Coś więc poszło nie po ich myśli.
— Tutejsze wino gronowe, wyśmienity rocznik — skomentował poeta, kładąc na stole pełne alkoholu kielichy. — Na jedzenie zmuszeni jesteśmy jeszcze chwilę poczekać. Warto jednak, warto. Szczególnie po tylu dniach na hreczce ze skwarkami, nie uważasz?
Bard uśmiechnął się czarująco, usiadł naprzeciw swego towarzysza.
— Jest tylko jeden problem, choć być może słowo problem to zbędna hiperbolizacja. Nie ma co drobnych kłopotów w końcu wyolbrzymiać. Tak czy owak, okazało się, iż-
— Bal — przerwał krótko Asher, zupełnie niezainteresowany wspomnianymi przez Liliana trudnościami. Spojrzenie najemnika było zimne niczym lód. Nie zionęło dłużej pustkami czystej obojętności. — Koniec pierdolenia, w tej chwili chcę się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi. Bo nie uwierzę, że uwidziało ci się marginalnego wiarusa zabierać na bal u jaśnie oświeconej, tak o, bez powodu. Nie wyglądasz na kogoś, kto opinię innych miałby w czterech literach. A gdyby faktycznie tak było, na żaden bal zaproszenia byś nie dostał.
Przysunął czarkę do ust, spróbował miejscowego trunku. Dobre, cholera.
— Nie jesteś głupi. Gdybyś był, nigdy tak daleko byś nie zaszedł. Doskonale wiesz, z czym wiązałoby się pokazanie z osobą mojego pokroju, szczególnie u pierdolonej królowej. Jeśli komitywa dowie się, że zabrałeś ze sobą ochroniarza, zaczną podejrzewać, że czegoś się boisz, obawiasz ataku albo postradałeś w panice zmysły. Jeśli kwestię mojej profesji przemilczymy, założą, że łączy nas coś zupełnie innego, coś, co miejsca nie ma, a przez co – w najlepszym wypadku – stracisz poszanowanie swoich wielmożnych przyjaciół, w najgorszym – tytuł, ziemię i przywileje. Jestem pewien, że niejedna młódka z ogromną chęcią potowarzyszyłaby wielkiemu poecie Deslysowi. Ożenku w dodatku brak, a my nie młodniejemy. Zdajesz sobie sprawę, ile chętnych by się znalazło?
Lilian milczał, wsłuchując się w kolejne słowa swego towarzysza.
— Nigdy nie byłem dobry w te gierki, konwenanse gówno mnie obchodzą, ale swoje wiem, podstawy znam. Wiem też, jak bardzo muszą się wielmożni pilnować, by nie utopić się zaraz w szambie, jakim jest wasze wysublimowane środowisko. Jeśli faktycznie chodziłoby zwyczajnie o ochronę, kazałbyś mi iść pić z gwardią jaśnie oświeconej w koszarach i tyle by z naszego wspólnego balowania było. Więc? — Najemnik pochylił się do przodu, nie odwracając spojrzenia od modrych tęczówek barda. — Pytam raz jeszcze, o co naprawdę chodzi?

17.04.2022

Od Liliana CD. Ashera

— Przyjemność po mojej stronie. — Lilian ukłonił się filuternie, bez wymuszonej sztuczności, która ceniona i pożądana zdawała się być jedynie na dworach, wśród arystokracji. — Ręczę słowem, że zostawiasz swojego przyjaciela w dobrych rękach, a jeśli pewnego dnia przyjdzie się nam jeszcze spotkać, chętnie opowiem ci o tym pobycie osobiście i ze wszystkimi szczegółami. Żegnaj, Rivanni. Niechaj wiatr ci sprzyja!
— Rivanni — dodał Asher, ograniczając się do pożegnalnego skinienia głową.
Kapitan odpowiedziała tym samym. Proste skinienie, najprostsze z możliwych, oszczędne i niepotrzebnej gestykulacji pozbawione – niby takie samo jak poprzednie, w wykonaniu Rivanni wydawało się jednak o stokroć swobodniejsze, żywsze. Przyjemniejsze w odbiorze.
Odeszła, śpiesząc do własnych spraw i własnej załogi. Odprowadzili ją wzrokiem. Sylwetka piratki, chociaż w barwności swojej do przeoczenia niełatwa, prędko zaczęła tonąć w napływającym z każdej strony, apreńskim rozgardiaszu. Aż w końcu zatonęła na dobre. Pośród wykonujących swoją robotę rybaków, marynarzy i chłopców na posyłki, przekrzykujących jeden drugiego handlarzy, pośród żon z dziećmi na rękach radośnie wpadających mężom i ojcom w ramiona po długich miesiącach rozłąki oraz rozproszonych po porcie nowoprzybyłych, pytających o drogę kogo i jak popadnie.
— Żadnego “miło było”, “uważaj na siebie” ani “do zobaczenia”? Doprawdy, aleś ty wylewny — zauważył Lilian, ukradkiem zerkając na białowłosego, który miał mu być towarzyszem i eskortantem przez najbliższe kilka tygodni. Uniósł brwi, zaskoczenia malującego się w ciemnoniebieskiej tęczówce nie kryjąc i zamiaru nie mając.
Lilian wiedział, że Asher i Rivanni poznali się bardzo dawno temu w specyficznych dosyć okolicznościach i że to było ich pierwsze spotkanie od tamtego czasu. Wiedział, że bardzo dawno temu kapitan pomogła dezerterowi uciec ze Sceiv Astua do Enrynu statkiem przemycającym emigrantów rjuske. Lilian wiedział więcej, niż wspomniany dezerter prawdopodobnie życzyłby sobie, żeby wiedział. Część tej wiedzy zdobył samodzielnie, z obserwacji. Czasem zupełnie przypadkowo, w towarzystwie i przy odpowiednim trunku, kiedy mniej baczy się na słowa i mówi się więcej, czasem – kiedy trzeba było uważniej nadstawić ucha, szarpnąć w struny znacznie delikatniej, żeby być w stanie lepiej dosłyszeć – niekoniecznie. Pozostałą częścią podzieliła się z nim sama Rivanni. Chętnie. Wystarczyło tylko zapytać. W tajemnicy.
