5.04.2022

Od Ashera do Liliana

— Na śródokręcie kobyłę, na śródokręcie!
— Biegnijże po tego szypra naszego, kruca mać, wypływać mamy!
— Wędzone witlinki, witlinki wędzone! Jeszcze świeże, jeszcze świeże!
Asher ściągnął siwe brwi, spojrzeniem przemknął po wzmożonym rozgardiaszu apreńskiego portu. Wszechobecny rejwach przyprawiał o ból głowy, a słońce, niezwykle gorące w swych promieniach, muskających policzki smugach światła, pozostawiało na spiczastym, białym nosie pierwsze ślady oparzeń.
— Hejże, ostrożnie mi tam!
Głos rudowłosej pani kapitan rozniósł się po deku. Józefina zrobiła pospieszny krok w przód, zakołysała się na relingu, żwawo łapiąc za przytwierdzony do falszburty powróz. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetach dwóch, wstawionych po ostatniej nocy kamratów.
— Dostajemy w jednym kawałku, odstawiamy w jednym kawałku. Nie za uszkodzony towar nam płacą, panowie.
Najemnik zerknął w stronę kobiety, iskierka widocznego zainteresowania błysnęła w fioletowym oku. Osoba kapitan, tak odstająca od enryńskich szarości, nieustających zim i nieznośnej monotonii, idealnie wpasowywała się w tutejszą kakofonię dźwięków, kolorów.
Na oblaną piegami twarz Józefiny wstąpił cwaniacki uśmieszek.
— I jak pierwsze wrażenia?
— Głośno. Duszno — mruknął w niezadowoleniu. — Tłoczno.
Kapitan zachichotała. Ciepło, szczerze.
— Jeśli masz nadążać za swoim nowym zleceniodawcą, lepiej szybko zacznij się przyzwyczajać. — Wyciągnęła palec w stronę jednego ze stoisk, wskazując na targującego się o kilka kawałków grillowanego dennika Liliana.
Asher westchnął z wyraźnym zrezygnowaniem, ciepły powiew wiatru wtargnął między siwe kosmyki włosów, pozwalając, by te sprawnie zasłoniły grymas najemnika. Doświadczenie miał niemałe, łaził za i pilnował niejednego pętaka, panicza czy innej niezguły, lecz zadanie, z którym miał się zmierzyć właśnie teraz, właśnie na ziemiach zupełnie mu obcych, właśnie w towarzystwie nie do końca wciąż poznanego birbanta i sybaryty, od samego początku wydawało się, nie tyle trudne, ile uciążliwe, drażniące, niezwykle wkurwiające.
I dopiero teraz zaczął dostrzegać między Jagodą a Lilianem właściwe podobieństwa. Asher nie potrafił nadążyć za jednym Willisem, jak i za drugim.
— Litości — wyburczał krótko, samemu decydując się na zejście z pokładu.
Błoto mlasnęło przy spotkaniu z twardą podeszwą oficerek, uleciało na boki, wciąż desperacko trzymając się powierzchni uświnionej, portowej kostki. Smród surowego rybska, potu i wszędobylskiego faryzeizmu drażnił co delikatniejsze nozdrza, w sposób nieznany i niepojęty nie przedostając się nigdy poza niewysoki, jasny i oddzielający port od całej reszty osiedli murek; poza wydzielony przez dwa, przestarzałe żurawie kawałek, należącego do miasta, brzegu. Panująca ciasnota i nachodzące na siebie kramy dodawały kolejnej szczypty bezładu, bardaki, w której – ku asherowemu zdziwieniu – doskonale odnajdowały się obecne na placyku tłumy, zwinnie i żwawo przeciskające się przez wąskie, niezgrabne przerwy między wystającymi belkami straganów. Kolorowe baldachimy stoisk falowały na kolejnych podmuchach wiatru.
Wiosenne słońce parzyło liczne, opalone twarze. W tym tę jego – białą, zimną, stęsknioną za delikatnymi pocałunkami gorąca.
— Miło było cię znowu zobaczyć, pięknisiu. — Rivanni wynurzyła się z cienia statku, bezmyślnie kładąc śniadą rączkę na ramieniu mężczyzny. Wiedziała, że tego nie lubił. Niezapowiedzianej bliskości. Wiedziała jednak również, że jest jedną z niewielu osób, którym Asher jest ów występek w stanie darować. — Całego i zdrowego rzecz jasna. Będę zupełnie szczera, nie sądziłam, że uda ci się tyle wytrwać na tym wypizdowie. Cholera, postawiłam w związku z tym nawet kilka zakładów, teraz mogę mieć tylko nadzieję, że Ben o wszystkim zapomniał i nie przylezie zaraz upominać się o pieniądze. Mogę mu co najwyżej postawić kwartę tutejszego piwska.
Cień uśmiechu wstąpił na lico najemnika.
— A więc? Ile mi dałaś?
Rivanni westchnęła ciężko, wzruszyła ramionami. Czarne loki podskoczyły wraz z powiewem nadbrzeżnego wiatru, bursztynowe oczka, równie złote co liczna kobiety biżuteria, błysnęły w świetle zachodniego słońca.
— Około dziewięciu miesięcy. — Asher skrzywił się nieznacznie. — No, ale popatrz, ile to już minęło? Siedem lat, osiem? Żeś ładnie się wyrobił. No, a teraz wreszcie możesz choć na chwilkę wyrwać się z tego swojego iście szarego, velteńskiego kurwidołka.
Miała rację. Niekończąca się zima Rietvy zbyt długo już mroziła zastałe wojownika mięśnie.
— Też schodzisz na ląd?
Rivanni kiwnęła głową, zrobiła dwa kroki w przód.
— Chciałabym ci przypomnieć, że mam swój własny statek i swoją własną załogę. Sprawy w Rjeven załatwiłam, zaciągać tam wszystkich moich ludzi sensu nie było. A że akurat w porcie zjawiła się również Józefina, która lada dzień miała wypływać w stronę Enrynu, grzecznie poprosiłam o pryczę pod pokładem.
— Grzecznie, co?
Rivanni zachichotała psotnie, zatrzepotała bujnymi rzęsami.
— Na kolanach.
— Dennika?
Trzeci głos, ni to wysoki, ni niski, z lekka ochrypły i jak zawżdy śpiewny, dotarł do uszu rozdyskutowanej diady, zgrabnie i lekko wtrącając się pojedynczym słówkiem w sam środek pogwarki. Zwracając na siebie całą otoczenia uwagę, Lilian wyciągnął do przodu rękę z trzymanym pakunkiem grillowanego filetu. Nim kapitan zdołała cokolwiek na propozycję barda odrzec, Aurelion posłał Lilianowi surowe spojrzenie.
— Nie — warknął półszeptem, zaciskając usta w smukłą linię.
Powagi, do kurwy nędzy, powagi.
Lilian westchnął z wyuczoną przesadą, wzruszył ramionami. Materiał adamaszkowej burki spłynął po męskich ramionach.
— Za grosz w tobie zabawy — odparł, w ostateczności rezygnując z dzielenia się swą przekąską.
— Bo to nie zabawa.
Poeta przewrócił oczami.
— Upierdliwiec i malkontent, kwękacz i grymaśnik. Rozejrzyj się, mój drogi, i rozluźnij trochę. Złość piękności szkodzi.
Nie wiedział jak długo dane będzie mu słuchać tego typu przekomarzanek, jak długo wytrzyma, wysłuchując co inszych to frazesów, banałów i odzywek. I na co mu to było? Na co te kilka monet, które prędzej czy później zarobiłby z kolejnego, wspólnego zlecenia Ciem, które Otto ostatecznie i mu wręczyłby do dłoni? Na dodatkowy kufel piwa, na scerowanie obdartych bryczesów, nowy szamerunek na przestarzałej kamizelce? Co za gówno.
— W porządku — Rivanni złapała za krawędzie czarnego kapelusza, poprawiła przekrzywione rondo. — Miło było was zobaczyć, miło było poznać. Bawcie się dobrze, chłopcy. Tylko nie za dobrze.
Asher wziął głęboki wdech, dostrzegając kolejny z lilianowych, kokieteryjnych uśmiechów. Niewygodne były mu długie, słoneczne, apreńskie dni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz