W spojrzeniu fioletowych ocząt błysnęła iskierka zdumienia, szybko przeistaczająca się jednak w emocję mniej przyjemną, mniej poczciwą, zdradzając przepełniającą najemnika irytację. Nie zdążył zaprotestować, zakomunikować wyraźnego niezadowolenia, dostrzegając, że bard, nie zważając na nagłe zwolnienie w kroku najemnika, gna dalej przed siebie, gładko i elegancko wijąc się między ciasnymi, kolorowymi uliczkami. Asher westchnął ze zrezygnowaniem.
Bal. Jeszcze kurwa czego.
Nim minęło pół godziny, ich dwójka znalazła się na pokaźnym, brukowanym dziedzińcu, pełniącym zapewne rolę głównego placu miasta, domyślił się najemnik. Drewniane pergole otaczały rynek ze wschodniej i zachodniej strony, a pnące się po drewnianych belach bugenwille raziły różem, czerwienią, doskonale wpasowując się kolorami w intensywny błękit nieba. Trójka chłopa, siedząca na trawertynowym murku okazałej fontanny, przekrzykiwała tłum ożywioną rozmową na temat rosnących wciąż grzywien cła eksportowego, w zupełności nie zwracając uwagi na panoszącego się wokół waganta, który w pijackim tańcu przymilał się do marmurowej statuy bezimiennej i usytuowanej na samym szczycie wodotrysku niewiasty, obdarowując nową ukochaną, wygrywaną na okarynie, serenadą.
Natłok ludzi, choć sporawy i gęsty, nie zmuszał do przepychanek, w ładzie trzymając się porozdzielanych po placu grupek, tak, by każdy z przechodniów, bez zbędnych trudności, zdołał przemknąć przez tworzone między zbiorowościami ścieżki. Panie w kolorowych, dorodnych kapeluszach przysiadywały na marmurowych ławeczkach, chichocząc przy wymianie najświeższych plotek, manewrująca wokół banda dzieciaków chowała się raz za bujnymi pnączami ukwieconych krzewów, raz za stożkowymi, dzięki podtrzymującym materiał fortugałom, spódnicami.
Ekspresyjność otoczenia była przytłaczająca. W szczególności dla tych, którym znane były jedynie szarości zimowych dni i obsrany bruk enryńskich uliczek.
— Tutaj — Lilian uniósł zgrabną rączkę, wskazał na, stojącą przy kramiku z pięknie zdobioną ceramiką, kamienicę — zaraz przed nami. Dobre wino, nie byle cienkuż, i zaraz się rozchmurzysz, rozweselisz, słowo daję.
Ciche westchnięcie wymsknęło się spomiędzy ust ciemnowłosego, raz jeszcze zerknął przez ramię w stronę kroczącego za nim Ashera.
— Ciepło dziś, lato idzie. Jeszcze chwila i zupełnie mi się w tych skórach zgrzejesz.
Najemnik milczał. Cholera, faktycznie prażyło coraz mocniej.
Dwupiętrowy budynek zajazdu, w czerwieniach i żółciach okolicy, odznaczał się błękitem ścian, wyblakłym już gdzieniegdzie od nieustająco świecącego słońca, częstych upałów. Ślepe arkady o rudych kolumnach, przylepione do boku kamienicy, podtrzymywały pnące się ku loggiom mandewile, które w swej drodze na zdobione balkony, jak żmije wiły się wokół obramowanych freskami, wysokich okien, a marmurowy rycerzyk, wieńczący czubek attyki, spoglądał z góry na dwójkę podróżnych niczym stróżujący pies.
Asher wejrzał w puste oczodoły wojaka, Lilian pchnął inkrustowane żelaziwem drzwi.
Śmiechy biesiadujących i zapach pieczonej ryby uderzyły w nich momentalnie. Spojrzenie najemnika krążyło ciekawsko wokół pomieszczenia, w wyuczonym dawno odruchu badając nieznane. Ćmy nigdy nie spędzały swoich wieczorów w lokalach tak wysublimowanych, grzecznych. Zajmując się ludzką szkodą, oczekiwały ich zaledwie puste kąty podrzędnych szynków.
— Usiądź, rozgość się — polecił bard, powłóczyście sunąc wzrokiem po zebranym towarzystwie — i pozwól, że resztą zajmę się ja. Właściciel to mój dobry, stary znajomy, pewien stąd jestem, że znajdą się dla nas wolne pokoje. Zresztą, Roche niejedną jest mi winien przysługę, najwyższy czas tedy, by się odwdzięczył. Roche!
Lilian pomaszerował w stronę szynkwasu, pozostawiając Ashera samego.
Nim usiadł przy pustej ławie, dłonie najemnika powędrowały do skórzanego pasa, aby szybkim ruchem odtroczyć pochwę miecza, opierając broń o odrapany blat stołu. Ułożył się wygodnie, rozejrzał raz jeszcze, włócząc spojrzeniem po dekorowanej malowidłami boazerii. Kolory trzymały się wyrzeźbionych w drewnie wzorów, tworząc na ścianach bogatą kakofonię barw, kiedy czerwone dywany i ustawiona na półce za oberżystą bateria pustych, zielonych butelek, stanowiły wyłącznie dodatek, rolę głównodowodzącego w tutejszej ferii oddając licznym freskom.
Fioletowe oczyska zatrzymały się na sylwecie poety, chwacko wspierającego się biodrami o krawędź kontuaru. Nie widział jego twarzy, przez co nie był w stanie dostrzec jej wyrazu, ruchu ust. Wystająca zza lilianowego ramienia twarz oberżysty nie zdradzała jednak zadowolenia, z każdym kolejnym słowem ciemnowłosego – ginącym gdzieś w nieustających rozmowach otaczającej ich konfraterni – tworząc na spracowanym, spoconym czole kolejną brzydką zmarszczkę. Lilian opuścił głowę w poddańczym geście, Roche wzruszył ramionami. Coś więc poszło nie po ich myśli.
— Tutejsze wino gronowe, wyśmienity rocznik — skomentował poeta, kładąc na stole pełne alkoholu kielichy. — Na jedzenie zmuszeni jesteśmy jeszcze chwilę poczekać. Warto jednak, warto. Szczególnie po tylu dniach na hreczce ze skwarkami, nie uważasz?
Bard uśmiechnął się czarująco, usiadł naprzeciw swego towarzysza.
— Jest tylko jeden problem, choć być może słowo problem to zbędna hiperbolizacja. Nie ma co drobnych kłopotów w końcu wyolbrzymiać. Tak czy owak, okazało się, iż-
— Bal — przerwał krótko Asher, zupełnie niezainteresowany wspomnianymi przez Liliana trudnościami. Spojrzenie najemnika było zimne niczym lód. Nie zionęło dłużej pustkami czystej obojętności. — Koniec pierdolenia, w tej chwili chcę się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi. Bo nie uwierzę, że uwidziało ci się marginalnego wiarusa zabierać na bal u jaśnie oświeconej, tak o, bez powodu. Nie wyglądasz na kogoś, kto opinię innych miałby w czterech literach. A gdyby faktycznie tak było, na żaden bal zaproszenia byś nie dostał.
Przysunął czarkę do ust, spróbował miejscowego trunku. Dobre, cholera.
— Nie jesteś głupi. Gdybyś był, nigdy tak daleko byś nie zaszedł. Doskonale wiesz, z czym wiązałoby się pokazanie z osobą mojego pokroju, szczególnie u pierdolonej królowej. Jeśli komitywa dowie się, że zabrałeś ze sobą ochroniarza, zaczną podejrzewać, że czegoś się boisz, obawiasz ataku albo postradałeś w panice zmysły. Jeśli kwestię mojej profesji przemilczymy, założą, że łączy nas coś zupełnie innego, coś, co miejsca nie ma, a przez co – w najlepszym wypadku – stracisz poszanowanie swoich wielmożnych przyjaciół, w najgorszym – tytuł, ziemię i przywileje. Jestem pewien, że niejedna młódka z ogromną chęcią potowarzyszyłaby wielkiemu poecie Deslysowi. Ożenku w dodatku brak, a my nie młodniejemy. Zdajesz sobie sprawę, ile chętnych by się znalazło?
Lilian milczał, wsłuchując się w kolejne słowa swego towarzysza.
— Nigdy nie byłem dobry w te gierki, konwenanse gówno mnie obchodzą, ale swoje wiem, podstawy znam. Wiem też, jak bardzo muszą się wielmożni pilnować, by nie utopić się zaraz w szambie, jakim jest wasze wysublimowane środowisko. Jeśli faktycznie chodziłoby zwyczajnie o ochronę, kazałbyś mi iść pić z gwardią jaśnie oświeconej w koszarach i tyle by z naszego wspólnego balowania było. Więc? — Najemnik pochylił się do przodu, nie odwracając spojrzenia od modrych tęczówek barda. — Pytam raz jeszcze, o co naprawdę chodzi?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz