30.03.2022

Od Kyryla do Striełki

początek sierpnia 1280
Literatura lubowała się w idyllicznych opisach wsi, która jak zamknięta w kiczowatych poniekąd obrazkach czterech pór roku, żyła swoim cyklem, niezmącona problemami zewnętrznego świata. Wotrilscy chłopi uganiali się w niej z pracą, może i zmęczeni ale zadowoleni z obolałych mięśni i kręgosłupa, oderwani od poważnych dyskusji na tematy, których nie mogli przecież ogarnąć swoim rozumem. A wszystko to przeplatało się z dziwacznym przeświadczeniem o niezwykłości rzeczy powszednich i pochwałą prostego życia, które jednak dziwnym trafem pozbawione było pyłu ziemi i duszącego gorąca żniw. Gdyby Kyrylo potrafił czytać, pewnie znalazłby nawet więcej punktów spornych z tą wizją, która choć mówiła o sprawach mu bliskich, zawsze robiła to z bezpiecznej odległości wygodnej kanapy w miejskim salonie. W opowieściach tych obok licznych uproszczeń i pominiętych wątków nie było zdecydowanie miejsca na swoistą mieszankę chaosu i porządku, jaką niewątpliwie było pospolite ruszenie budowlane.
— Kto to ciął?! — Donośny męski głos rozniósł się po żebrach stodoły, skupiając uwagę pracujących na osobie Yury, który w jednej chwili doglądał układania nowych łat, a w kolejnej energicznie gestykulując, nakazywał przerwanie roboty i biegł na drugą stronę zawalonego liśćmi, mniejszymi nieuprzątniętymi jeszcze gałęźmi i przypadkowymi klamotami boiska. — Jarema, ty jełopie!
— Co? Belka jak belka — odrzucił stary cieśla, nie dając sobie wejść w słowo. — Zresztą sam chciałeś ratować, co się dało.
— Ratować! Jak ty do jasnej cholery chcesz butwiejące deski ratować! A idźże z taką robotą, ja za rok nowego dachu kłaść nie będę.
Mirko, trzymający przeciwny koniec łaty, o którą toczyła się dyskusja, raz jeszcze rzucił na nią wzrokiem i wzruszył ramionami. Kyrylo wolał się nie angażować, przekonany doświadczeniem ostatnich dni wypełnionych utarczkami słownymi i niewybrednymi inwektywami rzucanymi na prawo i lewo. Wobec natłoku pracy — zafundowanej im przez spróchniałą lipę i jej potężne konary powalone wprost na dach folwarcznej obory — nastrój w Nahrownem meandrował między pozornie nieszkodliwym podirytowaniem a wybuchowym gniewem. Jeśli zestawić to z wydarzeniami ostatnich kilku tygodni, na raz stawało się jasne, że dolewanie oliwy do ognia nie leżało w niczyim interesie. Wichura odciągnęła część uwagi od szerzących się po okolicy jak zaraza plotek, które niesione siłą karczemnej paplaniny zdawały się powoli docierać do uszu dziedzica. Łatwiej było wierzyć w chorobę zboża, napad zbójników, nawet gadzie pomioty i mary leśne, gdy spichlerze w środku żniw świeciły pustkami. Ukrycie prawdziwych przyczyn zamieszania zdołało wyrwać się spod kontroli głównych zainteresowanych i najlepszym wyjściem z tej niezbyt komfortowej sytuacji było być może pełne wykorzystanie chaosu, który powoli oganiał cały hrabiowski majątek.
— Ściągać to. — Yura nieprzekonany najwyraźniej do poziomu sztuki budowlanej kogokolwiek poza sobą powrócił do nadzorczej roli ku niezadowoleniu większej części robotników. Nie było tajemnicą, że we wsi znalazł się zawsze ktoś ogarnięty potrzebą działania porządnie i niechowania problemów gdzieś w potencjalnej przyszłości. Mniej jasne było, czy lepiej gdy ta osoba decydowała o kształcie roboty. — Z wami wszystkimi to jak z małymi dziećmi.
— W tym tempie to my tego i za miesiąc nie skończymy — stwierdził Mirko, przesuwając się ku okapowi. — Albo będzie ojciec budował sam.
— Ty już nie cwaniacz, bo jak się ci pan hrabia do skóry dobierze…
— Chciałbym zobaczyć, jak jaśniepan sam tańcuje po dachu — Deska uderzyła z hukiem o ziemię, a najmłodszy z synów Yury balansując na połaci, wykonał ruch, który miał chyba stanowić figurę kuranta, ale przypominał raczej rozpijaczony chód błazna. Kyrylo parsknął śmiechem. — To byłby dopiero widok.
Yura machnął w końcu ręką, ukrywając jednocześnie rozbawienie, i wrócił do środka, znajdując inny pilny problem, wymagający jego uwagi. Od czasu ucieczki z Bystrycy Kyrylo oduczył się myślenia, że kiedykolwiek powróci do normalności, że w ogóle istniała droga, która zaprowadziłaby go na nowo do domu. Jakkolwiek bolałoby przyznanie tego choćby w ciszy własnych myśli, nie miał tam już miejsca, przyszłości nie było tam dla niego natomiast i wcześniej. Nahrowne obudziło w nim jednak stare sentymenty i niespodziewanie stało się fascynujące w swoich pozornych podobieństwach i powierzchownych różnicach. Ludzie, choć innych charakterów i przywar, dzielili zbliżoną mentalność i podobne trudy. Bywali więc w znany mu sposób uciążliwi, a zarazem niezastąpieni w potrzebie. Nawet fircyk Kuroczkin, choć zdawał się człowiekiem z zupełnie innego bieguna niż surowy Gostojmski, okazywał się charakteryzować tymi samymi szlacheckimi przypadłościami, które budziły w chłopie z Zahorwic już nie poczucie bezsilności a buzującą w krwi złość. Pobyt w majątku rozerwany był więc między milczenie przy robocie bliżej dwora, a nieraz szydercze chłopskie uwagi.
Południowe słońce sięgnęło wewnętrznych bielonych wapnem ścian, rozżarzając stodołę od środka i dając się we znaki nawet tym, którzy chowali się do tej pory w cieniu. Pot napływał do oczu, bardziej drażniąc niż przeszkadzając, co jednak spowolniło dalsze zmagania z więźbą dachu. Senność smaganych delikatnym wiatrem zbóż i szumiących brzóz powoli rozlewała się po okolicy, zniechęcając dodatkowo do dalszego wysiłku i zmieniając pracę w walkę już nie z drewnem a samym sobą. W sekwencję mechanicznych niemal ruchów wkradała się opieszałość, nieskutkująca jednak większą dokładnością, a raczej przeciwnie ryzykownym bałaganiarstwem. Obecność przybysza nie cieszyła się więc uwagą pracujących, którzy zignorowali go w pierwszej chwili czy to przezornie zauważając, że z mieszania się w pańskie sprawy nie przyjdzie im nic dobrego, czy też z czystego niechcenia.
— Widziałeś go tu wcześniej? — zapytał po jakimś czasie Mirko, ale gdy nie otrzymał odpowiedzi poza przeczącym kiwnięciem głową, wrócił do odmierzania odległości nowej łaty. — Wreszcie!
Kyrylo podejrzewał, że uwaga ta nie miała nic wspólnego z nieznajomym i szybko przekonał się, że miał rację. Jego przyjaciel skoczył na raz ku drabinie i bardziej zjeżdżając po niej niż schodząc, rzucił się biegiem w stronę idącej od polnej drogi siostry. Zorya odskoczyła, opierając ciężar dwojaków na biodrze i dając sobie czas na odłożenie koromysła i dwóch zawieszonych nań wiader.
— Gdzie ojciec?
— Za stodołą. — Brat odebrał od niej naczynie i nie czekając dłużej, dobrał się do jego zawartości. — Znowu szczawiowa? Jeszcze trochę i cały będę ze szczawiu.
— Następnym razem ja powygłupiam się na dachu, a ty będziesz sterczeć nad paleniskiem.
Obiad przerywany mieszanką złośliwości był swoistą tradycją, której nie tyle nie wypadało, ile nie należało przerywać. Zamiast tego bystryczanin przemył chłodną wciąż wodą twarz, ścierając z niej zmieszany z pyłem pot.
— A ten się zgubił czy co? — Zorya poprawiła spódnicę i skupiła uwagę na kręcącym się między starym spichlerzem a stodołą mężczyźnie. — Na ekonoma raczej nie wygląda.
— Jeno licho wie, ale pewnie jest ze dwora — odparł Kyrylo, po raz pierwszy nawiązując kontakt wzrokowy z, jak się wydawało, nowym gościem hrabiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz