17.04.2022

Od Liliana CD. Ashera

— Przyjemność po mojej stronie. — Lilian ukłonił się filuternie, bez wymuszonej sztuczności, która ceniona i pożądana zdawała się być jedynie na dworach, wśród arystokracji. — Ręczę słowem, że zostawiasz swojego przyjaciela w dobrych rękach, a jeśli pewnego dnia przyjdzie się nam jeszcze spotkać, chętnie opowiem ci o tym pobycie osobiście i ze wszystkimi szczegółami. Żegnaj, Rivanni. Niechaj wiatr ci sprzyja!
— Rivanni — dodał Asher, ograniczając się do pożegnalnego skinienia głową.
Kapitan odpowiedziała tym samym. Proste skinienie, najprostsze z możliwych, oszczędne i niepotrzebnej gestykulacji pozbawione – niby takie samo jak poprzednie, w wykonaniu Rivanni wydawało się jednak o stokroć swobodniejsze, żywsze. Przyjemniejsze w odbiorze.
Odeszła, śpiesząc do własnych spraw i własnej załogi. Odprowadzili ją wzrokiem. Sylwetka piratki, chociaż w barwności swojej do przeoczenia niełatwa, prędko zaczęła tonąć w napływającym z każdej strony, apreńskim rozgardiaszu. Aż w końcu zatonęła na dobre. Pośród wykonujących swoją robotę rybaków, marynarzy i chłopców na posyłki, przekrzykujących jeden drugiego handlarzy, pośród żon z dziećmi na rękach radośnie wpadających mężom i ojcom w ramiona po długich miesiącach rozłąki oraz rozproszonych po porcie nowoprzybyłych, pytających o drogę kogo i jak popadnie.
— Żadnego “miło było”, “uważaj na siebie” ani “do zobaczenia”? Doprawdy, aleś ty wylewny — zauważył Lilian, ukradkiem zerkając na białowłosego, który miał mu być towarzyszem i eskortantem przez najbliższe kilka tygodni. Uniósł brwi, zaskoczenia malującego się w ciemnoniebieskiej tęczówce nie kryjąc i zamiaru nie mając.
Lilian wiedział, że Asher i Rivanni poznali się bardzo dawno temu w specyficznych dosyć okolicznościach i że to było ich pierwsze spotkanie od tamtego czasu. Wiedział, że bardzo dawno temu kapitan pomogła dezerterowi uciec ze Sceiv Astua do Enrynu statkiem przemycającym emigrantów rjuske. Lilian wiedział więcej, niż wspomniany dezerter prawdopodobnie życzyłby sobie, żeby wiedział. Część tej wiedzy zdobył samodzielnie, z obserwacji. Czasem zupełnie przypadkowo, w towarzystwie i przy odpowiednim trunku, kiedy mniej baczy się na słowa i mówi się więcej, czasem – kiedy trzeba było uważniej nadstawić ucha, szarpnąć w struny znacznie delikatniej, żeby być w stanie lepiej dosłyszeć – niekoniecznie. Pozostałą częścią podzieliła się z nim sama Rivanni. Chętnie. Wystarczyło tylko zapytać. W tajemnicy.
— Jaki ty masz problem, co? — Najemnik, o dobre kilka cali od barda wyższy, z wolna skierował twarz w jego stronę, zmierzył wrogo spod ukosa. W tych oczach o niecodziennym kolorze fijołków, oczach intrygujących i tajemniczych, nie sposób było dostrzec czegokolwiek, co jawić mogłoby się jako cień sympatii. Miały wyraz surowy i chłodny, jakoby po tylu latach spędzonych w mroźnej Rietvie zapomniały, jak to jest jeszcze dzielić się ciepłem z kimkolwiek.
— Problem, nie-problem. Mówię, jak widzę, a widzę, że jesteś mało wylewny. Ot, cała filozofia — odparł niefrasobliwie, wzruszył ramionami. Rozglądając się dookoła celem dokonania rozeznania w okolicy, na czuja włożył pozostałe, starannie zapakowane kawałki grillowanej ryby do skórzanej torby przewieszonej na misternie zdobionym paseczku. Po niedługiej chwili zastanowienia nad najlepszą drogą, ruszył przed siebie, w kierunku miasta. Obejrzał się za siebie przez ramię, na białowłosego, sprawdzając, czy nadąża. Nadążał. Ale trzymał się z tyłu. Chyba celowo.
Lilian zrównał kroku.
— Możesz robić sobie kwaśne miny i udawać, że nie wiesz o czym prawię, aczkolwiek ja ślepy nie jestem — kontynuował, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Widziałem dobrze, jak beztrosko sobie tutaj rozmawialiście, a swobodnie, zanim przyszedłem i znów ukryłeś się przed całym światem za swoją maską gburowatości. Lubisz ją, nadto darzysz respektem, a to naturalne po tym, co dla ciebie zrobiła. Toteż, nie przeczę, spodziewałem się większych sentymentów.
— Nic ci do tego, bardzie — podsumował sucho Asher, zaciskając usta w wąską kreskę. Jego spojrzenie, wbrew wszystkim przypuszczeniom, że to nie mogłoby być już możliwe, nabrało jeszcze więcej wrogości.
I tyle z mojego monologu, pomyślał Lilian, walcząc z przemożną chęcią dramatycznego, umęczonego westchnienia. Kolejna nieudana próba skłonienia tego grymaśnika i męczyduszy do rozmowy. Ciężki będzie czas, och ciężki, dopóki nie zdołam go do siebie przekonać.
— Masz słuszność. Nic mi do tego — przyznał, niezadowolenia uzyskaną odpowiedzią nie ukrywając. — Chciałem po prostu porozma…
— To rozmawiaj — Asher uciął warknięciem. Do zaciśniętych ust dołączyły zaciśnięte pięści. — Rozmawiaj o pogodzie i ustrojach politycznych. Gadaj sobie nawet, jeśli musisz, o dupie marynie – mnie to gówno obchodzi. Ale wara ci, mówię to po raz drugi i więcej powtarzać nie mam zamiaru, ode mnie i tego, co łączy mnie z Rivanni.
Lilian zrozumiał. Powiedział za dużo. Powiedział stanowczo za dużo. A Rivanni ostrzegała.
— Wybacz. — Przywołany do porządku odpuścił posłusznie, zgodnie z wolą. Prośbą. Groźbą. Wystarczająco pod górkę już sobie narobił. Na siniaka pod okiem nie mógł sobie pozwolić.
Trudno, stłumił poczucie winy, to bowiem wielce mu było niewygodne. Skręcił w jedną z głównych uliczek, zrobiło się odrobinę ciszej, mniej gwarno, niemniej jednak tłocznie – im dalej od portu, tym się tłok wydawał bardziej zorganizowany. Trudno, powtórzył. Co się powiedziało, tego się nie odpowie.
— Powinniśmy załatwić ci jakiś krem. Albo maść.
Nie minęła chwila, zanim przerwał ciszę zmianą tematu. Szybką, niespodziewaną. Diametralną.
— Na słońce — sprostował od razu, dostrzegając malujący się na twarzy najemnika wyraz zakłopotania. Skrzywił się sugestywnie, zmarszczył nos, jakoby jego własny, nie ten asherowy – prosty i podłużny, cały był zaczerwieniony. — Dopiero co zeszliśmy z pokładu! W takim tempie do spotkania rady będzie z ciebie skwarka, o balu nie wspominając. Zrobię co w mojej mocy, żeby temu zapobiec.
I te cienie pod oczami, powstrzymał się od dodania na głos, sunąc po twarzy najemnika powłóczystym spojrzeniem. Musi być bardzo zmęczony. Nie dziwota, długa podróż za nami. I przed nami.
Cholera, ja też. Ja też jestem bardzo zmęczony.
— Bal? — Oczy Ashera otworzyły się szeroko. Ku zdziwieniu poety, w fijołkach w końcu zawitała jakaś emocja. Jakaś było dobrym określeniem. Niezbyt czytelna, choć raczej nic pozytywnego nie zapowiadała.
— Och — Lilian zdziwił się po mistrzowsku — nie wspominałem? Zresztą, to nic wielkiego. Kameralne przyjęcie z maskami na dworze Jaśnie Oświeconej Królowej Altei de Torrijos. I przez nią wydawane.
— Nie było mowy o żadnym balu.
— Nie było — zgodził się bez problemu — ponieważ uznałem, że będzie to dla ciebie miłe zaskoczenie, a dla mnie forma okazania wdzięczności za pomoc, jakiej zgodziłeś się mi udzielić. O której to formie oficjalnie ci teraz oznajmiam. Jako bliski przyjaciel Altei dostałem zaproszenie z możliwością przyprowadzenia ze sobą osoby towarzyszącej. Ciebie, mój prywatny eskortancie – i jednocześnie kompanie podróży, z oczywistych powodów pragnę zaprosić do przejęcia tej roli.
Lilian uśmiechnął się filuternie, puścił do Ashera oczko. Oczywiste powody były dosyć dwuznaczne.
— Chodźmy, o szczegółach chętnie opowiem ci wewnątrz czterech ścian. Znam w pobliżu przyzwoitą oberżę, podają tam całkiem smaczną zupę rybną. Zazwyczaj bywa tam dosyć tłoczno, ale znają mnie tam dobrze, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem dla nas pokoju czy dwóch. Najemy się, napijemy dobrego, apreńskiego wina i porządnie wyśpimy, na mój koszt!

7.04.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Obserwował z uwagą poczynania gwardzisty, jednym ruchem zrzucił z pleców popielatą burkę, której płaszcz wadził przy wyprowadzaniu kolejnych ciosów. Odskokiem uniknął krótkiej pół-sinistry, robiąc dwa kroki w bok, uniknął również przewidzianej finty. Ostrze przecięło powietrze tuż przy czubku nosa, musnęło kilka siwych kosmyków, niesfornie wypadających z uwiązanego koka. Oddech przyspieszył, Asher zacisnął pewniej dłoń na rękojeści miecza, kątem oka dostrzegając zbliżającą się ku niemu dwójkę strażników. Trzech na jednego. Przeklął w myślach, skontrował dextera z pchnięcia. Nie raz i nie dwa radził sobie z większą ilością przeciwników. Napierające bandziory, grupki zdurniałych flisaków, chwaty z miejskich, podrzędnych szajek, wyposażeni w tępe ostrza, rozpadające się bindasy, rdzewiejące nadziaki. Nędzny drągal równać się jednak podszkolonemu żołnierzowi nie mógł. Choć jedni i drudzy równie bywali zidiociali, choć jedni i drudzy równie bywali rozpaskudzeni, gnuśni i równie wstrętni w swej arogancji, wyuczona bólem oraz siłą ręka, rzadko kiedy zapominała o wbitych jej do mięśni ruchach.
Stal szczęknęła, pobrzęk pustych, płytowych zbroi wypełnił cały skwerek, docierając do uszu zbierających się gapiów. Rechot nadlatujących wron rozbrzmiał nad głowami walczących, stado czarnych ptaszydeł, poruszając się wyłącznie po wyznaczonym przez siebie okręgu, tworzyło cienisty, matowy wir. Zmarznięte, wygłodzone, przez lata nieustających zamieci pozbawione pożywienia w postaci nasion, owadów, świeżych owoców, ściągnięte smrodem pierwszych kropel krwi, czekały. W bezmyślnej pewności o wizji nadchodzącej uczty. Asher westchnął, uniknął kolejnego ataku, lecz nie całkowicie, czując, jak żeleźce halabardy rozcina skórzany napierśnik, zahaczając hakiem o skórę pod piersią. Gówno, pomyślał, chroniony przed bólem siłą mamiącej umysł adrenaliny. Nie dzisiaj, pierdolone ptaszyska. Nie dzisiaj.
W odpowiednim momencie, po wyminięciu wystarczającej ilości ciosów, dostrzegając w ruchach drabów pierwsze oznaki zmęczenia, zachwiania, nagłej ociężałości, pomknął w stronę wąsatego dowódcy, pionowym cięciem trafiając w odsłonięty między płytami skrawek ramienia. Mężczyzna zawył niczym kopnięte psisko, runął na plecy, siłą ataku powalony na ziemię. Najemnik nie miał wiele czasu, by rozprawić się z resztą. Choć cios był precyzyjny, choć spowolnił przeciwnika tak, jak zakładał, Asher uderzał płytko, z opanowaniem, nie chcąc pozbawiać strażników kończyn, doprowadzać do krwistej jatki. Nie potrzebowali kolejnych problemów. Jedynie chwili pozwalającej czmychnąć w objęcia velteńskich cieni, które szybko miały zaprowadzić ich dwójkę pod same drzwi podziemnej nory Ciem.
— Precel, bierz sukinkota! — Wrzask Jagody przebił się przez kakofonię trzasków i łupnięć, ginąc dopiero za pierwszymi rzędami milczącego tłumu. Czarny kłębek sierści wynurzył się zza studni, warknął gniewnie, zaciekle, ostrzegając o nadchodzącym ataku, pędem puszczając się przed siebie i zwinnym slalomem unikając kiwających się gwardzistów, odskakującego na bok Ashera, wymierzającej cios Jagody, cofającego się rudzielca. Pożółkłe zębiska błysnęły w kontraście z ciemnym włosem, ochrypłe ujadanie wsunęło gładko w tworzoną przez walczących orkiestrę. Precel odbił się z łatwością od ziemi, zalegające na skwerku błoto prysnęło na wszystkie strony, lecz kłów nie zderzając ze sztylpami, pazurów nie wbijając w dudniące hełmy, napierśniki, złapał za materiał adamaszkowego płaszcza, odrywając jego kawałek od reszty bogato zdobionego stroju. Żałosny krzyk barda rozniósł się po okolicy.
— Nie tego sukinkota! — dodała tropicielka, wywracając oczami.
Gwardzista w poobdzieranej, pasiastej przeszywanicy, czując się nader pewnie w walce z nieuzbrojonym babskiem, złapał za ramię Jagody, pewnym ruchem chcąc posłać ciało przeciwniczki w rozległą kałużę błocka. Nie dostrzegł jednak błysku wysuwanego zza pasa kordelasa, nie powstrzymał kobiety przed sięgnięciem po broń, której rękojeść, nim brzeszczot wbił się głęboko w przedramię, łupnęła o stalowy hełm jak o dzwon, tym samym całkowicie powstrzymując strażnika przed unikiem, kontrą. Tropicielka ryknęła gniewnie, resztkami sił unikając poprzecznego cięcia z dołu, wyprowadzonego przez kolejnego chwata. Nosz kurwa, nie będzie wstrętny drab pluł jej w twarz.
Asher, wykonując półobrót, tnąc powietrze mieczem, tym samym chcąc zachować swych wrogów na dystans, dostrzegł wirującego w walce rudzielca, z lekkością akrobaty wymijającego kolejne cięcia, wypady, zmylającego strażnika niepełnymi ruchami, twardą podeszwą kozaków celującego w kostki, kolana, najbardziej odkryte miejsca na cielsku przeciwnika. Nie sądził, że obcy konfrater Jagody brata, teraz bezczelnie tającego się przed kłopotami pod okapem jednej z chat, okaże się w ich potyczce jakkolwiek przydatny. Że być może, ale tylko być może, dzięki dodatkowej parze rąk, uda im się wyjść z tego cało. No, przynajmniej żadna z niego niezguła.
— Kurwa mać, toż jeno dwóch chłopa i baba — odezwał się dowódca o pokaźnym wąsie, z wolna dochodząc do siebie po precyzyjnym cięciu najemnika — zbójów trójka, spiąć rzyć i machać, machać!
A miał być święty spokój, pomyślał Asher, czując, jak pierwsze ukłucia bólu roznoszą się po wyczerpanych mięśniach, stawach, kościach. Ciął powietrze, ostrze świsnęło, wyprowadził poziomy, szeroki cios z finty i niepotrzebnie się odsłaniając, pozwolił na atak jednego z gwardzistów. Ostry syk wymsknął się spomiędzy ust najemnika. A miał przecież cały dzień przesiedzieć na dupie w szynku nieopodal, rozkoszować się rzadkim brakiem obowiązków, zadań, wlewać w siebie kolejne kwinty prześmierdłego piwska, cierpliwie wyczekując momentu kompletnej ucieczki, pozbawienia świadomości, która w chwilę oddzielała się od ciała, pozwalając mu na występki nieraz podłe, zazwyczaj bałwańskie, rzadko potrzebne czy niezbędne. A miał się przecież, językiem ulicznych warchołów posługując, napierdolić jak świnia, w odrażającym zamroczeniu móc sobie pozwolić na przespaną noc. Tę noc, nie dość, że nie prześpi, spędzi na rozmasowywaniu obolałych kończyn.
— Puszczaj, chuju!
Wzburzony pisk przebił się przez tworzone ostrzami harmonie, przedostał przez wszechobecne larum, sygnalizując o nagłym potknięciu, możliwej porażce. Asher skontrował jeden z ciosów, nie trafiając w cel, pospiesznie odepchnął przeciwnika, chcąc kupić sobie wystarczająco dużo czasu na rozeznanie się w nowej sytuacji. Nagły lęk zacisnął swe szpony na obolałych żebrach, spojrzenie Aureliona runęło w stronę reszty.
Jeden z drabów, ten sam, z którego ciętej rany na ręce leniwie lała się krew, rzucił się na tropicielkę od tyłu, zawiesił na szyi kobiety, ciągnąc jej ciało ku ziemi, przyduszając, nie pozwalając zbytnio na ruchy, wierzganie, jakąkolwiek próbę obrony. Ryży, wyraźnie obrotem spraw zaskoczony, odwrócił spojrzenie na Jagodę, tym samym pozwalając, by łysa łachudra bez hełmu wycelowała kopniakiem w jego cholewę, pozbawiła go równowagi. Asher wziął głęboki wdech, zamieszanie pozbawiło najemnika koniecznej w tej chwili uwagi. Bez zastanowienia, w przypływie nagłego gniewu, rzucił się przed siebie, gotów rozchlastać czaszkę łajdaczyny, która zdecydowała się zaatakować jego towarzyszkę.
— Jagoda! — warknął, zbliżając się do ich dwójki, brnąc przed siebie, nie zważając na resztę otoczenia i nachodzących na niego ze wszystkich stron strażników. Jebać grajka i jego rudego równiaka. Jebać strażników i obserwujący ich motłoch. Jebać ten dzień, tę przepychankę, zahamowania, czy tworzące się w umyśle Ashera pretensje rozwścieczonego Otta, dowiadującego się, iż jeden z najstarszych z jego prywatnej, podziemnej szajki, zdecydował się zarżnąć gwardzistę w samym centrum tego velteńskiego kurwidołka. Nie mógł pozwolić, by dobrali się do Jagody. Nie mógł pozwolić, by stała się jej krzywda. Nie, nie mógł.
Nie dostrzegł w czas wyłaniającego się z jego boku i napierającego zaciekle osiłka, jego nadchodzącego ciosu, ciężko sunącej w powietrzu płytowej rękawicy. Twarde żelazo kordowej głowicy przyrżnęło w czoło najemnika, przecięło skórę i wbiło omal w czaszkę, siłą uderzenia krusząc zewnętrzną powierzchnię kości. Aurelion zakołysał się na miękkich kolanach, otoczenie omiotły błyski oraz smugi kolorów, szybko przemienione w przeżerające skwer cienie. Oręż wypadł z ręki, mlasnął, lądując w kałuży błota. Za nim na ziemię runęło ociężałe cielsko Ashera, niespodziewanie odmawiające najemnikowi posłuszeństwa.
A miał być święty spokój, pomyślał, tracąc przytomność.

5.04.2022

Od Ashera do Liliana

— Na śródokręcie kobyłę, na śródokręcie!
— Biegnijże po tego szypra naszego, kruca mać, wypływać mamy!
— Wędzone witlinki, witlinki wędzone! Jeszcze świeże, jeszcze świeże!
Asher ściągnął siwe brwi, spojrzeniem przemknął po wzmożonym rozgardiaszu apreńskiego portu. Wszechobecny rejwach przyprawiał o ból głowy, a słońce, niezwykle gorące w swych promieniach, muskających policzki smugach światła, pozostawiało na spiczastym, białym nosie pierwsze ślady oparzeń.
— Hejże, ostrożnie mi tam!
Głos rudowłosej pani kapitan rozniósł się po deku. Józefina zrobiła pospieszny krok w przód, zakołysała się na relingu, żwawo łapiąc za przytwierdzony do falszburty powróz. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetach dwóch, wstawionych po ostatniej nocy kamratów.
— Dostajemy w jednym kawałku, odstawiamy w jednym kawałku. Nie za uszkodzony towar nam płacą, panowie.
Najemnik zerknął w stronę kobiety, iskierka widocznego zainteresowania błysnęła w fioletowym oku. Osoba kapitan, tak odstająca od enryńskich szarości, nieustających zim i nieznośnej monotonii, idealnie wpasowywała się w tutejszą kakofonię dźwięków, kolorów.
Na oblaną piegami twarz Józefiny wstąpił cwaniacki uśmieszek.
— I jak pierwsze wrażenia?
— Głośno. Duszno — mruknął w niezadowoleniu. — Tłoczno.
Kapitan zachichotała. Ciepło, szczerze.
— Jeśli masz nadążać za swoim nowym zleceniodawcą, lepiej szybko zacznij się przyzwyczajać. — Wyciągnęła palec w stronę jednego ze stoisk, wskazując na targującego się o kilka kawałków grillowanego dennika Liliana.
Asher westchnął z wyraźnym zrezygnowaniem, ciepły powiew wiatru wtargnął między siwe kosmyki włosów, pozwalając, by te sprawnie zasłoniły grymas najemnika. Doświadczenie miał niemałe, łaził za i pilnował niejednego pętaka, panicza czy innej niezguły, lecz zadanie, z którym miał się zmierzyć właśnie teraz, właśnie na ziemiach zupełnie mu obcych, właśnie w towarzystwie nie do końca wciąż poznanego birbanta i sybaryty, od samego początku wydawało się, nie tyle trudne, ile uciążliwe, drażniące, niezwykle wkurwiające.
I dopiero teraz zaczął dostrzegać między Jagodą a Lilianem właściwe podobieństwa. Asher nie potrafił nadążyć za jednym Willisem, jak i za drugim.
— Litości — wyburczał krótko, samemu decydując się na zejście z pokładu.
Błoto mlasnęło przy spotkaniu z twardą podeszwą oficerek, uleciało na boki, wciąż desperacko trzymając się powierzchni uświnionej, portowej kostki. Smród surowego rybska, potu i wszędobylskiego faryzeizmu drażnił co delikatniejsze nozdrza, w sposób nieznany i niepojęty nie przedostając się nigdy poza niewysoki, jasny i oddzielający port od całej reszty osiedli murek; poza wydzielony przez dwa, przestarzałe żurawie kawałek, należącego do miasta, brzegu. Panująca ciasnota i nachodzące na siebie kramy dodawały kolejnej szczypty bezładu, bardaki, w której – ku asherowemu zdziwieniu – doskonale odnajdowały się obecne na placyku tłumy, zwinnie i żwawo przeciskające się przez wąskie, niezgrabne przerwy między wystającymi belkami straganów. Kolorowe baldachimy stoisk falowały na kolejnych podmuchach wiatru.
Wiosenne słońce parzyło liczne, opalone twarze. W tym tę jego – białą, zimną, stęsknioną za delikatnymi pocałunkami gorąca.
— Miło było cię znowu zobaczyć, pięknisiu. — Rivanni wynurzyła się z cienia statku, bezmyślnie kładąc śniadą rączkę na ramieniu mężczyzny. Wiedziała, że tego nie lubił. Niezapowiedzianej bliskości. Wiedziała jednak również, że jest jedną z niewielu osób, którym Asher jest ów występek w stanie darować. — Całego i zdrowego rzecz jasna. Będę zupełnie szczera, nie sądziłam, że uda ci się tyle wytrwać na tym wypizdowie. Cholera, postawiłam w związku z tym nawet kilka zakładów, teraz mogę mieć tylko nadzieję, że Ben o wszystkim zapomniał i nie przylezie zaraz upominać się o pieniądze. Mogę mu co najwyżej postawić kwartę tutejszego piwska.
Cień uśmiechu wstąpił na lico najemnika.
— A więc? Ile mi dałaś?
Rivanni westchnęła ciężko, wzruszyła ramionami. Czarne loki podskoczyły wraz z powiewem nadbrzeżnego wiatru, bursztynowe oczka, równie złote co liczna kobiety biżuteria, błysnęły w świetle zachodniego słońca.
— Około dziewięciu miesięcy. — Asher skrzywił się nieznacznie. — No, ale popatrz, ile to już minęło? Siedem lat, osiem? Żeś ładnie się wyrobił. No, a teraz wreszcie możesz choć na chwilkę wyrwać się z tego swojego iście szarego, velteńskiego kurwidołka.
Miała rację. Niekończąca się zima Rietvy zbyt długo już mroziła zastałe wojownika mięśnie.
— Też schodzisz na ląd?
Rivanni kiwnęła głową, zrobiła dwa kroki w przód.
— Chciałabym ci przypomnieć, że mam swój własny statek i swoją własną załogę. Sprawy w Rjeven załatwiłam, zaciągać tam wszystkich moich ludzi sensu nie było. A że akurat w porcie zjawiła się również Józefina, która lada dzień miała wypływać w stronę Enrynu, grzecznie poprosiłam o pryczę pod pokładem.
— Grzecznie, co?
Rivanni zachichotała psotnie, zatrzepotała bujnymi rzęsami.
— Na kolanach.
— Dennika?
Trzeci głos, ni to wysoki, ni niski, z lekka ochrypły i jak zawżdy śpiewny, dotarł do uszu rozdyskutowanej diady, zgrabnie i lekko wtrącając się pojedynczym słówkiem w sam środek pogwarki. Zwracając na siebie całą otoczenia uwagę, Lilian wyciągnął do przodu rękę z trzymanym pakunkiem grillowanego filetu. Nim kapitan zdołała cokolwiek na propozycję barda odrzec, Aurelion posłał Lilianowi surowe spojrzenie.
— Nie — warknął półszeptem, zaciskając usta w smukłą linię.
Powagi, do kurwy nędzy, powagi.
Lilian westchnął z wyuczoną przesadą, wzruszył ramionami. Materiał adamaszkowej burki spłynął po męskich ramionach.
— Za grosz w tobie zabawy — odparł, w ostateczności rezygnując z dzielenia się swą przekąską.
— Bo to nie zabawa.
Poeta przewrócił oczami.
— Upierdliwiec i malkontent, kwękacz i grymaśnik. Rozejrzyj się, mój drogi, i rozluźnij trochę. Złość piękności szkodzi.
Nie wiedział jak długo dane będzie mu słuchać tego typu przekomarzanek, jak długo wytrzyma, wysłuchując co inszych to frazesów, banałów i odzywek. I na co mu to było? Na co te kilka monet, które prędzej czy później zarobiłby z kolejnego, wspólnego zlecenia Ciem, które Otto ostatecznie i mu wręczyłby do dłoni? Na dodatkowy kufel piwa, na scerowanie obdartych bryczesów, nowy szamerunek na przestarzałej kamizelce? Co za gówno.
— W porządku — Rivanni złapała za krawędzie czarnego kapelusza, poprawiła przekrzywione rondo. — Miło było was zobaczyć, miło było poznać. Bawcie się dobrze, chłopcy. Tylko nie za dobrze.
Asher wziął głęboki wdech, dostrzegając kolejny z lilianowych, kokieteryjnych uśmiechów. Niewygodne były mu długie, słoneczne, apreńskie dni.