25.02.2022

What's doomed is doomed
ashes to ashes, dust to dust

Asher
Asher
one. two. three. four.
Viorica nie odwraca spojrzenia od ciemności bezgwiezdnej nocy, od szkła odrapanego czasem, tonąc bytem w czarnych całunach pomroku – całunach udręczających umysł, udręczających liche serduszko, bo myśli zgubnych zwalczać, w tym od zawsze nierównym pojedynku, nie potrafi. Nie słyszy rozpaczliwych krzyków służby, nie dostrzega łysku stali, nie dla jej ocząt obraz dławiącego się krwią klucznika, pozbawionej ręki pokojówki. Tęskni sama, w cieniach swego pokoiku, pustego i szarego, jak szary obraz nadchodzących mglistości. Cierpi sama, pozbawiona wiary i otuchy pozbawiona, kiedy beznadzieja przeżera się przez mięśnie, wchłania w szpik kostny. W dziewczęcych oczkach nikną resztki niewinności.
Inni szepczą zbyt głośno, a być może szeptać nie potrafią, odwracając plecy w fałszywej obojętności, w zimnie i niewzruszeniu, choć wzrusza się całe towarzystwo. Widzi ich gardzące spojrzenia, słyszy przeklęte nazwisko, jak z trudem przez krtań wielu przechodzi, bo bogom litości zabrakło, gdy zabierali ze sobą ojca, gdy zabierali ze sobą matkę. Posądzają ich o słabość, o akt ostatecznej desperacji, o blizny, które skrywać miały rękawy ulubionych matuli jedwabi, złote, odbijające w sobie światła, bransolety. I nie rozumie już nic, zagubiona w zeznaniach, kłamstwach najbliższych, wspomnień nagich cierniach. Aurelionie, mówiłeś, że to choroba. Och, Aurelionie, tak bardzo się boję.
Bo opuszczona przez rodzinę, przez bogów opuszczona również, tylko mu ufa ostatnimi dniami. Wierzy w niego całym swym jestestwem, bytem i siostrzaną miłością, gdy chowa w swych uśmiechach setki smug wiosennego słońca, tak miło przywodzących na myśl zapach kwitnącej czeremchy.
Aczkolwiek dzisiejsza noc trąci jedynie smrodem szaleju.
Viorica słyszy kroki, zgrzyt rdzewiejących zawiasów, stwardniałej deski. Podnosi się w pośpiechu z poduszek, mknie ku korytarzom, nie zważając dłużej na zimno wbijające się igiełkami w odkryte podeszwy stóp. Siwy warkocz wprowadza w ruch, siwy warkocz tańczy, zawija się wokół dziewczęcej sylwetki, tnie powietrze i uderza o ściany, kiedy Viorica maszeruje, przemyka przez kolejne pokoje, pchana przez żałość, przez utęsknienie. I kiedy go dostrzega, stojącego w drzwiach, na baczność, w bezruchu, przyspiesza w ostateczności kroku, by zaraz znaleźć się przy nim, by objąć szczupłymi ramiączkami dudniący metal napierśnika. Nie zauważa jednak bijącej od fioletowych ślepi pustki. Nie zauważa ostrza broczącego krwią.
— Aurelionie, nie zostawisz mnie, prawda?
A odpowiedź nigdy nie nadchodzi.
Aurelion S. Handrahan / 25.03.1253 / Basya, Sceiv Astua
Aurelion nie odwraca spojrzenia od ciemności trawiących pozbawiony okien pokój, od uchowanego w cieniach sufitu, wilgotnego, spękanego, tonąc bytem w czarnych całunach pomroku – całunach udręczających umysł, udręczających niechciane myśli, które gniewnie i ze znaną sobie pieczołowitością, wypalają na rozumie blizny, pozostawiają cięcia, znaki. Nie słyszy śmiechów reszty, gdy Ćmy dalej mielą jęzorami, w noc wolną od roboty, od zleceń, nie dostrzega ognistych wstąg świec, które swym światłom, w nieumiejętnej próbie, pozwoliły podpełznąć pod spróchniałe drewno drzwi. Śni sam, w cieniach swego pokoiku, pustego i szarego, jak szary obraz przeszłych mglistości. Cierpi sam, pozbawiony wiary i otuchy pozbawiony, kiedy zmęczenie przeżera się przez mięśnie, wchłania w szpik kostny. Z fioletowych niby ametyst ślepi już dawno czmychnęły resztki niewinności.
Inni szepczą zbyt głośno, a być może szeptać nie potrafią, stwierdzając, że zaginął, że pewnie dawno już nie żyje, żałością pchnięty ku mrokom przepaści. Unika ich gardzących spojrzeń, swojego przeklętego imienia, przeklętego nazwiska, pozostawiając za sobą sam proch, rodzinną zagładę, gdy śniegi uznaje za dom, gorzałę za przyjaciółkę, heggę za wroga. Snów nie oddziela dłużej od rzeczywistości, chwilom, czynom i gniewowi pozwala zanikać w odmętach świadomości, wciąż nie będąc pewnym czy myśli te są jego, czy intruza, który wprosił się do jego głowy. I jedyna tylko chwila pozostaje faktem, niezmiennym, podłym wspomnieniem. Zabił. Zabił ją, kierowany ręką innych. Przepraszam. Tak bardzo mi przykro.
A uciekłszy przed sprawiedliwością, przed wrogą dłonią winnych również, nie pozostało mu nic, prócz palącej chęci zemsty. Pomsta na dobre osiadła się w jego jestestwie, bycie i wyprała z resztek emocji, gdy rozsądek mroziła cienkimi szpilami lodu, przywodzącymi jedynie na myśl odór rozkładającego się w śniegu cielska.
Dzisiejsza noc również trąci śmiercią i smutkiem.
Aurelion poprawia się na wypchanym sianem materacu, przewraca na bok, w zupełności odcięty od narastających zza drzwi śmiechów, rozweselonych okrzyków. Bierze głęboki wdech – zimne powietrze kłuje wyschnięte usta, kłuje zmrożone płuca, ale do retviańskiej, nieustającej zimy zdążył się już przyzwyczaić, z pewnością stwierdzając, że chłód doskonale wpasowuje się w żywot mordercy. Spojrzenie zatrzymuje na wiszącej na ścianie makacie, na boskich rysach Druski, kolorowymi nitkami wszytych w czerwień jedwabiu i przeklina bogów, przeklina Valenrishów, poprzysięgając im w ciszy odwet, zasłużony dawno terror. I kiedy zaciska dłonie w piąstki, kiedy paznokcie wbijają się w bladą skórę aż do krwi, zgrzyt rdzewiejących zawiasów oświadcza przybycie nieznajomego, niespodziewanego, wyrywając Aureliona z ponurej gonitwy myśli. Ciemna sylweta wkracza do pokoju, mknie przez ciemności, by w okamgnieniu znaleźć się obok niego, ułożyć zmarnowane ciałko na lichym, skrzypiącym łożu.
Dobrą chwilę spędzają w ciszy, w zrozumieniu. Jagodzie obca jednak sztuka milczenia.
— Nudno tam na dole bez ciebie, śnieżynko. Podziel się duchami, które cię męczą, we dwójkę prościej nam będzie z nimi walczyć.
Aurelion unosi kąciki ust, w tak rzadkim sobie uśmiechu.
dezerter, najemnik / siostrobójca / Velten, Południe
staty
styki
siła
9
szybkość
5
zwinność
4
kondycja
7
mądrość
4
charyzma
1
knight of swords
the fool

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz