Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asher. Pokaż wszystkie posty

27.09.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Zimne powietrze uderzyło w poobdzierane, blade twarze niedawnych więźniów – musnęło fioletowe ślady na odkrytych czołach, podbródkach, szczypnęło otwarte rany, zabrudzone cięcie przy ustach. Asher syknął, czując, jak ostry ból wpija się w otwartą, szkaradną szramę, zaschniętą krwią lepiąc siwe włosy do pulsujących nieprzyjemnie skroni. Podsumował swe niezadowolenie krótkim, cichym przekleństwem, zatrzymując się wreszcie przed zielonymi od mchu i pleśni murami kazamatów.
Furta loszku łupnęła za ich plecami, ciężkim pogłosem dostając się do wystarczająco już wymęczonych uszu Jagody i Aureliona. Siwowłosy powędrował spojrzeniem do dłoni, niewątpliwie należącej do nowo poznanego barda, którą poeta zdecydował się wyciągnąć w geście późnego przywitania. Biała brew najemnika powędrowała ku linii równie białego włosa.
― Lilian. Starszy brat Jagody ― zaświergotał zadowolony, łyskające w zimowym słońcu oczęta kierując na facjatę najemnika. ― No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.
Odpowiedział mu zaledwie szmer przedzierającego się przez kamienne zabudowania i uderzającego w samotne trzy, znieruchomiałe jak posągi, sylwety, wiatru.
Najemnik nie wyciągnął ręki, nie szepnął ani słowa. Nie zdradził imienia, nie podzielił się kłamliwym i nieobecnym w tej chwili entuzjazmem związanym z ich spotkaniem. Milczał, wpatrzony w ciemną, kaszmirową rękawicę, misternie zdobioną złotymi niteczkami, nie do końca ciepłą, lecz niewątpliwie gustowną.
Kusi los, pomyślał. Wreszcie znajdzie się taki, któremu hoże przyodziewie się spodoba. Który dostrzeże w jedwabiach i welurach pokaźny miech pieniądza. I który będzie chował akurat za pasem stary, stępiały kordelas.
Odwrócił głowę, spoglądając na Jagodę. Z nagła cichą, zamkniętą i wycofaną, wpatrującą się szarym wzrokiem w stojące przed nimi ściany niewielkich kamienic. Była zmęczona. Widział to w jej postawie, zachowaniu, opadających ciężko powiekach – widocznie niechętna na kolejne niesnaski z dawno niewidzianym bratem. Asher wyprostował z trudem plecy, zmełł przekleństwo, górując postawą nad niższym mężczyzną. Fakt, potrzebowali medyka, choćby najbliższego cyrulika.
Medyka, gorzały i świętego spokoju.
— Zrobiłeś, co miałeś do zrobienia — stwierdził, krzyżując ręce na piersi. W spojrzeniu Liliana błysnął pierwiastek niemego zapytania. — Dalej poradzimy sobie sami.
Wolnym, ociężałym krokiem wyminął sylwetę poety, kierując w stronę Jagody ledwo słyszalne chodźmy. Dziewczyna ruszyła posłusznie za swoim towarzyszem, nie spodziewając się, że zaraz ponownie poczuje na swym karku oddech nieustępującego braciaka. W jej oczach zrodził się promyczek gniewu.
— Wyglądacie naprawdę paskudnie. Gorzej niż Julian po trzech ćwiartkach.
Jagoda zerknęła na barda zza ramienia.
— Nie słyszysz, co się do ciebie mówi, co? Ogłuchłś czy jak? Taki żeś własnym głosem zachwycon, że nic innego nie dociera. Jedną dziurką wchodzi, drugą ucieka, nie?
— Ale zwolnijcie, zwolnijcie — odparł poeta, rozciągnąwszy odpowiednio łopatki, w zupełności nie zwracając uwagi na słowa siostry. Nieprzyjemny odgłos strzykających stawów rozniósł się po uliczce, w którą zdecydował się właśnie skręcić siwowłosy najemnik. — Od tygodni się nie wysypiam, tygodni. Jak nie na sianku każą spać, to na byle barłogu. Twarde to takie, ni oka zmrużyć, nie wspominając już o poduchach sianem wypychanych. Sianem, rozumiecie? Jakby taki problem było kaczkę z pierza oskubać.
— Nie ręczę za siebie, zaraz gówniarz w nos dostanie — Jagoda mruknęła, przyspieszając kroku w lichej nadziei, iż tak być może zdołają go zgubić.
Asher wzruszył niechętnie ramionami, czując, jak roznoszący się po czaszce ból powoli przybiera na sile. Co za gówno.
— Nie krępuj się.
— Długo będziemy iść? Daleko ta wasza kryjówka, gdzie na obrzeżach, czy o, może tak pod nosem samych gwardzistów? Widać w końcu, że lubicie się chwatom stawiać.
Pochód zatrzymał się nagle, gwałtownie, bez słowa ostrzeżenia. Lilian nie stanął w porę, nie zwolnił kroku, niespodziewanie odbijając się od zgarbionych pleców tropicielki, na co ta warknęła zaledwie niczym szczute psisko, nie odwracając spojrzenia w stronę poszkodowanego. Spomiędzy suchych ust siwowłosego wydostało się donośne westchnięcie. Albo zaraz ja mu przyłożę.
— Nie idziemy do naszej kryjówki.
Bard zaniemówił. Ale tylko na moment.
— Słucham? Dlaczego? To gdzie mnie w takim razie prowadzicie? Bo chyba nie do pierwszego lepszego szynku na pszeniczne i sterleta.
— Jeśli naprawdę myślałeś, że zabiorę obcego mi rzępołę do naszej siedziby — Aurelion odwrócił się, stając twarzą w twarz z poetą — to jesteś głupszy, niż by się początkowo zdawało. A teraz zawrzyj paszczę o ile życie ci miłe. Za siebie ręczyć mogę, ale za nią już nie.
Jagoda uśmiechnęła się brzydko i złośliwie niby to na potwierdzenie słów swojego towarzysza.
— Chodźmy, nim się rozmyślę.
Budyneczek nie różnił się niczym od otaczających go sadyb. Wieloletni szron na dobre osadził się na szarych, starych dechach, straszących swym niepewnym wyglądem, wywrócony płotek, pod którym rozrósł się niewielki krzak jarzębiny, utonął w zaspie śniegu, a daszek, nieustannie mokry i gnijący, świecił brakującymi na krawędziach gontami. W dolnej kondygnacji kleconki brakowało wejścia – były zaledwie przeżarte przez gryzonie wrota, dawniej zapewne wiodące do kurnika bądź szopy, która aktualnie służyła za składzik rzeczy zapomnianych i dłużej niepotrzebnych. By dostać się do drzwi wejściowych, trzeba było zakręcić przy wybijającym się pomarańczem swych owoców, jarzębie, wspiąć się po niewielkich, kamiennych schodkach, okrytych grubą warstwą zmarzniętego błociska. Dopiero wówczas stawało się przed równie licho wyglądającymi, obitymi pomniejszymi deseczkami drzwiami, zaopatrzonymi w rdzewiejącą, żeliwną kołatkę w kształcie gargulcowej głowy.
Asher złapał za metalowy pierścień, zakołatał, wraz z Jagodą ignorując niekończący się zasób pytań, którymi nieustannie zarzucał ich bard. Dochodzące zza drzwi hałasy umilkły gwałtownie, niby w przestrachu, gdy dźwięk obijającej się o drewno kołatki rozniósł się po najbliższej okolicy. Wokół ich trójki nastała niepewna, głucha cisza, przerywana tylko co jakiś czas skomleniem głodującego gdzieś niedaleko psiska.
— Kto tam? — zapytał chrobotliwie wydostający się zza wejścia głos.
Aurelion westchnął.
— Ćmy. Otwieraj, Pijawka, nim nam dupska odmrozi.
Coś upadło na drewnianą posadzkę, miedziane michy uderzyły o sagan, akompaniując cyrulikowi przy koślawej próbie dostania się do drzwi slalomem. Otworzył, zachłysnął się zimnym powietrzem, nim zdołał zmierzyć swoich gości spojrzeniem pełnym widocznego niezadowolenia. Pijawka zmełł przekleństwo.
— Głośniej, głośniej, najemniku. Niech sąsiedzi usłyszą, niech na mnie gwardzistów naślą, a co! Inaczej się umawialiśmy, pamiętasz jeszcze?
— Nie będę się bawił w pierdolone indagacje, Pijawka. Widzisz, że obici jesteśmy. Pomożesz, czy nie?
Cyrulik wycofał się do środka, odgradzając wejście. Aurelion ruszył za nim, za Aurelionem ruszyła Jagoda i Lilian.
— Co, zakonna Roza zajęta? Już was łatać nie chce?
— Nie do końca. — Siwowłosy obszedł okryty grubą warstwą otwartych pergaminów, stół i zatrzymując się przed rozpalonym paleniskiem, złapał za jeden z węborków. Przekonawszy się, iż na wilgotnym dnie nie znajdują się żadne niespodzianki, obrócił wiadro spodem do góry, wygodnie się na nim usadawiając. — Siostra Roza nie byłaby zbytnio zadowolona, gdybyśmy przyleźli jej do klasztoru z rzepem u ogona.
Poeta wyłonił się zza pleców Jagody, wątpliwym wzrokiem rozglądając się po wnętrzu niewielkiej pracowni. Twarz Liliana zbladła, różowy rumieniec spełzł ze zmarzniętych policzków. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, do którego przeprowadzono go przez pół miasta. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, w którym ktokolwiek miał się zaopiekować jego siostrą, opatrzyć rany, doglądać czarnych sińców. Bard pokręcił głową, przełknął donośnie ślinę. I dopiero wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, przykurczonej sylwecie felczera.
Mężczyzna okręcił się z trudem, gibiąc się na wszystkie strony pod ciężarem pokaźnego garba, podstawiając szpakowatą, ohydną głowę pod smugi dostającego się przez okiennice dnia. Błysk zimowego światła odbił się od idealnej łysiny, oświetlił drobny – na tyle mały, iż w ciemnościach niemal niedostrzegalny – nosek, pokaźną, lecz pozbawioną różu ustek, szczękę. Czarne, niewielkie oczyska runęły spojrzeniem spod jasnych, cieniutkich brwi na sylwetę nieznajomego barda. Pijawka ryknął, ukazując zżółkłe, ostre zębiska, wcześniej odskoczywszy w przestrachu w tył.
Lilian zrozumiał wreszcie skąd jego przydomek.
Siwowłosy najemnik uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, zupełnie nie zwracając uwagi na panikującego w ciemnościach cyrulika.
— Chyba wreszcie odebrało mu mowę. Dobrze.
— Idioci parszywi! Przebrzydli smarkacze! — Pijawka oddalił się w najciemniejszy kąt sadyby, potykając się po drodze o własną tunikę. — Tamój siostrze jakiegoś fircyka przyprowadzać nie chcecie, a mnie tak? Niech no tylko parę z ust puści, niech no powie komu, że Ćmy zszywam, a zaraz będą mi jakie draby do drzwi pukać, zaraz do okiennic się dobierać!
Z ust wojownika wydostało się ciche westchnięcie.
— Uspokój się. To poeta. Niegroźny.
— Jak co powie — Jagoda zdecydowała się wreszcie odezwać, wolnym krokiem zbliżając się również w stronę buchających ogni paleniska, by ogrzać zesztywniałe z chłodu palce — to my się już nim dobrze zajmiemy, zaopiekujemy.
Pijawka machnął dłonią w poddańczym geście, odwracając się w stronę miedzianych naczynek.
— A niech was wieczna zima pochłonie, niech Velar ukaże. Same problemy z wami, same.
Napełniwszy wodą jedną z leżących obok ławy fas, cyrulik sięgnął po leżący nad paleniskiem kawałek szmatki i zbliżył się do najemnika. Asher pokręcił stanowczo głową, po czym uniósł niedbale dłoń, wskazując na Jagodę.
— Nie. Najpierw zajmij się nią. Poczekam.
Drewniany zydel zaszurał po nierównych dechach, roznosząc nieprzyjemny podźwięk na wszystkie strony izby. Lilian zadrżał, Aurelion leniwie oparł podbródek o otwartą dłoń, a Jagoda, ustawiwszy stołek przy chirurgicznym instrumentarium, spoczęła ciężko na twardym siedzisku. Drewno skrzypnęło niebezpiecznie, ostrzegając przed potencjalnym nieszczęściem. Tropicielka ni drgnęła, wpatrując się niewyraźnie w wiszące naprzeciw, zapełnione glinianymi michami, półeczki.
Pijawka wzruszył ramionami, złapał w drodze za szyjkę zielonej butelki. Wyciągnął rękę w stronę ciemnowłosej dziewczyny, podając jej tajemniczy napitek. Jagoda ściągnęła ciemne brewki.
— Co to?
— Samogon. Sam robiłem, z tej jarzębiny co mi pod murkiem rośnie.
Jagoda wykrzywiła twarz w obrzydliwym grymasie.
— Z tej, pod którą psy srają? Którą Precel oszczał ostatnim razem?
— W rzeczy samej. A teraz do dna, będzie mniej boleć.

3.05.2022

Od Ashera cd. Liliana

W spojrzeniu fioletowych ocząt błysnęła iskierka zdumienia, szybko przeistaczająca się jednak w emocję mniej przyjemną, mniej poczciwą, zdradzając przepełniającą najemnika irytację. Nie zdążył zaprotestować, zakomunikować wyraźnego niezadowolenia, dostrzegając, że bard, nie zważając na nagłe zwolnienie w kroku najemnika, gna dalej przed siebie, gładko i elegancko wijąc się między ciasnymi, kolorowymi uliczkami. Asher westchnął ze zrezygnowaniem.
Bal. Jeszcze kurwa czego.
Nim minęło pół godziny, ich dwójka znalazła się na pokaźnym, brukowanym dziedzińcu, pełniącym zapewne rolę głównego placu miasta, domyślił się najemnik. Drewniane pergole otaczały rynek ze wschodniej i zachodniej strony, a pnące się po drewnianych belach bugenwille raziły różem, czerwienią, doskonale wpasowując się kolorami w intensywny błękit nieba. Trójka chłopa, siedząca na trawertynowym murku okazałej fontanny, przekrzykiwała tłum ożywioną rozmową na temat rosnących wciąż grzywien cła eksportowego, w zupełności nie zwracając uwagi na panoszącego się wokół waganta, który w pijackim tańcu przymilał się do marmurowej statuy bezimiennej i usytuowanej na samym szczycie wodotrysku niewiasty, obdarowując nową ukochaną, wygrywaną na okarynie, serenadą.
Natłok ludzi, choć sporawy i gęsty, nie zmuszał do przepychanek, w ładzie trzymając się porozdzielanych po placu grupek, tak, by każdy z przechodniów, bez zbędnych trudności, zdołał przemknąć przez tworzone między zbiorowościami ścieżki. Panie w kolorowych, dorodnych kapeluszach przysiadywały na marmurowych ławeczkach, chichocząc przy wymianie najświeższych plotek, manewrująca wokół banda dzieciaków chowała się raz za bujnymi pnączami ukwieconych krzewów, raz za stożkowymi, dzięki podtrzymującym materiał fortugałom, spódnicami.
Ekspresyjność otoczenia była przytłaczająca. W szczególności dla tych, którym znane były jedynie szarości zimowych dni i obsrany bruk enryńskich uliczek.
— Tutaj — Lilian uniósł zgrabną rączkę, wskazał na, stojącą przy kramiku z pięknie zdobioną ceramiką, kamienicę — zaraz przed nami. Dobre wino, nie byle cienkuż, i zaraz się rozchmurzysz, rozweselisz, słowo daję.
Ciche westchnięcie wymsknęło się spomiędzy ust ciemnowłosego, raz jeszcze zerknął przez ramię w stronę kroczącego za nim Ashera.
— Ciepło dziś, lato idzie. Jeszcze chwila i zupełnie mi się w tych skórach zgrzejesz.
Najemnik milczał. Cholera, faktycznie prażyło coraz mocniej.
Dwupiętrowy budynek zajazdu, w czerwieniach i żółciach okolicy, odznaczał się błękitem ścian, wyblakłym już gdzieniegdzie od nieustająco świecącego słońca, częstych upałów. Ślepe arkady o rudych kolumnach, przylepione do boku kamienicy, podtrzymywały pnące się ku loggiom mandewile, które w swej drodze na zdobione balkony, jak żmije wiły się wokół obramowanych freskami, wysokich okien, a marmurowy rycerzyk, wieńczący czubek attyki, spoglądał z góry na dwójkę podróżnych niczym stróżujący pies.
Asher wejrzał w puste oczodoły wojaka, Lilian pchnął inkrustowane żelaziwem drzwi.
Śmiechy biesiadujących i zapach pieczonej ryby uderzyły w nich momentalnie. Spojrzenie najemnika krążyło ciekawsko wokół pomieszczenia, w wyuczonym dawno odruchu badając nieznane. Ćmy nigdy nie spędzały swoich wieczorów w lokalach tak wysublimowanych, grzecznych. Zajmując się ludzką szkodą, oczekiwały ich zaledwie puste kąty podrzędnych szynków.
— Usiądź, rozgość się — polecił bard, powłóczyście sunąc wzrokiem po zebranym towarzystwie — i pozwól, że resztą zajmę się ja. Właściciel to mój dobry, stary znajomy, pewien stąd jestem, że znajdą się dla nas wolne pokoje. Zresztą, Roche niejedną jest mi winien przysługę, najwyższy czas tedy, by się odwdzięczył. Roche!
Lilian pomaszerował w stronę szynkwasu, pozostawiając Ashera samego.
Nim usiadł przy pustej ławie, dłonie najemnika powędrowały do skórzanego pasa, aby szybkim ruchem odtroczyć pochwę miecza, opierając broń o odrapany blat stołu. Ułożył się wygodnie, rozejrzał raz jeszcze, włócząc spojrzeniem po dekorowanej malowidłami boazerii. Kolory trzymały się wyrzeźbionych w drewnie wzorów, tworząc na ścianach bogatą kakofonię barw, kiedy czerwone dywany i ustawiona na półce za oberżystą bateria pustych, zielonych butelek, stanowiły wyłącznie dodatek, rolę głównodowodzącego w tutejszej ferii oddając licznym freskom.
Fioletowe oczyska zatrzymały się na sylwecie poety, chwacko wspierającego się biodrami o krawędź kontuaru. Nie widział jego twarzy, przez co nie był w stanie dostrzec jej wyrazu, ruchu ust. Wystająca zza lilianowego ramienia twarz oberżysty nie zdradzała jednak zadowolenia, z każdym kolejnym słowem ciemnowłosego – ginącym gdzieś w nieustających rozmowach otaczającej ich konfraterni – tworząc na spracowanym, spoconym czole kolejną brzydką zmarszczkę. Lilian opuścił głowę w poddańczym geście, Roche wzruszył ramionami. Coś więc poszło nie po ich myśli.
— Tutejsze wino gronowe, wyśmienity rocznik — skomentował poeta, kładąc na stole pełne alkoholu kielichy. — Na jedzenie zmuszeni jesteśmy jeszcze chwilę poczekać. Warto jednak, warto. Szczególnie po tylu dniach na hreczce ze skwarkami, nie uważasz?
Bard uśmiechnął się czarująco, usiadł naprzeciw swego towarzysza.
— Jest tylko jeden problem, choć być może słowo problem to zbędna hiperbolizacja. Nie ma co drobnych kłopotów w końcu wyolbrzymiać. Tak czy owak, okazało się, iż-
— Bal — przerwał krótko Asher, zupełnie niezainteresowany wspomnianymi przez Liliana trudnościami. Spojrzenie najemnika było zimne niczym lód. Nie zionęło dłużej pustkami czystej obojętności. — Koniec pierdolenia, w tej chwili chcę się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi. Bo nie uwierzę, że uwidziało ci się marginalnego wiarusa zabierać na bal u jaśnie oświeconej, tak o, bez powodu. Nie wyglądasz na kogoś, kto opinię innych miałby w czterech literach. A gdyby faktycznie tak było, na żaden bal zaproszenia byś nie dostał.
Przysunął czarkę do ust, spróbował miejscowego trunku. Dobre, cholera.
— Nie jesteś głupi. Gdybyś był, nigdy tak daleko byś nie zaszedł. Doskonale wiesz, z czym wiązałoby się pokazanie z osobą mojego pokroju, szczególnie u pierdolonej królowej. Jeśli komitywa dowie się, że zabrałeś ze sobą ochroniarza, zaczną podejrzewać, że czegoś się boisz, obawiasz ataku albo postradałeś w panice zmysły. Jeśli kwestię mojej profesji przemilczymy, założą, że łączy nas coś zupełnie innego, coś, co miejsca nie ma, a przez co – w najlepszym wypadku – stracisz poszanowanie swoich wielmożnych przyjaciół, w najgorszym – tytuł, ziemię i przywileje. Jestem pewien, że niejedna młódka z ogromną chęcią potowarzyszyłaby wielkiemu poecie Deslysowi. Ożenku w dodatku brak, a my nie młodniejemy. Zdajesz sobie sprawę, ile chętnych by się znalazło?
Lilian milczał, wsłuchując się w kolejne słowa swego towarzysza.
— Nigdy nie byłem dobry w te gierki, konwenanse gówno mnie obchodzą, ale swoje wiem, podstawy znam. Wiem też, jak bardzo muszą się wielmożni pilnować, by nie utopić się zaraz w szambie, jakim jest wasze wysublimowane środowisko. Jeśli faktycznie chodziłoby zwyczajnie o ochronę, kazałbyś mi iść pić z gwardią jaśnie oświeconej w koszarach i tyle by z naszego wspólnego balowania było. Więc? — Najemnik pochylił się do przodu, nie odwracając spojrzenia od modrych tęczówek barda. — Pytam raz jeszcze, o co naprawdę chodzi?

7.04.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Obserwował z uwagą poczynania gwardzisty, jednym ruchem zrzucił z pleców popielatą burkę, której płaszcz wadził przy wyprowadzaniu kolejnych ciosów. Odskokiem uniknął krótkiej pół-sinistry, robiąc dwa kroki w bok, uniknął również przewidzianej finty. Ostrze przecięło powietrze tuż przy czubku nosa, musnęło kilka siwych kosmyków, niesfornie wypadających z uwiązanego koka. Oddech przyspieszył, Asher zacisnął pewniej dłoń na rękojeści miecza, kątem oka dostrzegając zbliżającą się ku niemu dwójkę strażników. Trzech na jednego. Przeklął w myślach, skontrował dextera z pchnięcia. Nie raz i nie dwa radził sobie z większą ilością przeciwników. Napierające bandziory, grupki zdurniałych flisaków, chwaty z miejskich, podrzędnych szajek, wyposażeni w tępe ostrza, rozpadające się bindasy, rdzewiejące nadziaki. Nędzny drągal równać się jednak podszkolonemu żołnierzowi nie mógł. Choć jedni i drudzy równie bywali zidiociali, choć jedni i drudzy równie bywali rozpaskudzeni, gnuśni i równie wstrętni w swej arogancji, wyuczona bólem oraz siłą ręka, rzadko kiedy zapominała o wbitych jej do mięśni ruchach.
Stal szczęknęła, pobrzęk pustych, płytowych zbroi wypełnił cały skwerek, docierając do uszu zbierających się gapiów. Rechot nadlatujących wron rozbrzmiał nad głowami walczących, stado czarnych ptaszydeł, poruszając się wyłącznie po wyznaczonym przez siebie okręgu, tworzyło cienisty, matowy wir. Zmarznięte, wygłodzone, przez lata nieustających zamieci pozbawione pożywienia w postaci nasion, owadów, świeżych owoców, ściągnięte smrodem pierwszych kropel krwi, czekały. W bezmyślnej pewności o wizji nadchodzącej uczty. Asher westchnął, uniknął kolejnego ataku, lecz nie całkowicie, czując, jak żeleźce halabardy rozcina skórzany napierśnik, zahaczając hakiem o skórę pod piersią. Gówno, pomyślał, chroniony przed bólem siłą mamiącej umysł adrenaliny. Nie dzisiaj, pierdolone ptaszyska. Nie dzisiaj.
W odpowiednim momencie, po wyminięciu wystarczającej ilości ciosów, dostrzegając w ruchach drabów pierwsze oznaki zmęczenia, zachwiania, nagłej ociężałości, pomknął w stronę wąsatego dowódcy, pionowym cięciem trafiając w odsłonięty między płytami skrawek ramienia. Mężczyzna zawył niczym kopnięte psisko, runął na plecy, siłą ataku powalony na ziemię. Najemnik nie miał wiele czasu, by rozprawić się z resztą. Choć cios był precyzyjny, choć spowolnił przeciwnika tak, jak zakładał, Asher uderzał płytko, z opanowaniem, nie chcąc pozbawiać strażników kończyn, doprowadzać do krwistej jatki. Nie potrzebowali kolejnych problemów. Jedynie chwili pozwalającej czmychnąć w objęcia velteńskich cieni, które szybko miały zaprowadzić ich dwójkę pod same drzwi podziemnej nory Ciem.
— Precel, bierz sukinkota! — Wrzask Jagody przebił się przez kakofonię trzasków i łupnięć, ginąc dopiero za pierwszymi rzędami milczącego tłumu. Czarny kłębek sierści wynurzył się zza studni, warknął gniewnie, zaciekle, ostrzegając o nadchodzącym ataku, pędem puszczając się przed siebie i zwinnym slalomem unikając kiwających się gwardzistów, odskakującego na bok Ashera, wymierzającej cios Jagody, cofającego się rudzielca. Pożółkłe zębiska błysnęły w kontraście z ciemnym włosem, ochrypłe ujadanie wsunęło gładko w tworzoną przez walczących orkiestrę. Precel odbił się z łatwością od ziemi, zalegające na skwerku błoto prysnęło na wszystkie strony, lecz kłów nie zderzając ze sztylpami, pazurów nie wbijając w dudniące hełmy, napierśniki, złapał za materiał adamaszkowego płaszcza, odrywając jego kawałek od reszty bogato zdobionego stroju. Żałosny krzyk barda rozniósł się po okolicy.
— Nie tego sukinkota! — dodała tropicielka, wywracając oczami.
Gwardzista w poobdzieranej, pasiastej przeszywanicy, czując się nader pewnie w walce z nieuzbrojonym babskiem, złapał za ramię Jagody, pewnym ruchem chcąc posłać ciało przeciwniczki w rozległą kałużę błocka. Nie dostrzegł jednak błysku wysuwanego zza pasa kordelasa, nie powstrzymał kobiety przed sięgnięciem po broń, której rękojeść, nim brzeszczot wbił się głęboko w przedramię, łupnęła o stalowy hełm jak o dzwon, tym samym całkowicie powstrzymując strażnika przed unikiem, kontrą. Tropicielka ryknęła gniewnie, resztkami sił unikając poprzecznego cięcia z dołu, wyprowadzonego przez kolejnego chwata. Nosz kurwa, nie będzie wstrętny drab pluł jej w twarz.
Asher, wykonując półobrót, tnąc powietrze mieczem, tym samym chcąc zachować swych wrogów na dystans, dostrzegł wirującego w walce rudzielca, z lekkością akrobaty wymijającego kolejne cięcia, wypady, zmylającego strażnika niepełnymi ruchami, twardą podeszwą kozaków celującego w kostki, kolana, najbardziej odkryte miejsca na cielsku przeciwnika. Nie sądził, że obcy konfrater Jagody brata, teraz bezczelnie tającego się przed kłopotami pod okapem jednej z chat, okaże się w ich potyczce jakkolwiek przydatny. Że być może, ale tylko być może, dzięki dodatkowej parze rąk, uda im się wyjść z tego cało. No, przynajmniej żadna z niego niezguła.
— Kurwa mać, toż jeno dwóch chłopa i baba — odezwał się dowódca o pokaźnym wąsie, z wolna dochodząc do siebie po precyzyjnym cięciu najemnika — zbójów trójka, spiąć rzyć i machać, machać!
A miał być święty spokój, pomyślał Asher, czując, jak pierwsze ukłucia bólu roznoszą się po wyczerpanych mięśniach, stawach, kościach. Ciął powietrze, ostrze świsnęło, wyprowadził poziomy, szeroki cios z finty i niepotrzebnie się odsłaniając, pozwolił na atak jednego z gwardzistów. Ostry syk wymsknął się spomiędzy ust najemnika. A miał przecież cały dzień przesiedzieć na dupie w szynku nieopodal, rozkoszować się rzadkim brakiem obowiązków, zadań, wlewać w siebie kolejne kwinty prześmierdłego piwska, cierpliwie wyczekując momentu kompletnej ucieczki, pozbawienia świadomości, która w chwilę oddzielała się od ciała, pozwalając mu na występki nieraz podłe, zazwyczaj bałwańskie, rzadko potrzebne czy niezbędne. A miał się przecież, językiem ulicznych warchołów posługując, napierdolić jak świnia, w odrażającym zamroczeniu móc sobie pozwolić na przespaną noc. Tę noc, nie dość, że nie prześpi, spędzi na rozmasowywaniu obolałych kończyn.
— Puszczaj, chuju!
Wzburzony pisk przebił się przez tworzone ostrzami harmonie, przedostał przez wszechobecne larum, sygnalizując o nagłym potknięciu, możliwej porażce. Asher skontrował jeden z ciosów, nie trafiając w cel, pospiesznie odepchnął przeciwnika, chcąc kupić sobie wystarczająco dużo czasu na rozeznanie się w nowej sytuacji. Nagły lęk zacisnął swe szpony na obolałych żebrach, spojrzenie Aureliona runęło w stronę reszty.
Jeden z drabów, ten sam, z którego ciętej rany na ręce leniwie lała się krew, rzucił się na tropicielkę od tyłu, zawiesił na szyi kobiety, ciągnąc jej ciało ku ziemi, przyduszając, nie pozwalając zbytnio na ruchy, wierzganie, jakąkolwiek próbę obrony. Ryży, wyraźnie obrotem spraw zaskoczony, odwrócił spojrzenie na Jagodę, tym samym pozwalając, by łysa łachudra bez hełmu wycelowała kopniakiem w jego cholewę, pozbawiła go równowagi. Asher wziął głęboki wdech, zamieszanie pozbawiło najemnika koniecznej w tej chwili uwagi. Bez zastanowienia, w przypływie nagłego gniewu, rzucił się przed siebie, gotów rozchlastać czaszkę łajdaczyny, która zdecydowała się zaatakować jego towarzyszkę.
— Jagoda! — warknął, zbliżając się do ich dwójki, brnąc przed siebie, nie zważając na resztę otoczenia i nachodzących na niego ze wszystkich stron strażników. Jebać grajka i jego rudego równiaka. Jebać strażników i obserwujący ich motłoch. Jebać ten dzień, tę przepychankę, zahamowania, czy tworzące się w umyśle Ashera pretensje rozwścieczonego Otta, dowiadującego się, iż jeden z najstarszych z jego prywatnej, podziemnej szajki, zdecydował się zarżnąć gwardzistę w samym centrum tego velteńskiego kurwidołka. Nie mógł pozwolić, by dobrali się do Jagody. Nie mógł pozwolić, by stała się jej krzywda. Nie, nie mógł.
Nie dostrzegł w czas wyłaniającego się z jego boku i napierającego zaciekle osiłka, jego nadchodzącego ciosu, ciężko sunącej w powietrzu płytowej rękawicy. Twarde żelazo kordowej głowicy przyrżnęło w czoło najemnika, przecięło skórę i wbiło omal w czaszkę, siłą uderzenia krusząc zewnętrzną powierzchnię kości. Aurelion zakołysał się na miękkich kolanach, otoczenie omiotły błyski oraz smugi kolorów, szybko przemienione w przeżerające skwer cienie. Oręż wypadł z ręki, mlasnął, lądując w kałuży błota. Za nim na ziemię runęło ociężałe cielsko Ashera, niespodziewanie odmawiające najemnikowi posłuszeństwa.
A miał być święty spokój, pomyślał, tracąc przytomność.

5.04.2022

Od Ashera do Liliana

— Na śródokręcie kobyłę, na śródokręcie!
— Biegnijże po tego szypra naszego, kruca mać, wypływać mamy!
— Wędzone witlinki, witlinki wędzone! Jeszcze świeże, jeszcze świeże!
Asher ściągnął siwe brwi, spojrzeniem przemknął po wzmożonym rozgardiaszu apreńskiego portu. Wszechobecny rejwach przyprawiał o ból głowy, a słońce, niezwykle gorące w swych promieniach, muskających policzki smugach światła, pozostawiało na spiczastym, białym nosie pierwsze ślady oparzeń.
— Hejże, ostrożnie mi tam!
Głos rudowłosej pani kapitan rozniósł się po deku. Józefina zrobiła pospieszny krok w przód, zakołysała się na relingu, żwawo łapiąc za przytwierdzony do falszburty powróz. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetach dwóch, wstawionych po ostatniej nocy kamratów.
— Dostajemy w jednym kawałku, odstawiamy w jednym kawałku. Nie za uszkodzony towar nam płacą, panowie.
Najemnik zerknął w stronę kobiety, iskierka widocznego zainteresowania błysnęła w fioletowym oku. Osoba kapitan, tak odstająca od enryńskich szarości, nieustających zim i nieznośnej monotonii, idealnie wpasowywała się w tutejszą kakofonię dźwięków, kolorów.
Na oblaną piegami twarz Józefiny wstąpił cwaniacki uśmieszek.
— I jak pierwsze wrażenia?
— Głośno. Duszno — mruknął w niezadowoleniu. — Tłoczno.
Kapitan zachichotała. Ciepło, szczerze.
— Jeśli masz nadążać za swoim nowym zleceniodawcą, lepiej szybko zacznij się przyzwyczajać. — Wyciągnęła palec w stronę jednego ze stoisk, wskazując na targującego się o kilka kawałków grillowanego dennika Liliana.
Asher westchnął z wyraźnym zrezygnowaniem, ciepły powiew wiatru wtargnął między siwe kosmyki włosów, pozwalając, by te sprawnie zasłoniły grymas najemnika. Doświadczenie miał niemałe, łaził za i pilnował niejednego pętaka, panicza czy innej niezguły, lecz zadanie, z którym miał się zmierzyć właśnie teraz, właśnie na ziemiach zupełnie mu obcych, właśnie w towarzystwie nie do końca wciąż poznanego birbanta i sybaryty, od samego początku wydawało się, nie tyle trudne, ile uciążliwe, drażniące, niezwykle wkurwiające.
I dopiero teraz zaczął dostrzegać między Jagodą a Lilianem właściwe podobieństwa. Asher nie potrafił nadążyć za jednym Willisem, jak i za drugim.
— Litości — wyburczał krótko, samemu decydując się na zejście z pokładu.
Błoto mlasnęło przy spotkaniu z twardą podeszwą oficerek, uleciało na boki, wciąż desperacko trzymając się powierzchni uświnionej, portowej kostki. Smród surowego rybska, potu i wszędobylskiego faryzeizmu drażnił co delikatniejsze nozdrza, w sposób nieznany i niepojęty nie przedostając się nigdy poza niewysoki, jasny i oddzielający port od całej reszty osiedli murek; poza wydzielony przez dwa, przestarzałe żurawie kawałek, należącego do miasta, brzegu. Panująca ciasnota i nachodzące na siebie kramy dodawały kolejnej szczypty bezładu, bardaki, w której – ku asherowemu zdziwieniu – doskonale odnajdowały się obecne na placyku tłumy, zwinnie i żwawo przeciskające się przez wąskie, niezgrabne przerwy między wystającymi belkami straganów. Kolorowe baldachimy stoisk falowały na kolejnych podmuchach wiatru.
Wiosenne słońce parzyło liczne, opalone twarze. W tym tę jego – białą, zimną, stęsknioną za delikatnymi pocałunkami gorąca.
— Miło było cię znowu zobaczyć, pięknisiu. — Rivanni wynurzyła się z cienia statku, bezmyślnie kładąc śniadą rączkę na ramieniu mężczyzny. Wiedziała, że tego nie lubił. Niezapowiedzianej bliskości. Wiedziała jednak również, że jest jedną z niewielu osób, którym Asher jest ów występek w stanie darować. — Całego i zdrowego rzecz jasna. Będę zupełnie szczera, nie sądziłam, że uda ci się tyle wytrwać na tym wypizdowie. Cholera, postawiłam w związku z tym nawet kilka zakładów, teraz mogę mieć tylko nadzieję, że Ben o wszystkim zapomniał i nie przylezie zaraz upominać się o pieniądze. Mogę mu co najwyżej postawić kwartę tutejszego piwska.
Cień uśmiechu wstąpił na lico najemnika.
— A więc? Ile mi dałaś?
Rivanni westchnęła ciężko, wzruszyła ramionami. Czarne loki podskoczyły wraz z powiewem nadbrzeżnego wiatru, bursztynowe oczka, równie złote co liczna kobiety biżuteria, błysnęły w świetle zachodniego słońca.
— Około dziewięciu miesięcy. — Asher skrzywił się nieznacznie. — No, ale popatrz, ile to już minęło? Siedem lat, osiem? Żeś ładnie się wyrobił. No, a teraz wreszcie możesz choć na chwilkę wyrwać się z tego swojego iście szarego, velteńskiego kurwidołka.
Miała rację. Niekończąca się zima Rietvy zbyt długo już mroziła zastałe wojownika mięśnie.
— Też schodzisz na ląd?
Rivanni kiwnęła głową, zrobiła dwa kroki w przód.
— Chciałabym ci przypomnieć, że mam swój własny statek i swoją własną załogę. Sprawy w Rjeven załatwiłam, zaciągać tam wszystkich moich ludzi sensu nie było. A że akurat w porcie zjawiła się również Józefina, która lada dzień miała wypływać w stronę Enrynu, grzecznie poprosiłam o pryczę pod pokładem.
— Grzecznie, co?
Rivanni zachichotała psotnie, zatrzepotała bujnymi rzęsami.
— Na kolanach.
— Dennika?
Trzeci głos, ni to wysoki, ni niski, z lekka ochrypły i jak zawżdy śpiewny, dotarł do uszu rozdyskutowanej diady, zgrabnie i lekko wtrącając się pojedynczym słówkiem w sam środek pogwarki. Zwracając na siebie całą otoczenia uwagę, Lilian wyciągnął do przodu rękę z trzymanym pakunkiem grillowanego filetu. Nim kapitan zdołała cokolwiek na propozycję barda odrzec, Aurelion posłał Lilianowi surowe spojrzenie.
— Nie — warknął półszeptem, zaciskając usta w smukłą linię.
Powagi, do kurwy nędzy, powagi.
Lilian westchnął z wyuczoną przesadą, wzruszył ramionami. Materiał adamaszkowej burki spłynął po męskich ramionach.
— Za grosz w tobie zabawy — odparł, w ostateczności rezygnując z dzielenia się swą przekąską.
— Bo to nie zabawa.
Poeta przewrócił oczami.
— Upierdliwiec i malkontent, kwękacz i grymaśnik. Rozejrzyj się, mój drogi, i rozluźnij trochę. Złość piękności szkodzi.
Nie wiedział jak długo dane będzie mu słuchać tego typu przekomarzanek, jak długo wytrzyma, wysłuchując co inszych to frazesów, banałów i odzywek. I na co mu to było? Na co te kilka monet, które prędzej czy później zarobiłby z kolejnego, wspólnego zlecenia Ciem, które Otto ostatecznie i mu wręczyłby do dłoni? Na dodatkowy kufel piwa, na scerowanie obdartych bryczesów, nowy szamerunek na przestarzałej kamizelce? Co za gówno.
— W porządku — Rivanni złapała za krawędzie czarnego kapelusza, poprawiła przekrzywione rondo. — Miło było was zobaczyć, miło było poznać. Bawcie się dobrze, chłopcy. Tylko nie za dobrze.
Asher wziął głęboki wdech, dostrzegając kolejny z lilianowych, kokieteryjnych uśmiechów. Niewygodne były mu długie, słoneczne, apreńskie dni.

1.03.2022

Od Ashera do Jagody

Coś świsnęło obok ucha, przeleciało obok głowy, lądując wreszcie w kącie przyćmionego pomieszczenia, zaraz w pobliżu dwójki, teraz niezwykle poruszonych, drągali, we względnej ciszy próbujących posilić się kolejną porcją paćki z kaszy i niewiadomego pochodzenia mięsa. Drewniany kufel potoczył się po ławie, jego zawartość w chwilę wylądowała na kamiennej posadzce, a ława, wystarczająco już zniszczona, niepewnej budowy, zadygotała pod piąstkami tropicielki, na co Asher pospiesznie złapał za swoje własne naczynie z piwem, w szybkiej próbie chcąc wszelakie resztki alkoholu, przed Jagody gniewem, uratować.
Westchnął z ulgą, wpatrzony w rozkołysaną pianę trunku. Jagódka zerwała się na równe nogi, w mig pokonując drogę między ich miejscami a stojącym nieopodal karczmarzem. Mężczyzna zadrżał, dostrzegając buchający w modrym oku gniew.
— O, nie. Nie, nie, nie — westchnął z niezadowoleniem. — Toż to już trzeci raz w tym tygo-
— Morda w kubeł. — Ręce kobiety sięgnęły po pusty antałek, ciskając nim w kolejną grupkę milczącej klienteli. — Jak cię nie pytają, to nie trzep ozorem.
Bo niezgrabny oberżysta, towarzystwem Ciem niebywale zmęczony, tego tygodnia już raz trzeci będzie zmuszony swą marną kleć do jako takiego porządku doprowadzać. I tylko dzięki kilku słowom Otta – monetom być może również, tych Otto miał w końcu pod dostatkiem – ów marny przedsiębiorca, po pomoc przemierzających ulice strażników, jeszcze nie wołał.
Tacy z nich, od siedmiu boleści, szczęściarze.
— A teraz powtórz to, co przed chwilą wypaplałeś. — Palce Jagody zacisnęły się na skrawku poniszczonej, męskiej jopuli, po pomieszczeniu przeszedł donośny wizg. — No, już, nie mamy całego dnia!
Karczmarz przełknął nerwowo ślinę.
— M-Mówi się, że do Velten zajechał jaki szarpidrut, z Królestwa Apreńskiego aż. No i, mimo iż nosi się jak, jak wielki panicz, to głośno wśród nas o nim, bo niby do panienki taki podobny, jak bogów kocham, kropla w kroplę.
Spojrzenie fioletowych tęczówek runęło wreszcie na osobę Jagody, obserwując, notując, by, jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, odpowiednio szybko zareagować, powstrzymać dziewczę przed rozgardiaszem kompletnym. Siwowłosy wychylił kolejny haust piwska.
Szczyny. Jak zwykle.
— Gdzież to usłyszał? Gdzież?
— Bo ja wiem, różna hołota mi się tu przez gospodę przewija, każdego spamiętać nie mogę.
Tropicielka przeklęła coś pod nosem, warknęła z niezadowoleniem, puszczając ostatecznie zmiętoloną tunikę roztrzęsionego jegomościa, kierując się z powrotem w stronę lady. Asher odetchnął z ulgą, nie wiedząc jednak jeszcze, że ława miała lada moment wylądować na zakurzonym kamieniu, blatem do dołu. Ściągnął siwe brewki, pokręcił głową. Kolejny łyk średniej jakości napitku.
— Próbuję w spokoju pić — wymamrotał, doskonale zdając sobie sprawę, iż Jagoda, zbyt przejęta rosnącym w jej piersi gniewem, w zupełności na jego słowa nie zareaguje.
— Dam ci jeszcze jedną szansę. Skąd? Skąd wszyscy nagle wiedzą o jakimś kolejnym, pierdolonym grajku?
Szepty obserwujących rosły w siłę, szybko szeptami być przestając. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie, by wszyscy ponownie zamilkli. Siedzący w północnej części gospody starzec, w przestrachu wsunął na czubek głowy spiczasty kaptur.
Bezimienny karczmarz zerknął w stronę Ashera, z głuchą prośbą wypisaną na szarej, pomarszczonej twarzy. Najemnik wzruszył ramionami. Furia kobiety trudną była do stłumienia.
— Mówili… Wspominali coś o… o… Oczko, tak! Znowu jest w mieście, to i kolejne nowości również. A z Oczko zawsze znajdzie się kolejna nowostka do rozpowiedzenia.
Jagoda wzięła głęboki wdech.
— Imię. Mówili jak mu na imię? Temu bardowi?
— P-Podobno Lilian każe na siebie mówić, taki, jak oni to mówią, pseudonim artystyczny, czy jakoś tak. Tyle wiem, nic więcej, przysięgam, na bogów się klnę. Wystarczy już, proszę!
Pierwiastek zaskoczenia błysnął w modrym oku, mięśnie twarzy zadrżały, natężyły się straszliwie, napinając skórę na dziewczęcym licu. Siwowłosy pospiesznie podniósł się ze swojego miejsca, piwsko odkładając na stolik obok, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy swej towarzyszce. To był ten moment. Moment, w którym należało reagować.
Jagoda ponownie pozwoliła sobie złapać za kołnierz tuniki, przyciągnęła oberżystę ku sobie, ku drugiej ręce, przygotowującej się do ciosu, kiedy silny uścisk obcej dłoni znalazł się na jej smukłym ramieniu, szybko uwalniając tropicielkę spod lawiny rozeźlenia. Zerknęła przez ramię, zatrzymując spojrzenie na jego fioletowych oczyskach.
— Precz, kurwa. Bo ty też dostaniesz.
— Nie, wystarczy — odparł Asher, w zupełnym spokoju, z zimnem i obojętnością, choć obojętny, jak widać, nie był wcale. — Więcej z niego nie wyciągniesz, sama dobrze to wiesz. A teraz grzecznie wychodzimy. I myślę, że należą mi się pewne wyjaśnienia.

25.02.2022

What's doomed is doomed
ashes to ashes, dust to dust

Asher
Asher
one. two. three. four.
Viorica nie odwraca spojrzenia od ciemności bezgwiezdnej nocy, od szkła odrapanego czasem, tonąc bytem w czarnych całunach pomroku – całunach udręczających umysł, udręczających liche serduszko, bo myśli zgubnych zwalczać, w tym od zawsze nierównym pojedynku, nie potrafi. Nie słyszy rozpaczliwych krzyków służby, nie dostrzega łysku stali, nie dla jej ocząt obraz dławiącego się krwią klucznika, pozbawionej ręki pokojówki. Tęskni sama, w cieniach swego pokoiku, pustego i szarego, jak szary obraz nadchodzących mglistości. Cierpi sama, pozbawiona wiary i otuchy pozbawiona, kiedy beznadzieja przeżera się przez mięśnie, wchłania w szpik kostny. W dziewczęcych oczkach nikną resztki niewinności.
Inni szepczą zbyt głośno, a być może szeptać nie potrafią, odwracając plecy w fałszywej obojętności, w zimnie i niewzruszeniu, choć wzrusza się całe towarzystwo. Widzi ich gardzące spojrzenia, słyszy przeklęte nazwisko, jak z trudem przez krtań wielu przechodzi, bo bogom litości zabrakło, gdy zabierali ze sobą ojca, gdy zabierali ze sobą matkę. Posądzają ich o słabość, o akt ostatecznej desperacji, o blizny, które skrywać miały rękawy ulubionych matuli jedwabi, złote, odbijające w sobie światła, bransolety. I nie rozumie już nic, zagubiona w zeznaniach, kłamstwach najbliższych, wspomnień nagich cierniach. Aurelionie, mówiłeś, że to choroba. Och, Aurelionie, tak bardzo się boję.
Bo opuszczona przez rodzinę, przez bogów opuszczona również, tylko mu ufa ostatnimi dniami. Wierzy w niego całym swym jestestwem, bytem i siostrzaną miłością, gdy chowa w swych uśmiechach setki smug wiosennego słońca, tak miło przywodzących na myśl zapach kwitnącej czeremchy.
Aczkolwiek dzisiejsza noc trąci jedynie smrodem szaleju.
Viorica słyszy kroki, zgrzyt rdzewiejących zawiasów, stwardniałej deski. Podnosi się w pośpiechu z poduszek, mknie ku korytarzom, nie zważając dłużej na zimno wbijające się igiełkami w odkryte podeszwy stóp. Siwy warkocz wprowadza w ruch, siwy warkocz tańczy, zawija się wokół dziewczęcej sylwetki, tnie powietrze i uderza o ściany, kiedy Viorica maszeruje, przemyka przez kolejne pokoje, pchana przez żałość, przez utęsknienie. I kiedy go dostrzega, stojącego w drzwiach, na baczność, w bezruchu, przyspiesza w ostateczności kroku, by zaraz znaleźć się przy nim, by objąć szczupłymi ramiączkami dudniący metal napierśnika. Nie zauważa jednak bijącej od fioletowych ślepi pustki. Nie zauważa ostrza broczącego krwią.
— Aurelionie, nie zostawisz mnie, prawda?
A odpowiedź nigdy nie nadchodzi.
Aurelion S. Handrahan / 25.03.1253 / Basya, Sceiv Astua
Aurelion nie odwraca spojrzenia od ciemności trawiących pozbawiony okien pokój, od uchowanego w cieniach sufitu, wilgotnego, spękanego, tonąc bytem w czarnych całunach pomroku – całunach udręczających umysł, udręczających niechciane myśli, które gniewnie i ze znaną sobie pieczołowitością, wypalają na rozumie blizny, pozostawiają cięcia, znaki. Nie słyszy śmiechów reszty, gdy Ćmy dalej mielą jęzorami, w noc wolną od roboty, od zleceń, nie dostrzega ognistych wstąg świec, które swym światłom, w nieumiejętnej próbie, pozwoliły podpełznąć pod spróchniałe drewno drzwi. Śni sam, w cieniach swego pokoiku, pustego i szarego, jak szary obraz przeszłych mglistości. Cierpi sam, pozbawiony wiary i otuchy pozbawiony, kiedy zmęczenie przeżera się przez mięśnie, wchłania w szpik kostny. Z fioletowych niby ametyst ślepi już dawno czmychnęły resztki niewinności.
Inni szepczą zbyt głośno, a być może szeptać nie potrafią, stwierdzając, że zaginął, że pewnie dawno już nie żyje, żałością pchnięty ku mrokom przepaści. Unika ich gardzących spojrzeń, swojego przeklętego imienia, przeklętego nazwiska, pozostawiając za sobą sam proch, rodzinną zagładę, gdy śniegi uznaje za dom, gorzałę za przyjaciółkę, heggę za wroga. Snów nie oddziela dłużej od rzeczywistości, chwilom, czynom i gniewowi pozwala zanikać w odmętach świadomości, wciąż nie będąc pewnym czy myśli te są jego, czy intruza, który wprosił się do jego głowy. I jedyna tylko chwila pozostaje faktem, niezmiennym, podłym wspomnieniem. Zabił. Zabił ją, kierowany ręką innych. Przepraszam. Tak bardzo mi przykro.
A uciekłszy przed sprawiedliwością, przed wrogą dłonią winnych również, nie pozostało mu nic, prócz palącej chęci zemsty. Pomsta na dobre osiadła się w jego jestestwie, bycie i wyprała z resztek emocji, gdy rozsądek mroziła cienkimi szpilami lodu, przywodzącymi jedynie na myśl odór rozkładającego się w śniegu cielska.
Dzisiejsza noc również trąci śmiercią i smutkiem.
Aurelion poprawia się na wypchanym sianem materacu, przewraca na bok, w zupełności odcięty od narastających zza drzwi śmiechów, rozweselonych okrzyków. Bierze głęboki wdech – zimne powietrze kłuje wyschnięte usta, kłuje zmrożone płuca, ale do retviańskiej, nieustającej zimy zdążył się już przyzwyczaić, z pewnością stwierdzając, że chłód doskonale wpasowuje się w żywot mordercy. Spojrzenie zatrzymuje na wiszącej na ścianie makacie, na boskich rysach Druski, kolorowymi nitkami wszytych w czerwień jedwabiu i przeklina bogów, przeklina Valenrishów, poprzysięgając im w ciszy odwet, zasłużony dawno terror. I kiedy zaciska dłonie w piąstki, kiedy paznokcie wbijają się w bladą skórę aż do krwi, zgrzyt rdzewiejących zawiasów oświadcza przybycie nieznajomego, niespodziewanego, wyrywając Aureliona z ponurej gonitwy myśli. Ciemna sylweta wkracza do pokoju, mknie przez ciemności, by w okamgnieniu znaleźć się obok niego, ułożyć zmarnowane ciałko na lichym, skrzypiącym łożu.
Dobrą chwilę spędzają w ciszy, w zrozumieniu. Jagodzie obca jednak sztuka milczenia.
— Nudno tam na dole bez ciebie, śnieżynko. Podziel się duchami, które cię męczą, we dwójkę prościej nam będzie z nimi walczyć.
Aurelion unosi kąciki ust, w tak rzadkim sobie uśmiechu.
dezerter, najemnik / siostrobójca / Velten, Południe
staty
styki
siła
9
szybkość
5
zwinność
4
kondycja
7
mądrość
4
charyzma
1
knight of swords
the fool