— Jaki ty masz problem, co? — Najemnik, o dobre kilka cali od barda wyższy, z wolna skierował twarz w jego stronę, zmierzył wrogo spod ukosa. W tych oczach o niecodziennym kolorze fijołków, oczach intrygujących i tajemniczych, nie sposób było dostrzec czegokolwiek, co jawić mogłoby się jako cień sympatii. Miały wyraz surowy i chłodny, jakoby po tylu latach spędzonych w mroźnej Rietvie zapomniały, jak to jest jeszcze dzielić się ciepłem z kimkolwiek.
— Problem, nie-problem. Mówię, jak widzę, a widzę, że jesteś mało wylewny. Ot, cała filozofia — odparł niefrasobliwie, wzruszył ramionami. Rozglądając się dookoła celem dokonania rozeznania w okolicy, na czuja włożył pozostałe, starannie zapakowane kawałki grillowanej ryby do skórzanej torby przewieszonej na misternie zdobionym paseczku. Po niedługiej chwili zastanowienia nad najlepszą drogą, ruszył przed siebie, w kierunku miasta. Obejrzał się za siebie przez ramię, na białowłosego, sprawdzając, czy nadąża. Nadążał. Ale trzymał się z tyłu. Chyba celowo.
Lilian zrównał kroku.
— Możesz robić sobie kwaśne miny i udawać, że nie wiesz o czym prawię, aczkolwiek ja ślepy nie jestem — kontynuował, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Widziałem dobrze, jak beztrosko sobie tutaj rozmawialiście, a swobodnie, zanim przyszedłem i znów ukryłeś się przed całym światem za swoją maską gburowatości. Lubisz ją, nadto darzysz respektem, a to naturalne po tym, co dla ciebie zrobiła. Toteż, nie przeczę, spodziewałem się większych sentymentów.
— Nic ci do tego, bardzie — podsumował sucho Asher, zaciskając usta w wąską kreskę. Jego spojrzenie, wbrew wszystkim przypuszczeniom, że to nie mogłoby być już możliwe, nabrało jeszcze więcej wrogości.
I tyle z mojego monologu, pomyślał Lilian, walcząc z przemożną chęcią dramatycznego, umęczonego westchnienia. Kolejna nieudana próba skłonienia tego grymaśnika i męczyduszy do rozmowy. Ciężki będzie czas, och ciężki, dopóki nie zdołam go do siebie przekonać.
— Masz słuszność. Nic mi do tego — przyznał, niezadowolenia uzyskaną odpowiedzią nie ukrywając. — Chciałem po prostu porozma…
— To rozmawiaj — Asher uciął warknięciem. Do zaciśniętych ust dołączyły zaciśnięte pięści. — Rozmawiaj o pogodzie i ustrojach politycznych. Gadaj sobie nawet, jeśli musisz, o dupie marynie – mnie to gówno obchodzi. Ale wara ci, mówię to po raz drugi i więcej powtarzać nie mam zamiaru, ode mnie i tego, co łączy mnie z Rivanni.
Lilian zrozumiał. Powiedział za dużo. Powiedział stanowczo za dużo. A Rivanni ostrzegała.
— Wybacz. — Przywołany do porządku odpuścił posłusznie, zgodnie z wolą. Prośbą. Groźbą. Wystarczająco pod górkę już sobie narobił. Na siniaka pod okiem nie mógł sobie pozwolić.
Trudno, stłumił poczucie winy, to bowiem wielce mu było niewygodne. Skręcił w jedną z głównych uliczek, zrobiło się odrobinę ciszej, mniej gwarno, niemniej jednak tłocznie – im dalej od portu, tym się tłok wydawał bardziej zorganizowany. Trudno, powtórzył. Co się powiedziało, tego się nie odpowie.
— Powinniśmy załatwić ci jakiś krem. Albo maść.
Nie minęła chwila, zanim przerwał ciszę zmianą tematu. Szybką, niespodziewaną. Diametralną.
— Na słońce — sprostował od razu, dostrzegając malujący się na twarzy najemnika wyraz zakłopotania. Skrzywił się sugestywnie, zmarszczył nos, jakoby jego własny, nie ten asherowy – prosty i podłużny, cały był zaczerwieniony. — Dopiero co zeszliśmy z pokładu! W takim tempie do spotkania rady będzie z ciebie skwarka, o balu nie wspominając. Zrobię co w mojej mocy, żeby temu zapobiec.
I te cienie pod oczami, powstrzymał się od dodania na głos, sunąc po twarzy najemnika powłóczystym spojrzeniem. Musi być bardzo zmęczony. Nie dziwota, długa podróż za nami. I przed nami.
Cholera, ja też. Ja też jestem bardzo zmęczony.
— Bal? — Oczy Ashera otworzyły się szeroko. Ku zdziwieniu poety, w fijołkach w końcu zawitała jakaś emocja. Jakaś było dobrym określeniem. Niezbyt czytelna, choć raczej nic pozytywnego nie zapowiadała.
— Och — Lilian zdziwił się po mistrzowsku — nie wspominałem? Zresztą, to nic wielkiego. Kameralne przyjęcie z maskami na dworze Jaśnie Oświeconej Królowej Altei de Torrijos. I przez nią wydawane.
— Nie było mowy o żadnym balu.
— Nie było — zgodził się bez problemu — ponieważ uznałem, że będzie to dla ciebie miłe zaskoczenie, a dla mnie forma okazania wdzięczności za pomoc, jakiej zgodziłeś się mi udzielić. O której to formie oficjalnie ci teraz oznajmiam. Jako bliski przyjaciel Altei dostałem zaproszenie z możliwością przyprowadzenia ze sobą osoby towarzyszącej. Ciebie, mój prywatny eskortancie – i jednocześnie kompanie podróży, z oczywistych powodów pragnę zaprosić do przejęcia tej roli.
Lilian uśmiechnął się filuternie, puścił do Ashera oczko. Oczywiste powody były dosyć dwuznaczne.
— Chodźmy, o szczegółach chętnie opowiem ci wewnątrz czterech ścian. Znam w pobliżu przyzwoitą oberżę, podają tam całkiem smaczną zupę rybną. Zazwyczaj bywa tam dosyć tłoczno, ale znają mnie tam dobrze, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem dla nas pokoju czy dwóch. Najemy się, napijemy dobrego, apreńskiego wina i porządnie wyśpimy, na mój koszt!

7.04.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Obserwował z uwagą poczynania gwardzisty, jednym ruchem zrzucił z pleców popielatą burkę, której płaszcz wadził przy wyprowadzaniu kolejnych ciosów. Odskokiem uniknął krótkiej pół-sinistry, robiąc dwa kroki w bok, uniknął również przewidzianej finty. Ostrze przecięło powietrze tuż przy czubku nosa, musnęło kilka siwych kosmyków, niesfornie wypadających z uwiązanego koka. Oddech przyspieszył, Asher zacisnął pewniej dłoń na rękojeści miecza, kątem oka dostrzegając zbliżającą się ku niemu dwójkę strażników. Trzech na jednego. Przeklął w myślach, skontrował dextera z pchnięcia. Nie raz i nie dwa radził sobie z większą ilością przeciwników. Napierające bandziory, grupki zdurniałych flisaków, chwaty z miejskich, podrzędnych szajek, wyposażeni w tępe ostrza, rozpadające się bindasy, rdzewiejące nadziaki. Nędzny drągal równać się jednak podszkolonemu żołnierzowi nie mógł. Choć jedni i drudzy równie bywali zidiociali, choć jedni i drudzy równie bywali rozpaskudzeni, gnuśni i równie wstrętni w swej arogancji, wyuczona bólem oraz siłą ręka, rzadko kiedy zapominała o wbitych jej do mięśni ruchach.
Stal szczęknęła, pobrzęk pustych, płytowych zbroi wypełnił cały skwerek, docierając do uszu zbierających się gapiów. Rechot nadlatujących wron rozbrzmiał nad głowami walczących, stado czarnych ptaszydeł, poruszając się wyłącznie po wyznaczonym przez siebie okręgu, tworzyło cienisty, matowy wir. Zmarznięte, wygłodzone, przez lata nieustających zamieci pozbawione pożywienia w postaci nasion, owadów, świeżych owoców, ściągnięte smrodem pierwszych kropel krwi, czekały. W bezmyślnej pewności o wizji nadchodzącej uczty. Asher westchnął, uniknął kolejnego ataku, lecz nie całkowicie, czując, jak żeleźce halabardy rozcina skórzany napierśnik, zahaczając hakiem o skórę pod piersią. Gówno, pomyślał, chroniony przed bólem siłą mamiącej umysł adrenaliny. Nie dzisiaj, pierdolone ptaszyska. Nie dzisiaj.
W odpowiednim momencie, po wyminięciu wystarczającej ilości ciosów, dostrzegając w ruchach drabów pierwsze oznaki zmęczenia, zachwiania, nagłej ociężałości, pomknął w stronę wąsatego dowódcy, pionowym cięciem trafiając w odsłonięty między płytami skrawek ramienia. Mężczyzna zawył niczym kopnięte psisko, runął na plecy, siłą ataku powalony na ziemię. Najemnik nie miał wiele czasu, by rozprawić się z resztą. Choć cios był precyzyjny, choć spowolnił przeciwnika tak, jak zakładał, Asher uderzał płytko, z opanowaniem, nie chcąc pozbawiać strażników kończyn, doprowadzać do krwistej jatki. Nie potrzebowali kolejnych problemów. Jedynie chwili pozwalającej czmychnąć w objęcia velteńskich cieni, które szybko miały zaprowadzić ich dwójkę pod same drzwi podziemnej nory Ciem.
— Precel, bierz sukinkota! — Wrzask Jagody przebił się przez kakofonię trzasków i łupnięć, ginąc dopiero za pierwszymi rzędami milczącego tłumu. Czarny kłębek sierści wynurzył się zza studni, warknął gniewnie, zaciekle, ostrzegając o nadchodzącym ataku, pędem puszczając się przed siebie i zwinnym slalomem unikając kiwających się gwardzistów, odskakującego na bok Ashera, wymierzającej cios Jagody, cofającego się rudzielca. Pożółkłe zębiska błysnęły w kontraście z ciemnym włosem, ochrypłe ujadanie wsunęło gładko w tworzoną przez walczących orkiestrę. Precel odbił się z łatwością od ziemi, zalegające na skwerku błoto prysnęło na wszystkie strony, lecz kłów nie zderzając ze sztylpami, pazurów nie wbijając w dudniące hełmy, napierśniki, złapał za materiał adamaszkowego płaszcza, odrywając jego kawałek od reszty bogato zdobionego stroju. Żałosny krzyk barda rozniósł się po okolicy.
— Nie tego sukinkota! — dodała tropicielka, wywracając oczami.
Gwardzista w poobdzieranej, pasiastej przeszywanicy, czując się nader pewnie w walce z nieuzbrojonym babskiem, złapał za ramię Jagody, pewnym ruchem chcąc posłać ciało przeciwniczki w rozległą kałużę błocka. Nie dostrzegł jednak błysku wysuwanego zza pasa kordelasa, nie powstrzymał kobiety przed sięgnięciem po broń, której rękojeść, nim brzeszczot wbił się głęboko w przedramię, łupnęła o stalowy hełm jak o dzwon, tym samym całkowicie powstrzymując strażnika przed unikiem, kontrą. Tropicielka ryknęła gniewnie, resztkami sił unikając poprzecznego cięcia z dołu, wyprowadzonego przez kolejnego chwata. Nosz kurwa, nie będzie wstrętny drab pluł jej w twarz.
Asher, wykonując półobrót, tnąc powietrze mieczem, tym samym chcąc zachować swych wrogów na dystans, dostrzegł wirującego w walce rudzielca, z lekkością akrobaty wymijającego kolejne cięcia, wypady, zmylającego strażnika niepełnymi ruchami, twardą podeszwą kozaków celującego w kostki, kolana, najbardziej odkryte miejsca na cielsku przeciwnika. Nie sądził, że obcy konfrater Jagody brata, teraz bezczelnie tającego się przed kłopotami pod okapem jednej z chat, okaże się w ich potyczce jakkolwiek przydatny. Że być może, ale tylko być może, dzięki dodatkowej parze rąk, uda im się wyjść z tego cało. No, przynajmniej żadna z niego niezguła.
— Kurwa mać, toż jeno dwóch chłopa i baba — odezwał się dowódca o pokaźnym wąsie, z wolna dochodząc do siebie po precyzyjnym cięciu najemnika — zbójów trójka, spiąć rzyć i machać, machać!
A miał być święty spokój, pomyślał Asher, czując, jak pierwsze ukłucia bólu roznoszą się po wyczerpanych mięśniach, stawach, kościach. Ciął powietrze, ostrze świsnęło, wyprowadził poziomy, szeroki cios z finty i niepotrzebnie się odsłaniając, pozwolił na atak jednego z gwardzistów. Ostry syk wymsknął się spomiędzy ust najemnika. A miał przecież cały dzień przesiedzieć na dupie w szynku nieopodal, rozkoszować się rzadkim brakiem obowiązków, zadań, wlewać w siebie kolejne kwinty prześmierdłego piwska, cierpliwie wyczekując momentu kompletnej ucieczki, pozbawienia świadomości, która w chwilę oddzielała się od ciała, pozwalając mu na występki nieraz podłe, zazwyczaj bałwańskie, rzadko potrzebne czy niezbędne. A miał się przecież, językiem ulicznych warchołów posługując, napierdolić jak świnia, w odrażającym zamroczeniu móc sobie pozwolić na przespaną noc. Tę noc, nie dość, że nie prześpi, spędzi na rozmasowywaniu obolałych kończyn.
— Puszczaj, chuju!
Wzburzony pisk przebił się przez tworzone ostrzami harmonie, przedostał przez wszechobecne larum, sygnalizując o nagłym potknięciu, możliwej porażce. Asher skontrował jeden z ciosów, nie trafiając w cel, pospiesznie odepchnął przeciwnika, chcąc kupić sobie wystarczająco dużo czasu na rozeznanie się w nowej sytuacji. Nagły lęk zacisnął swe szpony na obolałych żebrach, spojrzenie Aureliona runęło w stronę reszty.
Jeden z drabów, ten sam, z którego ciętej rany na ręce leniwie lała się krew, rzucił się na tropicielkę od tyłu, zawiesił na szyi kobiety, ciągnąc jej ciało ku ziemi, przyduszając, nie pozwalając zbytnio na ruchy, wierzganie, jakąkolwiek próbę obrony. Ryży, wyraźnie obrotem spraw zaskoczony, odwrócił spojrzenie na Jagodę, tym samym pozwalając, by łysa łachudra bez hełmu wycelowała kopniakiem w jego cholewę, pozbawiła go równowagi. Asher wziął głęboki wdech, zamieszanie pozbawiło najemnika koniecznej w tej chwili uwagi. Bez zastanowienia, w przypływie nagłego gniewu, rzucił się przed siebie, gotów rozchlastać czaszkę łajdaczyny, która zdecydowała się zaatakować jego towarzyszkę.
— Jagoda! — warknął, zbliżając się do ich dwójki, brnąc przed siebie, nie zważając na resztę otoczenia i nachodzących na niego ze wszystkich stron strażników. Jebać grajka i jego rudego równiaka. Jebać strażników i obserwujący ich motłoch. Jebać ten dzień, tę przepychankę, zahamowania, czy tworzące się w umyśle Ashera pretensje rozwścieczonego Otta, dowiadującego się, iż jeden z najstarszych z jego prywatnej, podziemnej szajki, zdecydował się zarżnąć gwardzistę w samym centrum tego velteńskiego kurwidołka. Nie mógł pozwolić, by dobrali się do Jagody. Nie mógł pozwolić, by stała się jej krzywda. Nie, nie mógł.
Nie dostrzegł w czas wyłaniającego się z jego boku i napierającego zaciekle osiłka, jego nadchodzącego ciosu, ciężko sunącej w powietrzu płytowej rękawicy. Twarde żelazo kordowej głowicy przyrżnęło w czoło najemnika, przecięło skórę i wbiło omal w czaszkę, siłą uderzenia krusząc zewnętrzną powierzchnię kości. Aurelion zakołysał się na miękkich kolanach, otoczenie omiotły błyski oraz smugi kolorów, szybko przemienione w przeżerające skwer cienie. Oręż wypadł z ręki, mlasnął, lądując w kałuży błota. Za nim na ziemię runęło ociężałe cielsko Ashera, niespodziewanie odmawiające najemnikowi posłuszeństwa.
A miał być święty spokój, pomyślał, tracąc przytomność.

5.04.2022

Od Ashera do Liliana

— Na śródokręcie kobyłę, na śródokręcie!
— Biegnijże po tego szypra naszego, kruca mać, wypływać mamy!
— Wędzone witlinki, witlinki wędzone! Jeszcze świeże, jeszcze świeże!
Asher ściągnął siwe brwi, spojrzeniem przemknął po wzmożonym rozgardiaszu apreńskiego portu. Wszechobecny rejwach przyprawiał o ból głowy, a słońce, niezwykle gorące w swych promieniach, muskających policzki smugach światła, pozostawiało na spiczastym, białym nosie pierwsze ślady oparzeń.
— Hejże, ostrożnie mi tam!
Głos rudowłosej pani kapitan rozniósł się po deku. Józefina zrobiła pospieszny krok w przód, zakołysała się na relingu, żwawo łapiąc za przytwierdzony do falszburty powróz. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetach dwóch, wstawionych po ostatniej nocy kamratów.
— Dostajemy w jednym kawałku, odstawiamy w jednym kawałku. Nie za uszkodzony towar nam płacą, panowie.
Najemnik zerknął w stronę kobiety, iskierka widocznego zainteresowania błysnęła w fioletowym oku. Osoba kapitan, tak odstająca od enryńskich szarości, nieustających zim i nieznośnej monotonii, idealnie wpasowywała się w tutejszą kakofonię dźwięków, kolorów.
Na oblaną piegami twarz Józefiny wstąpił cwaniacki uśmieszek.
— I jak pierwsze wrażenia?
— Głośno. Duszno — mruknął w niezadowoleniu. — Tłoczno.
Kapitan zachichotała. Ciepło, szczerze.
— Jeśli masz nadążać za swoim nowym zleceniodawcą, lepiej szybko zacznij się przyzwyczajać. — Wyciągnęła palec w stronę jednego ze stoisk, wskazując na targującego się o kilka kawałków grillowanego dennika Liliana.
Asher westchnął z wyraźnym zrezygnowaniem, ciepły powiew wiatru wtargnął między siwe kosmyki włosów, pozwalając, by te sprawnie zasłoniły grymas najemnika. Doświadczenie miał niemałe, łaził za i pilnował niejednego pętaka, panicza czy innej niezguły, lecz zadanie, z którym miał się zmierzyć właśnie teraz, właśnie na ziemiach zupełnie mu obcych, właśnie w towarzystwie nie do końca wciąż poznanego birbanta i sybaryty, od samego początku wydawało się, nie tyle trudne, ile uciążliwe, drażniące, niezwykle wkurwiające.
I dopiero teraz zaczął dostrzegać między Jagodą a Lilianem właściwe podobieństwa. Asher nie potrafił nadążyć za jednym Willisem, jak i za drugim.
— Litości — wyburczał krótko, samemu decydując się na zejście z pokładu.
Błoto mlasnęło przy spotkaniu z twardą podeszwą oficerek, uleciało na boki, wciąż desperacko trzymając się powierzchni uświnionej, portowej kostki. Smród surowego rybska, potu i wszędobylskiego faryzeizmu drażnił co delikatniejsze nozdrza, w sposób nieznany i niepojęty nie przedostając się nigdy poza niewysoki, jasny i oddzielający port od całej reszty osiedli murek; poza wydzielony przez dwa, przestarzałe żurawie kawałek, należącego do miasta, brzegu. Panująca ciasnota i nachodzące na siebie kramy dodawały kolejnej szczypty bezładu, bardaki, w której – ku asherowemu zdziwieniu – doskonale odnajdowały się obecne na placyku tłumy, zwinnie i żwawo przeciskające się przez wąskie, niezgrabne przerwy między wystającymi belkami straganów. Kolorowe baldachimy stoisk falowały na kolejnych podmuchach wiatru.
Wiosenne słońce parzyło liczne, opalone twarze. W tym tę jego – białą, zimną, stęsknioną za delikatnymi pocałunkami gorąca.
— Miło było cię znowu zobaczyć, pięknisiu. — Rivanni wynurzyła się z cienia statku, bezmyślnie kładąc śniadą rączkę na ramieniu mężczyzny. Wiedziała, że tego nie lubił. Niezapowiedzianej bliskości. Wiedziała jednak również, że jest jedną z niewielu osób, którym Asher jest ów występek w stanie darować. — Całego i zdrowego rzecz jasna. Będę zupełnie szczera, nie sądziłam, że uda ci się tyle wytrwać na tym wypizdowie. Cholera, postawiłam w związku z tym nawet kilka zakładów, teraz mogę mieć tylko nadzieję, że Ben o wszystkim zapomniał i nie przylezie zaraz upominać się o pieniądze. Mogę mu co najwyżej postawić kwartę tutejszego piwska.
Cień uśmiechu wstąpił na lico najemnika.
— A więc? Ile mi dałaś?
Rivanni westchnęła ciężko, wzruszyła ramionami. Czarne loki podskoczyły wraz z powiewem nadbrzeżnego wiatru, bursztynowe oczka, równie złote co liczna kobiety biżuteria, błysnęły w świetle zachodniego słońca.
— Około dziewięciu miesięcy. — Asher skrzywił się nieznacznie. — No, ale popatrz, ile to już minęło? Siedem lat, osiem? Żeś ładnie się wyrobił. No, a teraz wreszcie możesz choć na chwilkę wyrwać się z tego swojego iście szarego, velteńskiego kurwidołka.
Miała rację. Niekończąca się zima Rietvy zbyt długo już mroziła zastałe wojownika mięśnie.
— Też schodzisz na ląd?
Rivanni kiwnęła głową, zrobiła dwa kroki w przód.
— Chciałabym ci przypomnieć, że mam swój własny statek i swoją własną załogę. Sprawy w Rjeven załatwiłam, zaciągać tam wszystkich moich ludzi sensu nie było. A że akurat w porcie zjawiła się również Józefina, która lada dzień miała wypływać w stronę Enrynu, grzecznie poprosiłam o pryczę pod pokładem.
— Grzecznie, co?
Rivanni zachichotała psotnie, zatrzepotała bujnymi rzęsami.
— Na kolanach.
— Dennika?
Trzeci głos, ni to wysoki, ni niski, z lekka ochrypły i jak zawżdy śpiewny, dotarł do uszu rozdyskutowanej diady, zgrabnie i lekko wtrącając się pojedynczym słówkiem w sam środek pogwarki. Zwracając na siebie całą otoczenia uwagę, Lilian wyciągnął do przodu rękę z trzymanym pakunkiem grillowanego filetu. Nim kapitan zdołała cokolwiek na propozycję barda odrzec, Aurelion posłał Lilianowi surowe spojrzenie.
— Nie — warknął półszeptem, zaciskając usta w smukłą linię.
Powagi, do kurwy nędzy, powagi.
Lilian westchnął z wyuczoną przesadą, wzruszył ramionami. Materiał adamaszkowej burki spłynął po męskich ramionach.
— Za grosz w tobie zabawy — odparł, w ostateczności rezygnując z dzielenia się swą przekąską.
— Bo to nie zabawa.
Poeta przewrócił oczami.
— Upierdliwiec i malkontent, kwękacz i grymaśnik. Rozejrzyj się, mój drogi, i rozluźnij trochę. Złość piękności szkodzi.
Nie wiedział jak długo dane będzie mu słuchać tego typu przekomarzanek, jak długo wytrzyma, wysłuchując co inszych to frazesów, banałów i odzywek. I na co mu to było? Na co te kilka monet, które prędzej czy później zarobiłby z kolejnego, wspólnego zlecenia Ciem, które Otto ostatecznie i mu wręczyłby do dłoni? Na dodatkowy kufel piwa, na scerowanie obdartych bryczesów, nowy szamerunek na przestarzałej kamizelce? Co za gówno.
— W porządku — Rivanni złapała za krawędzie czarnego kapelusza, poprawiła przekrzywione rondo. — Miło było was zobaczyć, miło było poznać. Bawcie się dobrze, chłopcy. Tylko nie za dobrze.
Asher wziął głęboki wdech, dostrzegając kolejny z lilianowych, kokieteryjnych uśmiechów. Niewygodne były mu długie, słoneczne, apreńskie dni.

30.03.2022

Od Kyryla do Striełki

początek sierpnia 1280
Literatura lubowała się w idyllicznych opisach wsi, która jak zamknięta w kiczowatych poniekąd obrazkach czterech pór roku, żyła swoim cyklem, niezmącona problemami zewnętrznego świata. Wotrilscy chłopi uganiali się w niej z pracą, może i zmęczeni ale zadowoleni z obolałych mięśni i kręgosłupa, oderwani od poważnych dyskusji na tematy, których nie mogli przecież ogarnąć swoim rozumem. A wszystko to przeplatało się z dziwacznym przeświadczeniem o niezwykłości rzeczy powszednich i pochwałą prostego życia, które jednak dziwnym trafem pozbawione było pyłu ziemi i duszącego gorąca żniw. Gdyby Kyrylo potrafił czytać, pewnie znalazłby nawet więcej punktów spornych z tą wizją, która choć mówiła o sprawach mu bliskich, zawsze robiła to z bezpiecznej odległości wygodnej kanapy w miejskim salonie. W opowieściach tych obok licznych uproszczeń i pominiętych wątków nie było zdecydowanie miejsca na swoistą mieszankę chaosu i porządku, jaką niewątpliwie było pospolite ruszenie budowlane.
— Kto to ciął?! — Donośny męski głos rozniósł się po żebrach stodoły, skupiając uwagę pracujących na osobie Yury, który w jednej chwili doglądał układania nowych łat, a w kolejnej energicznie gestykulując, nakazywał przerwanie roboty i biegł na drugą stronę zawalonego liśćmi, mniejszymi nieuprzątniętymi jeszcze gałęźmi i przypadkowymi klamotami boiska. — Jarema, ty jełopie!
— Co? Belka jak belka — odrzucił stary cieśla, nie dając sobie wejść w słowo. — Zresztą sam chciałeś ratować, co się dało.
— Ratować! Jak ty do jasnej cholery chcesz butwiejące deski ratować! A idźże z taką robotą, ja za rok nowego dachu kłaść nie będę.
Mirko, trzymający przeciwny koniec łaty, o którą toczyła się dyskusja, raz jeszcze rzucił na nią wzrokiem i wzruszył ramionami. Kyrylo wolał się nie angażować, przekonany doświadczeniem ostatnich dni wypełnionych utarczkami słownymi i niewybrednymi inwektywami rzucanymi na prawo i lewo. Wobec natłoku pracy — zafundowanej im przez spróchniałą lipę i jej potężne konary powalone wprost na dach folwarcznej obory — nastrój w Nahrownem meandrował między pozornie nieszkodliwym podirytowaniem a wybuchowym gniewem. Jeśli zestawić to z wydarzeniami ostatnich kilku tygodni, na raz stawało się jasne, że dolewanie oliwy do ognia nie leżało w niczyim interesie. Wichura odciągnęła część uwagi od szerzących się po okolicy jak zaraza plotek, które niesione siłą karczemnej paplaniny zdawały się powoli docierać do uszu dziedzica. Łatwiej było wierzyć w chorobę zboża, napad zbójników, nawet gadzie pomioty i mary leśne, gdy spichlerze w środku żniw świeciły pustkami. Ukrycie prawdziwych przyczyn zamieszania zdołało wyrwać się spod kontroli głównych zainteresowanych i najlepszym wyjściem z tej niezbyt komfortowej sytuacji było być może pełne wykorzystanie chaosu, który powoli oganiał cały hrabiowski majątek.
— Ściągać to. — Yura nieprzekonany najwyraźniej do poziomu sztuki budowlanej kogokolwiek poza sobą powrócił do nadzorczej roli ku niezadowoleniu większej części robotników. Nie było tajemnicą, że we wsi znalazł się zawsze ktoś ogarnięty potrzebą działania porządnie i niechowania problemów gdzieś w potencjalnej przyszłości. Mniej jasne było, czy lepiej gdy ta osoba decydowała o kształcie roboty. — Z wami wszystkimi to jak z małymi dziećmi.
— W tym tempie to my tego i za miesiąc nie skończymy — stwierdził Mirko, przesuwając się ku okapowi. — Albo będzie ojciec budował sam.
— Ty już nie cwaniacz, bo jak się ci pan hrabia do skóry dobierze…
— Chciałbym zobaczyć, jak jaśniepan sam tańcuje po dachu — Deska uderzyła z hukiem o ziemię, a najmłodszy z synów Yury balansując na połaci, wykonał ruch, który miał chyba stanowić figurę kuranta, ale przypominał raczej rozpijaczony chód błazna. Kyrylo parsknął śmiechem. — To byłby dopiero widok.
Yura machnął w końcu ręką, ukrywając jednocześnie rozbawienie, i wrócił do środka, znajdując inny pilny problem, wymagający jego uwagi. Od czasu ucieczki z Bystrycy Kyrylo oduczył się myślenia, że kiedykolwiek powróci do normalności, że w ogóle istniała droga, która zaprowadziłaby go na nowo do domu. Jakkolwiek bolałoby przyznanie tego choćby w ciszy własnych myśli, nie miał tam już miejsca, przyszłości nie było tam dla niego natomiast i wcześniej. Nahrowne obudziło w nim jednak stare sentymenty i niespodziewanie stało się fascynujące w swoich pozornych podobieństwach i powierzchownych różnicach. Ludzie, choć innych charakterów i przywar, dzielili zbliżoną mentalność i podobne trudy. Bywali więc w znany mu sposób uciążliwi, a zarazem niezastąpieni w potrzebie. Nawet fircyk Kuroczkin, choć zdawał się człowiekiem z zupełnie innego bieguna niż surowy Gostojmski, okazywał się charakteryzować tymi samymi szlacheckimi przypadłościami, które budziły w chłopie z Zahorwic już nie poczucie bezsilności a buzującą w krwi złość. Pobyt w majątku rozerwany był więc między milczenie przy robocie bliżej dwora, a nieraz szydercze chłopskie uwagi.
Południowe słońce sięgnęło wewnętrznych bielonych wapnem ścian, rozżarzając stodołę od środka i dając się we znaki nawet tym, którzy chowali się do tej pory w cieniu. Pot napływał do oczu, bardziej drażniąc niż przeszkadzając, co jednak spowolniło dalsze zmagania z więźbą dachu. Senność smaganych delikatnym wiatrem zbóż i szumiących brzóz powoli rozlewała się po okolicy, zniechęcając dodatkowo do dalszego wysiłku i zmieniając pracę w walkę już nie z drewnem a samym sobą. W sekwencję mechanicznych niemal ruchów wkradała się opieszałość, nieskutkująca jednak większą dokładnością, a raczej przeciwnie ryzykownym bałaganiarstwem. Obecność przybysza nie cieszyła się więc uwagą pracujących, którzy zignorowali go w pierwszej chwili czy to przezornie zauważając, że z mieszania się w pańskie sprawy nie przyjdzie im nic dobrego, czy też z czystego niechcenia.
— Widziałeś go tu wcześniej? — zapytał po jakimś czasie Mirko, ale gdy nie otrzymał odpowiedzi poza przeczącym kiwnięciem głową, wrócił do odmierzania odległości nowej łaty. — Wreszcie!
Kyrylo podejrzewał, że uwaga ta nie miała nic wspólnego z nieznajomym i szybko przekonał się, że miał rację. Jego przyjaciel skoczył na raz ku drabinie i bardziej zjeżdżając po niej niż schodząc, rzucił się biegiem w stronę idącej od polnej drogi siostry. Zorya odskoczyła, opierając ciężar dwojaków na biodrze i dając sobie czas na odłożenie koromysła i dwóch zawieszonych nań wiader.
— Gdzie ojciec?
— Za stodołą. — Brat odebrał od niej naczynie i nie czekając dłużej, dobrał się do jego zawartości. — Znowu szczawiowa? Jeszcze trochę i cały będę ze szczawiu.
— Następnym razem ja powygłupiam się na dachu, a ty będziesz sterczeć nad paleniskiem.
Obiad przerywany mieszanką złośliwości był swoistą tradycją, której nie tyle nie wypadało, ile nie należało przerywać. Zamiast tego bystryczanin przemył chłodną wciąż wodą twarz, ścierając z niej zmieszany z pyłem pot.
— A ten się zgubił czy co? — Zorya poprawiła spódnicę i skupiła uwagę na kręcącym się między starym spichlerzem a stodołą mężczyźnie. — Na ekonoma raczej nie wygląda.
— Jeno licho wie, ale pewnie jest ze dwora — odparł Kyrylo, po raz pierwszy nawiązując kontakt wzrokowy z, jak się wydawało, nowym gościem hrabiego.

24.03.2022

Od Liliana CD. Jagody (do Ashera)

— Inaczej zapamiętałem tę okolicę.
— A czego żeś się spodziewał, że wszystko będzie takie samiuśko, jakieś tu dziesięć lat temu zostawił?
— Nie o to chodzi, Julian. Rozejrzyj się — mruknął Lilian, oglądając się za siebie.
Pusta droga za nimi i pusta przed nimi, jeno śnieg, dużo śniegu i grube sople lodu – jedyne, którym ten mróz był sojusznikiem – zwisające z okiennic, kilka bezpańskich psów łypiących uważnym spojrzeniem na dwójkę nieznajomych. Miną raz na jakiś czas płot lub dwa, za którym co wytrwalsze w monotonii dzieciaki wtykają marchewkę w nos bałwana, jeden drugiego przekrzykując. Przejdzie ktoś czasem przelotem, a może przemknie raczej, ze wzrokiem spuszczonym i głową ukrytą pod płaszcza kapturem, głową zasypaną lawiną własnej codzienności, po czym znika zaraz. Widmo człowieka, wspomnienie.
Nie podobało się mu to, co widział. Nie podobała mu się ta zima.
— Tutaj brakuje życia — kontynuował przemyślenia na głos. W tym głosie niepokoju trochę, trochę niezadowolenia. Lilian lubi, kiedy jest pełno życia. I lubi, kiedy jest tłoczno. Zwłaszcza wokół jego osoby. — Nie ma do kogo podejść, zapytać, zagadać. Ludzie przestali wychodzić na ulicę, do innych ludzi.
— No i słuszność mają. Pizga, że aż w zębach dzwoni, a spotkać można się też w karczmie i to z równie żywym skutkiem — rudowłosy towarzysz zwany Julianem podsumował treściwie. — Zresztą, ja to się im nie dziwuję. Mnie po całym tygodniu roboty w tej pizgawicy to też nie chciałoby się tego białego gówna więcej oglądać. Nie każdy żyje z dostarczania ludziom rozrywki, coby pozwolić sobie na pracę w godnych warunkach, imaginuj sobie.
— Imaginuję. Jeno racz oświecić do czego zmierzasz, bo chyba nie rozumiem — skontrował, niespecjalnie biorąc sobie personalny przytyk do serca. Ujął w dłonie przewieszoną przez tułów lutnię na skórzanym, zdobionym paseczku, szarpnął palcami o struny i zaraz zmarszczył brwi w reakcji na nieczysty dźwięk, który wydała. — Przecież my obydwoje właśnie z tego żyjemy.
— Ano, właśnie. Między innymi — Odpowiedź była ani to przecząca, ani twierdząca zanadto. Bard, znający swojego przyjaciela po fachu i nie tylko po fachu wystarczająco dobrze, o doprecyzowanie prosić nie musiał. — Dlatego im te tyłki odmarzają z przymusu, a my mamy luksus pozwolić sobie na to z własnej, nieprzymuszonej woli. Przywilej artysty, kurwa jego mać. Pomyśleć, że mógłbym go wykorzystać na coś znacznie przyjemniejszego, tfu.
— Nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby to nie było ważne.
— Ach tak tak, sprawy rodzinne wagi najwyższej o stopniu wtajemniczenia tylko dla obeznanych, prawiem zapomniał! Uniżenie błagam o wybaczenie i dziękuję za uczynienie mnie szczęśliwym wybrańcem.
Ironią zaśmierdziało w chłodnym powietrzu, i w śniegu, i dałby sobie Lilian głowę uciąć, że w przeklętych soplach lodu też. Nawet w spojrzeniu jeżącego się na nich z ukrycia kocura.
— Tuż za rogiem karczma, o której wspominała Oczko, tam napijesz się piwa. Czy to będzie wystarczająco przyjemne, żebyś przestał marudzić? — Nie pozwolił się sprowokować. Julian często prowokował – nic nowego, dzień jak codzień. A jemu zazwyczaj to nie przeszkadzało.
Ale tym razem zwykłym zazwyczaj nie było. Sprawa naprawdę była ważna i nie pozwalała Lilianowi skupić się na niczym innym poza jej wykonaniem.
Sprawą była Jagoda. Konkretnie, odnalezienie jej. Po niespełna dziesięciu latach rozłąki.
— Miarkuj, bo wzruszę się zaraz. Kto to widział, tak dobrze mnie znać!
Bard parsknął pod nosem, wywrócił oczami, stosownie do prośby przemilczał. Zajął się przekręcaniem stroików w instrumencie.
Tuż za rogiem ciężkim barytonem zaszczekał pies, zaraz po nim znacznie cichszy, męski głos. Świst wysuwanej z pochwy klingi nie zdołał dwójki przyjaciół ostrzec przed potencjalnie czyhającym za rogiem niebezpieczeństwem, w punkt zagłuszony kolejnym szarpnięciem w struny.
— Kurrrw… — Julian gwałtownie zatrzymał się wpół kroku, odruchowym szarpnięciem za kołnierz powstrzymał od dalszej wędrówki także Liliana, bo ten, chwilowo nazbyt zaangażowany w strojenie lutni, żeby baczyć, co się wokół niego wyprawia, bez pomocy byłby wyhamować nie zdążył. I tyle byłoby z jego ważnej sprawy.
Szarpnięcie, w tej całej swojej odruchowości niekoniecznie delikatne, zmusiło nieprzygotowanego szarpanego do postawienia dwóch, chwiejnych kroków do tyłu celem utrzymania równowagi – szczęśliwie z powodzeniem, bo w tym niedelikatnie szarpiący już nie do końca skory był pomóc, czort go wiedział z jakich powodów.
— Uważaj jak leziesz, rzępoło przeklęty, boś nie jest już dłużej piesek królowej, co to wokół niego tuzin rycerzyków w zbrojach lata, a żeby cię tylko przypadkiem z tego twojego poetyckiego wniebowstąpienia nie wyrwać! — warknął z wyrzutem, który całkiem podstawnie zabrzmiał Lilianowi jako jeden tych wspomnianych, czarcich powodów. — Skapnąłbyś się dopiero, że cię na czubek miecza nadziali, jakby ci się w oczach mroczyć zaczęło, cholero!
Zbesztany z góry na dół, z lekka zszokowany nagłą wizją śmierci tak niechlubnej, że niegodnej nawet najnudniejszej ballady na świecie, Lilian znieruchomiał, wybałuszył wyrwane z rzekomego świata poetyckich wniebowstąpień oczy. Srebro wymierzanej w jego kierunku klingi odbiło się ostrzegawczo w oczu tych błękicie, prędko sprowadzając na ziemię.
A on jak stanął na dwóch nogach, tak stał. I się gapił.
— Cóż to, teraz kulasy posłuszeństwa odmówiły? Idziemy, wartko. Do tej twojej karczmy, co podobno niedaleko — ponaglił Julian, dziarsko klepiąc poetę po plecach. Widać, odwidziało mu się gniewać tak szybko, jak uwidziało. — A jak się tak koniecznie nadziwować potrzebujesz, to chociaż drogi nie wadź. Wybaczcie, mości eee… wojowniku, kolega coś dzisiaj nie-
— Zamorduję, zatłukę! Łeb ukręcę, wyrwę gołymi rękoma, ścierwo psom rzucę na pożarcie!
— Spokojnie panienko… ooo kurwa! — Lilian stał plecami do Juliana, nie widział go. Nie musiał wcale widzieć, żeby być pewnym, że on właśnie w tamtej chwili zrozumiał. Zrozumiał, choć musiał najpierw zobaczyć i nie jest mu już dłużej do śmiechu.
— Jagoda, siostrzy-
— Już ja ci dam siostrowania! — przerwała w połowie słowa, zmierzając w jego kierunku. Zacisnęła pięść na białym futrze, nie szczędząc siły przyciągnęła do siebie. Drugą pięść, tę trzęsącą się we wściekłości i rozgorączkowaniu, zawiesiła w powietrzu, gotowa do mordobicia. — Ty sukinkocie, psi synu, łachudro sprzedajna ty! A pożałujesz rychło, żeś miał czelność tą swoją gogusiowatą mordę tutaj pokazywać!
— Ejże!
— Poszedł won, bo zara i tobie się za tą panienkę w zęby dostanie!
— Ilya, odpuść — dodał ostrożnie Lilian, w pełni świadom powagi słów Jagody.
Ani po groźbie, ani po prośbie. Ilya nie odpuścił, próbując zapobiec bratobójstwu wdarł się pomiędzy rodzeństwo. Zgodnie z zapowiedzią, prędko za to zapłacił. Najpierw rzuciło się na niego coś czarnego, ciężkiego i kudłatego. Zachwiał się niebezpiecznie, ale w utrzymywaniu balansu doświadczony, zwinnie równowagę odzyskał. Ledwo co zdążył zakląć głośno i siarczyście, a już stracił ją ponownie pod wpływem obiecanego ciosu w twarz. Kości chrupnęły, polała się pierwsza krew.
— Ty mała… — dokończył niewyraźnie albo i może nie dokończył w ogóle, złapał się za nos, niedbale przetarł rękawem płaszcza krew strużką cieknącą na usta.
— Ani się waż do niej zbliżać, Julian.
— Patrzcie go. Pierdolony obrońca się znalazł, od siedmiu boleści!
— Co to za burda?! Rozejść się, zanim wszystkich po kolei za kraty powsadzam!
Obcy głos. Świst kolejnej klingi wysuwanej z pochwy, może dwóch. Strażnicy, pomyślał Lilian. Mamy przejebane.
— Bez obaw, panowie. Nie ma potrzeby interweniować, sytuacja opanowana — zełgał z przekonaniem, którego w rzeczywistości sam nie podzielał.
— Jużci widzę, jaka opanowana, tfu! — sarknął mężczyzna na przedzie – zdawało się, że dowódca patrolu – gapiąc się wymownie to na zakrwawioną facjatę Juliana, to na stojącą najbliżej niego Jagodę. — Bierzemy ich, chłopaki. Rudego i dziewkę.
Pierwszemu, który odważył się wykonać polecenie, przeszkodził towarzysz Jagody. Ostrzegawczo zawiesił klingę miecza w powietrzu, skutecznie odcinając drogę, spod ukosa łypiąc na strażnika ostrzegawczym spojrzeniem.
Lilian dobrze znał to spojrzenie. Ani się waż do niej zbliżać, mówiło.
— Z drogi, bo zatłukę.
Białowłosy ani drgnął. Tym samym pierwszy atak, który płynnie odparł i zaraz skontrował, ściągnął na siebie samego. Jagoda i Julian, jakoby nagle wszelkie wrogości względem siebie w niewypowiedzianym porozumieniu porzucili, solidarnym gestem jak jeden mąż pięściami na pozostałych strażników, tych broni pozbawionych.
Zza rogu wybiegło kolejnych trzech strażników. Razem ośmiu do czterech. Do trzech właściwie, bo jedyny z całej gromadki bard ani myślał do bijatyki stawiać, w zamieszaniu oddaliwszy się na całkiem bezpieczną już odległość, gdzie połamany nos, ręka czy lutnia, nie groziły mu z każdej strony.
Przyciągnięci hałasem gapiowie wyszli przed karczmę i domy, dzieci wołane przez oburzone matki pouciekały, psy szczekały, miecze odbijały się metalicznym szczękiem, przekleństwa padały jedno po drugim. Zrobiło się żywo, i głośno, i tłoczno.
Och, ironio, pomyślał Lilian. Dokładnie tak, jak zapamiętałem tę okolicę.

17.03.2022

There must be darkness to see the stars

Stare opowieści dudniły w uszach, odbijając się od rozpędzonych myśli ochrypłym głosem bajarza, donośnym śmiechem gawiedzi, szeleszczącym półszeptem kołysanek. A obok nich głuchło wszystko inne — szarpany oddech i nierówne bicie serca, niesione pamięcią chłopskie krzyki i rżenie pańskiego konia. Mądrości ludowe mieszały się z przydługimi żartami, a te z kolei wplątywały się między historie o dziwach tego świata, mącąc i tak nieostry obraz ostatnich godzin. Wśród leśnego półmroku, w którym nawet światła ogników niknęły na dobre, obrastała trawą ścieżka ku górze, ku skałom. Zgubił za sobą strzechy wsi, pozostawił obsiane jarym żytem pola i zupełnie jakby oglądnięcie się za siebie miało stać się złym omenem, parł do przodu, aż nie będzie już wiedział, dokąd zmierza, aż urwie się stara ścieżka i znikną wszelkie drogowskazy.
Szarość i biel wapieni wyznaczała granicę domu, za którą leżała tylko ciemność lasu, chłód mokradeł i głód przedwczesnego przednówka. Ominął rysujące się niewyraźnie wśród kamieni i drobnych roślin kurhany. Kiedyś, nie mając pamięci gorączki, która ogarnęła wieś lata wcześniej, przychodzili tam śmiałkowie, by udowodnić, że chłopskie gadanie nie miało w sobie krzty prawdy. Skały nie miały głosu, kamienie nie śmiały się i nie wiodły na manowce, a zmarli nie powstawali z grobów. W tamtym momencie wspomnienia letnich wyzwań nie zdołały się jednak wydobyć ponad kłujące uczucie, że z kolejnym krokiem grzebie swoje dotychczasowe życie. Nie dla niego opłacana pracą ponad siły ojcowizna ani widok znajomych twarzy i poczucie jakkolwiek niedoskonałej wspólnoty. Po raz pierwszy od ucieczki ze wsi poczuł, jak rodzi się w nim niepokój, jak wzbiera w nim żal, przedsionek do nadchodzącej tęsknoty. I jak zmęczenie powoli ogarnia mięśnie.
Pozbawiony był planu, a myśli grzęzły uwięzione w gniewie, trzymane beznadzieją i obezwładniającym uczuciem niemocy, tak sprzecznym z silą, która zdawała się rozrywać go od środka. Walczył sam ze sobą, z pragnieniem powrotu i wiedzą, czego się dopuścił, a jednocześnie zakorzenionym głęboko przekonaniem, że racja stała po jego stronie. Napatrzył się wystarczająco dużo — na pracę matki, której dłoni słuchały włókna osnowy i wątku, na kowalską robotę dziadka, w której żar działał wespół z tą trudną do zrozumienia siłą, na własne nieudolne próby wydobycia umiejętności. Kij zaciążył w uniesionej ręce ekonoma, zesztywniał materiał jego koszuli. Hegga nie pierwszy i nie ostatni raz wyrwała mu się spod kruchej kontroli. Ktoś uczony powiedział kiedyś, że przemoc rodzi przemoc. Nie wyjaśnił jednak, czemu za jedną przysługuje kara, a inną nazywa się prawem. W tamtej chwili, zagubiony wśród błędnych skał, był zupełnie pewny, że nie obchodzą go już pańskie mądrości.
Równinny krajobraz nizin na dobre zastąpił skaliste pagórki pogórza. Trzecia wiosna na obcej ziemi przyniosła deszcz, który wespół z powoli ogrzewającą się glebą zamienił liche, nieutwardzone drogi w rzeki błota. Drewniane koła furmanek grzęzły w rowach, konie biły kopytami w grunt rozpryskując wodę i ziemię we wszystkie strony, a kolejne przystanki zdawały się rozciągać podróż do portu w Velynsku w nieskończoność. Farhat tracił powoli cierpliwość, choć ukrywał to pod mniej lub bardziej udanymi żartami, które po kilku dniach były już bardziej nużące niż zabawne. Nie miał jednak zamiaru się dołączyć. Od czasu opuszczenia kopalni nie chwalił się zbytnio pochodzeniem, uparcie odpowiadając milczeniem na wszelkie niepotrzebne pytania. W górniczych osadach nikogo nie obchodziło, skąd, dokąd i dlaczego, tak długo jak mógł się pochwalić sprawnymi rękoma i chęcią pracy choćby pod przymusem głodu. W rozrzuconych po stepie miasteczkach stawał się obcym włóczęgą, o dziwnym ubiorze i śmiesznym języku.
— Nie żebym chciał się pozbyć jedynego towarzysza podróży, ale czego chłop z Zahorwic szuka w Velynsku?
Safyn długo nie mógł doczekać się odpowiedzi. Kyrylo spojrzał tylko na mężczyznę przez kłęby szarego dymu, które wydobyły się z mokrego drewna, i przystąpił do rozsznurowywania butów. Krople deszczu zawisły w powietrzu. Wilgoć zdawała się przedzierać przez skórę, na raz oblepiać dziwnym uczuciem ciepła i mrozić odrętwiałe kończyny. Nie spodziewał się łatwej podróży. Wotril mógł czasem wydawać się bezludnym pustkowiem, ale nawet na wytyczonych w linii prostej traktach można było natrafić na kłopoty. Po raz pierwszy od trzech lat miał jednak za sobą poczucie celu, jakkolwiek złudnego i odległego, i zaprzepaszczając po drodze drugą szansę na ułożenie sobie życia, łudził się, że to wystarczy, że ruszając na oślep do kraju pozbawionego wiosny ma ze sobą słowo Ody. Gdzieś czaiło się jednak przeświadczenie, że jej zapewnienia mniej są warte, niż pieczęć i wolumin, zagrzebane na dnie tobołka. Ich przechowanie zostało zatem jako karta przetargowa działaniem w pełni uprawnionym, jeśli nie według oficjalnych reguł, to przynajmniej w jego naginającym je rozumieniu. Nie był przy tym do końca przekonany, jaki interes miała w swojej eskapadzie do Księstwa i nie próbował wnikać. Co stało za deklarowaną z jej strony pomocą w ujarzmieniu wciąż wyrywającej się spod kontroli magii, nie miał nawet chęci pytać, przynajmniej nie od razu. Kurczowo trzymał się za to kierunku podróży — słowa za którym stały tylko mgliste wyobrażenia — w swoim uporze ignorując wszelkie niedogodności i budzący się w nim powoli strach. W Wotrilu i tak nie mógł dłużej pozostać.
— Bez góry do Enrynu nie pódę.
Wątłe promienie słońca sączyły się do izdebki, pokonując oszronione szyby i gęstą szarość zimowego poranka. Siedział oparty o ścianę, porządkując naprędce prowizoryczne posłanie i w codziennym rytuale, powtarzając słowa. Wyrwane z rozmów, podchwycone przypadkiem i przy nieporozumieniu. Otoczony obcym językiem powoli pozwalał sobie zanurzyć się głębiej, milczeć nie z niedostatku umiejętności a własnego wyboru. Wzrokiem wodził po upchniętych w przypadkowych miejscach szpargałach, usiłując przypomnieć sobie ich nazwy. Czekając, aż światło sięgnie ku drewnianej framudze drzwi.
Minął miesiąc, ale gdyby nie słowa Wikkego nawet nie zdawałby sobie z tego sprawy. Gubił dni w gorącu kuźni, pozornym chaosie portu, hałasie rozmów. I w oślepiającej bieli śniegu, który zdawał się odgrodzić przestrzeń od czasu, zamknąć wydarzenia w niezmiennej rzeczywistości. Liczył godziny, ale po raz pierwszy od dawna doby upływały gdzieś obok, nie wyrywając go z rutyny, nie zatrzymując toczącego się wciąż w miejscu koła. Skłamałby, gdyby nie przyznał, że znalazł w sobie sympatię do rjevernskiego harmidru, i minąłby się z prawdą, nie dostrzegając, że nie mógł zagrzać tam miejsca, przynajmniej do czasu.
Ukryte pod pozornym spokojem myśli pędziły od pogrzebanej w nigdy nieusypanym grobie przeszłości ku niepewnemu jutru. Frustracja i wypominana mu na każdym kroku niecierpliwość dawały o sobie znać, przebudzone nagłym impulsem, i gdyby nie rozsądek, już dawno porwałby się do kończenia, co zaczął. Już dawno przestałby uciekać przed cudzymi grzechami splecionymi z własnymi wyborami i gonić za odebraną przyszłością.
27 XI 1258, Bystryca, Pogórze Zahorwickie, Księstwo Wotrilskie
od przeszło trzech lat zbieg chłopski rjuske Tanyl
pomoc w kuźni i przy rozładunku w Rjevern cztery miesiące
Posługuje się łamanym enryńskim w stopniu wystarczającym do codziennej komunikacji i mową zahorwicką, którą dobrze obeznani z językami Księstwa mogą bez trudu powiązać z północno-zachodnią częścią kraju. Nieuznawana formalnie za odrębny język i w zasadzie nieznana poza obszarem pogórza, stanowi formę przejściową między wotrilskim a tirielskim, przez co bywa trudna do zrozumienia szczególnie dla znających jedynie ten pierwszy. Od czasu znalezienia się na obczyźnie bywa przez to też nazywany raz Wotrilczykiem, a raz Tirielczykiem i jak dotąd nie robi nic, by wyprostować tę pomyłkę. Jest przy tym analfabetą, a próby samodzielnej nauki zatrzymały się na razie na składaniu pojedynczych liter ze sobą.
Nigdy nie nauczył się posługiwać heggą. Chłopskie podejście do magii charakteryzował zarówno strach przed obcym, jak i dogłębny pragmatyzm. Nie było w takiej rzeczywistości miejsca na uczone rozważania ani poświęcenie się nauce. Ci którym udawało się odkryć w sobie talent albo sami znajdowali dla niego ujście, albo grzebali go w sobie na tyle głęboko, by nie dać mu nigdy powodu do wyjścia na światło dzienne. Kyrylo poległ na obu tych polach.
Większość życia spędził na pracy w polu i przy wypasie owiec zarówno w niewielkim rodzinnym gospodarstwie jak i w ramach przynależnej Gostomskim — właścicielom Bystrycy — pańszczyzny. Nawet po ucieczce wciąż odczuwa silną niechęć do szlachty i trzyma się zdania, że z mieszania się w wielkopańskie sprawy nigdy jeszcze żadnego pożytku dla prostych ludzi nie było.
Nie ma wiele dobytku — z domu nie zdołał zabrać nic poza ubraniem, a większość środków, które wypracował już w trakcie podróży przeznaczał na bieżące potrzeby i dotarcie do następnego celu. W Rjevern znalazł lokum w zamian za pracę w kuźni w dzielnicy portowej. Łapie się też roboty przy przeładunku, gdy akurat brakuje rąk do pracy (co w tym zakątku jest stanem niemalże permanentnym). Plany kontynuowania wędrówki na północ pozostawił do czasu odłożenia wystarczająco dużo, by starczyło przynajmniej do Astenhorp.
kontrola nad magią
siła magiczna
charyzma
mądrość
kondycja
zwinność
szybkość
siła fizyczna
7
7
6
6
4
1
8
1
Yanna
matka rjuske Tanyl gospodyni, tkaczka, artystka ludowa opowieści zaklęte w niciach, mądrości ludowe wbite do głowy
Zynovyj
ojciec rjuske Druski chłop, pasterz, straszna gaduła człowiek, który znajdzie sobie robotę nawet tam gdzie jej nie ma
Oda von Zwenberg
szlachcianka uczona, badaczka heggi rjuske Artyn niektórych nie zatrzymają ani ciąg niepowodzeń, ani nawet zdrowy rozsądek
Farhat Safyn
przyjaciel, towarzysz podróży człowiek osoba wielu talentów i wielu profesji pokaźny zasób anegdot i opowieści ze znanego świata
Wikke
kowal, pracodawca człowiek
dodatkowo
statystyki
powiązania