Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sępy‚ wrony i kazamaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sępy‚ wrony i kazamaty. Pokaż wszystkie posty

27.09.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Zimne powietrze uderzyło w poobdzierane, blade twarze niedawnych więźniów – musnęło fioletowe ślady na odkrytych czołach, podbródkach, szczypnęło otwarte rany, zabrudzone cięcie przy ustach. Asher syknął, czując, jak ostry ból wpija się w otwartą, szkaradną szramę, zaschniętą krwią lepiąc siwe włosy do pulsujących nieprzyjemnie skroni. Podsumował swe niezadowolenie krótkim, cichym przekleństwem, zatrzymując się wreszcie przed zielonymi od mchu i pleśni murami kazamatów.
Furta loszku łupnęła za ich plecami, ciężkim pogłosem dostając się do wystarczająco już wymęczonych uszu Jagody i Aureliona. Siwowłosy powędrował spojrzeniem do dłoni, niewątpliwie należącej do nowo poznanego barda, którą poeta zdecydował się wyciągnąć w geście późnego przywitania. Biała brew najemnika powędrowała ku linii równie białego włosa.
― Lilian. Starszy brat Jagody ― zaświergotał zadowolony, łyskające w zimowym słońcu oczęta kierując na facjatę najemnika. ― No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.
Odpowiedział mu zaledwie szmer przedzierającego się przez kamienne zabudowania i uderzającego w samotne trzy, znieruchomiałe jak posągi, sylwety, wiatru.
Najemnik nie wyciągnął ręki, nie szepnął ani słowa. Nie zdradził imienia, nie podzielił się kłamliwym i nieobecnym w tej chwili entuzjazmem związanym z ich spotkaniem. Milczał, wpatrzony w ciemną, kaszmirową rękawicę, misternie zdobioną złotymi niteczkami, nie do końca ciepłą, lecz niewątpliwie gustowną.
Kusi los, pomyślał. Wreszcie znajdzie się taki, któremu hoże przyodziewie się spodoba. Który dostrzeże w jedwabiach i welurach pokaźny miech pieniądza. I który będzie chował akurat za pasem stary, stępiały kordelas.
Odwrócił głowę, spoglądając na Jagodę. Z nagła cichą, zamkniętą i wycofaną, wpatrującą się szarym wzrokiem w stojące przed nimi ściany niewielkich kamienic. Była zmęczona. Widział to w jej postawie, zachowaniu, opadających ciężko powiekach – widocznie niechętna na kolejne niesnaski z dawno niewidzianym bratem. Asher wyprostował z trudem plecy, zmełł przekleństwo, górując postawą nad niższym mężczyzną. Fakt, potrzebowali medyka, choćby najbliższego cyrulika.
Medyka, gorzały i świętego spokoju.
— Zrobiłeś, co miałeś do zrobienia — stwierdził, krzyżując ręce na piersi. W spojrzeniu Liliana błysnął pierwiastek niemego zapytania. — Dalej poradzimy sobie sami.
Wolnym, ociężałym krokiem wyminął sylwetę poety, kierując w stronę Jagody ledwo słyszalne chodźmy. Dziewczyna ruszyła posłusznie za swoim towarzyszem, nie spodziewając się, że zaraz ponownie poczuje na swym karku oddech nieustępującego braciaka. W jej oczach zrodził się promyczek gniewu.
— Wyglądacie naprawdę paskudnie. Gorzej niż Julian po trzech ćwiartkach.
Jagoda zerknęła na barda zza ramienia.
— Nie słyszysz, co się do ciebie mówi, co? Ogłuchłś czy jak? Taki żeś własnym głosem zachwycon, że nic innego nie dociera. Jedną dziurką wchodzi, drugą ucieka, nie?
— Ale zwolnijcie, zwolnijcie — odparł poeta, rozciągnąwszy odpowiednio łopatki, w zupełności nie zwracając uwagi na słowa siostry. Nieprzyjemny odgłos strzykających stawów rozniósł się po uliczce, w którą zdecydował się właśnie skręcić siwowłosy najemnik. — Od tygodni się nie wysypiam, tygodni. Jak nie na sianku każą spać, to na byle barłogu. Twarde to takie, ni oka zmrużyć, nie wspominając już o poduchach sianem wypychanych. Sianem, rozumiecie? Jakby taki problem było kaczkę z pierza oskubać.
— Nie ręczę za siebie, zaraz gówniarz w nos dostanie — Jagoda mruknęła, przyspieszając kroku w lichej nadziei, iż tak być może zdołają go zgubić.
Asher wzruszył niechętnie ramionami, czując, jak roznoszący się po czaszce ból powoli przybiera na sile. Co za gówno.
— Nie krępuj się.
— Długo będziemy iść? Daleko ta wasza kryjówka, gdzie na obrzeżach, czy o, może tak pod nosem samych gwardzistów? Widać w końcu, że lubicie się chwatom stawiać.
Pochód zatrzymał się nagle, gwałtownie, bez słowa ostrzeżenia. Lilian nie stanął w porę, nie zwolnił kroku, niespodziewanie odbijając się od zgarbionych pleców tropicielki, na co ta warknęła zaledwie niczym szczute psisko, nie odwracając spojrzenia w stronę poszkodowanego. Spomiędzy suchych ust siwowłosego wydostało się donośne westchnięcie. Albo zaraz ja mu przyłożę.
— Nie idziemy do naszej kryjówki.
Bard zaniemówił. Ale tylko na moment.
— Słucham? Dlaczego? To gdzie mnie w takim razie prowadzicie? Bo chyba nie do pierwszego lepszego szynku na pszeniczne i sterleta.
— Jeśli naprawdę myślałeś, że zabiorę obcego mi rzępołę do naszej siedziby — Aurelion odwrócił się, stając twarzą w twarz z poetą — to jesteś głupszy, niż by się początkowo zdawało. A teraz zawrzyj paszczę o ile życie ci miłe. Za siebie ręczyć mogę, ale za nią już nie.
Jagoda uśmiechnęła się brzydko i złośliwie niby to na potwierdzenie słów swojego towarzysza.
— Chodźmy, nim się rozmyślę.
Budyneczek nie różnił się niczym od otaczających go sadyb. Wieloletni szron na dobre osadził się na szarych, starych dechach, straszących swym niepewnym wyglądem, wywrócony płotek, pod którym rozrósł się niewielki krzak jarzębiny, utonął w zaspie śniegu, a daszek, nieustannie mokry i gnijący, świecił brakującymi na krawędziach gontami. W dolnej kondygnacji kleconki brakowało wejścia – były zaledwie przeżarte przez gryzonie wrota, dawniej zapewne wiodące do kurnika bądź szopy, która aktualnie służyła za składzik rzeczy zapomnianych i dłużej niepotrzebnych. By dostać się do drzwi wejściowych, trzeba było zakręcić przy wybijającym się pomarańczem swych owoców, jarzębie, wspiąć się po niewielkich, kamiennych schodkach, okrytych grubą warstwą zmarzniętego błociska. Dopiero wówczas stawało się przed równie licho wyglądającymi, obitymi pomniejszymi deseczkami drzwiami, zaopatrzonymi w rdzewiejącą, żeliwną kołatkę w kształcie gargulcowej głowy.
Asher złapał za metalowy pierścień, zakołatał, wraz z Jagodą ignorując niekończący się zasób pytań, którymi nieustannie zarzucał ich bard. Dochodzące zza drzwi hałasy umilkły gwałtownie, niby w przestrachu, gdy dźwięk obijającej się o drewno kołatki rozniósł się po najbliższej okolicy. Wokół ich trójki nastała niepewna, głucha cisza, przerywana tylko co jakiś czas skomleniem głodującego gdzieś niedaleko psiska.
— Kto tam? — zapytał chrobotliwie wydostający się zza wejścia głos.
Aurelion westchnął.
— Ćmy. Otwieraj, Pijawka, nim nam dupska odmrozi.
Coś upadło na drewnianą posadzkę, miedziane michy uderzyły o sagan, akompaniując cyrulikowi przy koślawej próbie dostania się do drzwi slalomem. Otworzył, zachłysnął się zimnym powietrzem, nim zdołał zmierzyć swoich gości spojrzeniem pełnym widocznego niezadowolenia. Pijawka zmełł przekleństwo.
— Głośniej, głośniej, najemniku. Niech sąsiedzi usłyszą, niech na mnie gwardzistów naślą, a co! Inaczej się umawialiśmy, pamiętasz jeszcze?
— Nie będę się bawił w pierdolone indagacje, Pijawka. Widzisz, że obici jesteśmy. Pomożesz, czy nie?
Cyrulik wycofał się do środka, odgradzając wejście. Aurelion ruszył za nim, za Aurelionem ruszyła Jagoda i Lilian.
— Co, zakonna Roza zajęta? Już was łatać nie chce?
— Nie do końca. — Siwowłosy obszedł okryty grubą warstwą otwartych pergaminów, stół i zatrzymując się przed rozpalonym paleniskiem, złapał za jeden z węborków. Przekonawszy się, iż na wilgotnym dnie nie znajdują się żadne niespodzianki, obrócił wiadro spodem do góry, wygodnie się na nim usadawiając. — Siostra Roza nie byłaby zbytnio zadowolona, gdybyśmy przyleźli jej do klasztoru z rzepem u ogona.
Poeta wyłonił się zza pleców Jagody, wątpliwym wzrokiem rozglądając się po wnętrzu niewielkiej pracowni. Twarz Liliana zbladła, różowy rumieniec spełzł ze zmarzniętych policzków. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, do którego przeprowadzono go przez pół miasta. Nie tak wyobrażał sobie miejsce, w którym ktokolwiek miał się zaopiekować jego siostrą, opatrzyć rany, doglądać czarnych sińców. Bard pokręcił głową, przełknął donośnie ślinę. I dopiero wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, przykurczonej sylwecie felczera.
Mężczyzna okręcił się z trudem, gibiąc się na wszystkie strony pod ciężarem pokaźnego garba, podstawiając szpakowatą, ohydną głowę pod smugi dostającego się przez okiennice dnia. Błysk zimowego światła odbił się od idealnej łysiny, oświetlił drobny – na tyle mały, iż w ciemnościach niemal niedostrzegalny – nosek, pokaźną, lecz pozbawioną różu ustek, szczękę. Czarne, niewielkie oczyska runęły spojrzeniem spod jasnych, cieniutkich brwi na sylwetę nieznajomego barda. Pijawka ryknął, ukazując zżółkłe, ostre zębiska, wcześniej odskoczywszy w przestrachu w tył.
Lilian zrozumiał wreszcie skąd jego przydomek.
Siwowłosy najemnik uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, zupełnie nie zwracając uwagi na panikującego w ciemnościach cyrulika.
— Chyba wreszcie odebrało mu mowę. Dobrze.
— Idioci parszywi! Przebrzydli smarkacze! — Pijawka oddalił się w najciemniejszy kąt sadyby, potykając się po drodze o własną tunikę. — Tamój siostrze jakiegoś fircyka przyprowadzać nie chcecie, a mnie tak? Niech no tylko parę z ust puści, niech no powie komu, że Ćmy zszywam, a zaraz będą mi jakie draby do drzwi pukać, zaraz do okiennic się dobierać!
Z ust wojownika wydostało się ciche westchnięcie.
— Uspokój się. To poeta. Niegroźny.
— Jak co powie — Jagoda zdecydowała się wreszcie odezwać, wolnym krokiem zbliżając się również w stronę buchających ogni paleniska, by ogrzać zesztywniałe z chłodu palce — to my się już nim dobrze zajmiemy, zaopiekujemy.
Pijawka machnął dłonią w poddańczym geście, odwracając się w stronę miedzianych naczynek.
— A niech was wieczna zima pochłonie, niech Velar ukaże. Same problemy z wami, same.
Napełniwszy wodą jedną z leżących obok ławy fas, cyrulik sięgnął po leżący nad paleniskiem kawałek szmatki i zbliżył się do najemnika. Asher pokręcił stanowczo głową, po czym uniósł niedbale dłoń, wskazując na Jagodę.
— Nie. Najpierw zajmij się nią. Poczekam.
Drewniany zydel zaszurał po nierównych dechach, roznosząc nieprzyjemny podźwięk na wszystkie strony izby. Lilian zadrżał, Aurelion leniwie oparł podbródek o otwartą dłoń, a Jagoda, ustawiwszy stołek przy chirurgicznym instrumentarium, spoczęła ciężko na twardym siedzisku. Drewno skrzypnęło niebezpiecznie, ostrzegając przed potencjalnym nieszczęściem. Tropicielka ni drgnęła, wpatrując się niewyraźnie w wiszące naprzeciw, zapełnione glinianymi michami, półeczki.
Pijawka wzruszył ramionami, złapał w drodze za szyjkę zielonej butelki. Wyciągnął rękę w stronę ciemnowłosej dziewczyny, podając jej tajemniczy napitek. Jagoda ściągnęła ciemne brewki.
— Co to?
— Samogon. Sam robiłem, z tej jarzębiny co mi pod murkiem rośnie.
Jagoda wykrzywiła twarz w obrzydliwym grymasie.
— Z tej, pod którą psy srają? Którą Precel oszczał ostatnim razem?
— W rzeczy samej. A teraz do dna, będzie mniej boleć.

26.07.2022

Od Liliana cd. Jagody (do Ashera)

― Podziękujesz mi później.
Jagoda zacisnęła palce na kratach tak mocno, że aż knykcie jej pobielały.
― Prędzej psy zaczną dupami szczekać, niż ja ci za cokolwiek podziękuję ― warknęła z pogardą i splunęła Lilianowi prosto pod nogi.
Bard wykrzywił usta w grymasie ni to niedowierzania, ni obrzydzenia. Spojrzał na Jagodę, na czubki swoich butów i raz jeszcze na Jagodę. W błękitnej tęczówce malowało się pytanie – czy to naprawdę było potrzebne? Litości, odrobiny kultury osobistej nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
― Nic a nic się przez te lata nie zmieniłaś ― skomentował, stawiając niewielki krok do tyłu. Zapobiegawczo. Asekuracyjnie. Miał wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, w krótkim czasie ucierpi coś znacznie więcej, niż tylko jego buty. Włosy? Twarz? O nie, nie. Nie na darmo wtapiał się w tłum, żeby obrywać mimo wszystko. ― Tym bardziej rad jestem, że już niedługo stąd wychodzimy. Przebywanie w więziennym towarzystwie mogłoby zadziałać na twoją niekorzyść.
― Głuchy jesteś? ― Wtrącił ponownie siwowłosy, tym razem decydując się na podejście do rodzeństwa. Krok miał wolny i ciężki, ale nie utykał – a może z resztek sił starał się nie utykać i skutecznie mu to wychodziło? Lilian zaryzykowałby, stawiając na to drugie. ― Powiedziałem, że możesz sobie iść. Zgrywaj wybawcę gdzie indziej, my łaski twojej nie potrzebujemy.
Bogowie, pomyślał Lilian. Kim ten mężczyzna jest, skoro wydaje mu się, że może stawać między mną a Jagodą? Kimś ważnym, jeśli ona mu na to pozwala. Zresztą, to nieistotne. Może dla niej. Ale nie dla mnie.
― Łaską bym tego nie nazwał. ― Zadarł podbródek do góry, żeby spojrzeć nieznajomemu w oczy. Dopiero z bliższej odległości, kiedy ten zatrzymał się za plecami Jagody, miał okazję przyjrzeć się mu nieco lepiej. Fioletowa tęczówka łypała wrogo, nie przejawiając najmniejszej chęci współpracy ze strony właściciela. Rozpłatane czoło i włosy bardziej karmazynowe od lepkiej, zaschniętej krwi, aniżeli białe, przyprawiały o ciarki. ― Ale wizyta u medyka, ciepły posiłek i porządna kąpiel przydadzą się wam obydwu jak najrychlej. Przecież widziałem, co z wami zrobili, ledwo na nogach staliście. Dla skuteczniejszej argumentacji pozwolę też sobie wspomnieć, że niektórzy ― uniósł znacząco brew, wzroku od twarzy najemnika nie odrywając ― nie stali w ogóle.
― Teraz cię sumienie ruszyło! ― Jagoda szarpnęła za kraty, zardzewiała kłódka zabrzęczała nieprzyjemnie dysonującym w uszach dźwiękiem. Przez krótką chwilę bard zastanowił się, czy nie powinien dać siostrze więcej czasu. I zanim znów zdążyła otworzyć usta, zdołał rozmyślić się trzy razy. ― Gdzieś je schował, kiedyśmy się sami wczoraj napierdalali?
― Och, więc o to chodzi ― zaśmiał się, niespodziewanie wielce czymś rozbawiony, o dotychczasowym ciężarze atmosfery bez większego wysiłku zapominając. ― Macie mi za złe, że do was nie dołączyłem. Zapewniam, że nic dobrego z tego by z tego nie wyszło, narobiłoby się nam wszystkim więcej niepotrzebnych kłopotów. W przeciwieństwie do was, ja pięściami i mieczem nie pracuję. Tylko głosem i twarzą.
Nie chodziło wyłącznie o to, że bał się oberwać prosto w twarz, stracić przytomność i wylądować w brzydkiej, śmierdzącej szczochami, szczurzymi odchodami i ubóstwem celi; takiej właśnie, której dostało się stojącej przed nim dwójce. I pozostałym, wyjątkowo nieprzeszkadzającym i milczącym jakimś – Lilian nie wnikał, ich losy obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale o reputację własną musiał dbać. Jak wytłumaczyłby się z takiej kabały opinii publicznej?
― Dupą chyba ― podsumowała czarnowłosa, po czym odeszła od krat i odwróciła się do nich plecami. I tyle, zdawałoby się, z rozmowy. Jagoda straciła cierpliwość, tę swoją już i tak nad wyraz ulotną. A ten drugi, poecie nadal nie było dane poznać jego imienia, do rozmowy niespecjalnie się palił. Tylko ta fioletowa tęczówka z góry łypała wciąż wrogo. Warunki zgoła niełatwe. Ale to wcale nie tak, że dla Liliana stanowiło to jakąkolwiek przeszkodę.
― Ten twój agresywny kundel, który podarł mój nowy, adamaszkowy płaszcz ― podjął i przerwał zaraz, nazbyt przejęty wnikliwą obserwacją więziennych ścian i zakamarków. Gdzie nie wilgoć, tam… wszystko inne. Żeby niczego nie pominąć, trzeba byłoby sporządzić naprawdę długą listę. Już od dawien dawna nie musiał przebywać w takim brzydkim, zapuszczonym miejscu jak to. O więzieniu nie wspominając. ― Precel, o ile mnie pamięć nie myli. Przyczepił się do mnie jak ten ostatni rzep i nie chciał odpuścić aż do samego zajazdu. Nie wiedziałem co z nim zrobić, a gapił się na mnie tymi wielkimi ślepiskami, więc zabrałem go ze sobą do środka. Właściciel co prawda gniewał się z początku, ale ubłagałem go bez problemu. Dobrze mu chyba ze mną było, w sensie psu. Nażarł się resztek z mojej kolacji, że aż uszy trzęsły. A potem…
Ciężki, obcy krok i towarzyszący mu charakterystyczny brzdęk kluczy zapowiedział powrót strażnika, w w mig zmuszając poetę do przerwania opowieści. Ten dostosował się, choć z wielkim bólem serca, co było potem nie dokańczając. Szkoda. Gdyby stary dziad pojawił się odrobinę później, zdążyłby jeszcze opowiedzieć o tym, co Precel przez jedną noc zdążył napsocić w jego pokoju i jak na ten niewielki remont zareagował właściciel austerii.
― Jestem, jestem. Skubane zapodziały się gdziesik. ― Odezwał się zbrojny, obracając pęk kluczy wokół palca. ― Szczeniaki nie sprawiały problemów, panie Deslys?
Lilian z nagła poczuł ciężkie, dokuczliwe ukłucie w sercu. No tak, no przecież. Vincent Deslys, takoż się teraz nazywał. Ten, którym nigdy nie chciał być i ten, którym po dziewięciu długich latach, dla dobra własnego pozostać musiał. Och, jak dobrze znów było pobyć Willisem przez te kilka krótkich chwil, zanim rzeczywistość ściągnęła go z powrotem na ziemię. Wiedział, że nigdy nie zdoła zaakceptować, że ludzie mają go za kogoś, kim nigdy się nie urodził. Ale z czasem mógł przynajmniej zacząć się do tego powolutku przyzwyczajać. Z czasem. I czasem. Ale nie teraz, nie w pobliżu Jagody.
― Najmniejszych ― poręczył, kątem oka zerkając na Jagodę. Wydawała się trzymać. Jakoś. Pięści zaciskała mocno, jakoby już szykowała się do wyładowania ich o jego twarz zaraz po wyjściu zza krat.
― Aż dziwota. Rzadko się tu zdarza, żeby ćmy komu kłopotów nie sprawiały. Widać im ta bójka wczorajsza naprawdę w kość dała. Może w końcu sobie od nich odpoczniem, hehe. ― Strażnik zaśmiał się chamowato, wyszczerzył pożółkłe zęby, w końcu decydując się na odnalezienie właściwego klucza z pęku i wsadzić go do kłódki. Ciche brzdęk i ćmy, jak to ich dostojnie nazwano, były na wolności. ― No już, wyłazić. Jeno powolutku, grzeczniutko. Nie dziwować mi tutaj, bo zara nazad wrócą.
Lilian, choć z pewnym uśmiechem na twarzy, uważnie przyglądał się Jagodzie, która obolałym krokiem skierowała się do wyjścia – za nią, niby sznurem pociągnięty, białowłosy. Rozum podpowiadał bardowi, że powinien się usunąć z drogi, ustąpić trochę miejsca na przejście. Nie wadzić, żeby nie krzyczeć o guza głośniej, niż to było konieczne. Tyle, że on nie chciał usuwać się z drogi. I tym bardziej, nawet jeśli powinien, nie chciał uciekać.
― Prawda to, co gadają niektórzy ― Żółte Zęby przerwał chwilę napiętej ciszy, przeskakując spojrzeniem między Lilianem a Jagodą. ― Że ta mała strasznie podobna do do szarpidruta, co to się ostatnio w Velten pojawił. Żeśta są jak dwie krople wody normalnie.
― To dlatego, że jest moją adoratorką. ― Wypalił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Lepsze jakiekolwiek wytłumaczenie, niż żadne, prawda? Wyszczerzył białe ząbki, dumnie wypiął pierś do przodu. ― W dzisiejszych czasach wystarczy zmienić fryzurę, żeby się do kogoś upodobnić, nic łatwiejszego. Teraz ― odwrócił się plecami do strażnika, ruszył przed siebie ― proszę wybaczyć, ale musimy już wychodzić. Nie mam całego dnia, wieczorem gram.
― Eee… ale…
Lilian zatrzymał się, obrócił na pięcie.
― Tak?
― Bo… ― Żółte Zęby podrapał się po głowie, wyraźnie skonfundowany ― trafił z nimi jeszcze taki jeden, rudy taki i wysoki. Tylko żeśmy go wsadzili do innej celi, bo tutaj już miejsca nie było.
― No tak, on. Zapomniałem. ― Lilian wzruszył ramionami, lekceważąco machnął ręką i znów obrócił się na pięcie. ― On zostaje jeszcze jedną noc, przyjdę po niego jutro. Uważajcie, żeby nie uciekł wam zbyt wcześnie. Właściwie, na waszym miejscu sprawdziłbym, czy już tego nie zrobił. Bywaj!
― Chciał zrobić krzywdę Jagodzie. Należy mu się dodatkowa noc ― dodał znacznie ciszej, zrównując kroku z poszkodowaną dwójką. Dopiero kiedy z ciemnego i śmierdzącego wilgocią budynku wyszli na mroźną uliczkę, dokładnie przyjrzał się każdemu z osobna, po czym żywo podszedł do jeszcze bezimiennego najemnika, wyciągając dłoń w geście powitania. Takiego prawidłowego. Bo do tej pory żadnej, dobrej okazji nie mieli. ― Lilian. Starszy brat Jagody. No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.

7.04.2022

Od Ashera cd. Liliana (do Jagody)

Obserwował z uwagą poczynania gwardzisty, jednym ruchem zrzucił z pleców popielatą burkę, której płaszcz wadził przy wyprowadzaniu kolejnych ciosów. Odskokiem uniknął krótkiej pół-sinistry, robiąc dwa kroki w bok, uniknął również przewidzianej finty. Ostrze przecięło powietrze tuż przy czubku nosa, musnęło kilka siwych kosmyków, niesfornie wypadających z uwiązanego koka. Oddech przyspieszył, Asher zacisnął pewniej dłoń na rękojeści miecza, kątem oka dostrzegając zbliżającą się ku niemu dwójkę strażników. Trzech na jednego. Przeklął w myślach, skontrował dextera z pchnięcia. Nie raz i nie dwa radził sobie z większą ilością przeciwników. Napierające bandziory, grupki zdurniałych flisaków, chwaty z miejskich, podrzędnych szajek, wyposażeni w tępe ostrza, rozpadające się bindasy, rdzewiejące nadziaki. Nędzny drągal równać się jednak podszkolonemu żołnierzowi nie mógł. Choć jedni i drudzy równie bywali zidiociali, choć jedni i drudzy równie bywali rozpaskudzeni, gnuśni i równie wstrętni w swej arogancji, wyuczona bólem oraz siłą ręka, rzadko kiedy zapominała o wbitych jej do mięśni ruchach.
Stal szczęknęła, pobrzęk pustych, płytowych zbroi wypełnił cały skwerek, docierając do uszu zbierających się gapiów. Rechot nadlatujących wron rozbrzmiał nad głowami walczących, stado czarnych ptaszydeł, poruszając się wyłącznie po wyznaczonym przez siebie okręgu, tworzyło cienisty, matowy wir. Zmarznięte, wygłodzone, przez lata nieustających zamieci pozbawione pożywienia w postaci nasion, owadów, świeżych owoców, ściągnięte smrodem pierwszych kropel krwi, czekały. W bezmyślnej pewności o wizji nadchodzącej uczty. Asher westchnął, uniknął kolejnego ataku, lecz nie całkowicie, czując, jak żeleźce halabardy rozcina skórzany napierśnik, zahaczając hakiem o skórę pod piersią. Gówno, pomyślał, chroniony przed bólem siłą mamiącej umysł adrenaliny. Nie dzisiaj, pierdolone ptaszyska. Nie dzisiaj.
W odpowiednim momencie, po wyminięciu wystarczającej ilości ciosów, dostrzegając w ruchach drabów pierwsze oznaki zmęczenia, zachwiania, nagłej ociężałości, pomknął w stronę wąsatego dowódcy, pionowym cięciem trafiając w odsłonięty między płytami skrawek ramienia. Mężczyzna zawył niczym kopnięte psisko, runął na plecy, siłą ataku powalony na ziemię. Najemnik nie miał wiele czasu, by rozprawić się z resztą. Choć cios był precyzyjny, choć spowolnił przeciwnika tak, jak zakładał, Asher uderzał płytko, z opanowaniem, nie chcąc pozbawiać strażników kończyn, doprowadzać do krwistej jatki. Nie potrzebowali kolejnych problemów. Jedynie chwili pozwalającej czmychnąć w objęcia velteńskich cieni, które szybko miały zaprowadzić ich dwójkę pod same drzwi podziemnej nory Ciem.
— Precel, bierz sukinkota! — Wrzask Jagody przebił się przez kakofonię trzasków i łupnięć, ginąc dopiero za pierwszymi rzędami milczącego tłumu. Czarny kłębek sierści wynurzył się zza studni, warknął gniewnie, zaciekle, ostrzegając o nadchodzącym ataku, pędem puszczając się przed siebie i zwinnym slalomem unikając kiwających się gwardzistów, odskakującego na bok Ashera, wymierzającej cios Jagody, cofającego się rudzielca. Pożółkłe zębiska błysnęły w kontraście z ciemnym włosem, ochrypłe ujadanie wsunęło gładko w tworzoną przez walczących orkiestrę. Precel odbił się z łatwością od ziemi, zalegające na skwerku błoto prysnęło na wszystkie strony, lecz kłów nie zderzając ze sztylpami, pazurów nie wbijając w dudniące hełmy, napierśniki, złapał za materiał adamaszkowego płaszcza, odrywając jego kawałek od reszty bogato zdobionego stroju. Żałosny krzyk barda rozniósł się po okolicy.
— Nie tego sukinkota! — dodała tropicielka, wywracając oczami.
Gwardzista w poobdzieranej, pasiastej przeszywanicy, czując się nader pewnie w walce z nieuzbrojonym babskiem, złapał za ramię Jagody, pewnym ruchem chcąc posłać ciało przeciwniczki w rozległą kałużę błocka. Nie dostrzegł jednak błysku wysuwanego zza pasa kordelasa, nie powstrzymał kobiety przed sięgnięciem po broń, której rękojeść, nim brzeszczot wbił się głęboko w przedramię, łupnęła o stalowy hełm jak o dzwon, tym samym całkowicie powstrzymując strażnika przed unikiem, kontrą. Tropicielka ryknęła gniewnie, resztkami sił unikając poprzecznego cięcia z dołu, wyprowadzonego przez kolejnego chwata. Nosz kurwa, nie będzie wstrętny drab pluł jej w twarz.
Asher, wykonując półobrót, tnąc powietrze mieczem, tym samym chcąc zachować swych wrogów na dystans, dostrzegł wirującego w walce rudzielca, z lekkością akrobaty wymijającego kolejne cięcia, wypady, zmylającego strażnika niepełnymi ruchami, twardą podeszwą kozaków celującego w kostki, kolana, najbardziej odkryte miejsca na cielsku przeciwnika. Nie sądził, że obcy konfrater Jagody brata, teraz bezczelnie tającego się przed kłopotami pod okapem jednej z chat, okaże się w ich potyczce jakkolwiek przydatny. Że być może, ale tylko być może, dzięki dodatkowej parze rąk, uda im się wyjść z tego cało. No, przynajmniej żadna z niego niezguła.
— Kurwa mać, toż jeno dwóch chłopa i baba — odezwał się dowódca o pokaźnym wąsie, z wolna dochodząc do siebie po precyzyjnym cięciu najemnika — zbójów trójka, spiąć rzyć i machać, machać!
A miał być święty spokój, pomyślał Asher, czując, jak pierwsze ukłucia bólu roznoszą się po wyczerpanych mięśniach, stawach, kościach. Ciął powietrze, ostrze świsnęło, wyprowadził poziomy, szeroki cios z finty i niepotrzebnie się odsłaniając, pozwolił na atak jednego z gwardzistów. Ostry syk wymsknął się spomiędzy ust najemnika. A miał przecież cały dzień przesiedzieć na dupie w szynku nieopodal, rozkoszować się rzadkim brakiem obowiązków, zadań, wlewać w siebie kolejne kwinty prześmierdłego piwska, cierpliwie wyczekując momentu kompletnej ucieczki, pozbawienia świadomości, która w chwilę oddzielała się od ciała, pozwalając mu na występki nieraz podłe, zazwyczaj bałwańskie, rzadko potrzebne czy niezbędne. A miał się przecież, językiem ulicznych warchołów posługując, napierdolić jak świnia, w odrażającym zamroczeniu móc sobie pozwolić na przespaną noc. Tę noc, nie dość, że nie prześpi, spędzi na rozmasowywaniu obolałych kończyn.
— Puszczaj, chuju!
Wzburzony pisk przebił się przez tworzone ostrzami harmonie, przedostał przez wszechobecne larum, sygnalizując o nagłym potknięciu, możliwej porażce. Asher skontrował jeden z ciosów, nie trafiając w cel, pospiesznie odepchnął przeciwnika, chcąc kupić sobie wystarczająco dużo czasu na rozeznanie się w nowej sytuacji. Nagły lęk zacisnął swe szpony na obolałych żebrach, spojrzenie Aureliona runęło w stronę reszty.
Jeden z drabów, ten sam, z którego ciętej rany na ręce leniwie lała się krew, rzucił się na tropicielkę od tyłu, zawiesił na szyi kobiety, ciągnąc jej ciało ku ziemi, przyduszając, nie pozwalając zbytnio na ruchy, wierzganie, jakąkolwiek próbę obrony. Ryży, wyraźnie obrotem spraw zaskoczony, odwrócił spojrzenie na Jagodę, tym samym pozwalając, by łysa łachudra bez hełmu wycelowała kopniakiem w jego cholewę, pozbawiła go równowagi. Asher wziął głęboki wdech, zamieszanie pozbawiło najemnika koniecznej w tej chwili uwagi. Bez zastanowienia, w przypływie nagłego gniewu, rzucił się przed siebie, gotów rozchlastać czaszkę łajdaczyny, która zdecydowała się zaatakować jego towarzyszkę.
— Jagoda! — warknął, zbliżając się do ich dwójki, brnąc przed siebie, nie zważając na resztę otoczenia i nachodzących na niego ze wszystkich stron strażników. Jebać grajka i jego rudego równiaka. Jebać strażników i obserwujący ich motłoch. Jebać ten dzień, tę przepychankę, zahamowania, czy tworzące się w umyśle Ashera pretensje rozwścieczonego Otta, dowiadującego się, iż jeden z najstarszych z jego prywatnej, podziemnej szajki, zdecydował się zarżnąć gwardzistę w samym centrum tego velteńskiego kurwidołka. Nie mógł pozwolić, by dobrali się do Jagody. Nie mógł pozwolić, by stała się jej krzywda. Nie, nie mógł.
Nie dostrzegł w czas wyłaniającego się z jego boku i napierającego zaciekle osiłka, jego nadchodzącego ciosu, ciężko sunącej w powietrzu płytowej rękawicy. Twarde żelazo kordowej głowicy przyrżnęło w czoło najemnika, przecięło skórę i wbiło omal w czaszkę, siłą uderzenia krusząc zewnętrzną powierzchnię kości. Aurelion zakołysał się na miękkich kolanach, otoczenie omiotły błyski oraz smugi kolorów, szybko przemienione w przeżerające skwer cienie. Oręż wypadł z ręki, mlasnął, lądując w kałuży błota. Za nim na ziemię runęło ociężałe cielsko Ashera, niespodziewanie odmawiające najemnikowi posłuszeństwa.
A miał być święty spokój, pomyślał, tracąc przytomność.

24.03.2022

Od Liliana CD. Jagody (do Ashera)

— Inaczej zapamiętałem tę okolicę.
— A czego żeś się spodziewał, że wszystko będzie takie samiuśko, jakieś tu dziesięć lat temu zostawił?
— Nie o to chodzi, Julian. Rozejrzyj się — mruknął Lilian, oglądając się za siebie.
Pusta droga za nimi i pusta przed nimi, jeno śnieg, dużo śniegu i grube sople lodu – jedyne, którym ten mróz był sojusznikiem – zwisające z okiennic, kilka bezpańskich psów łypiących uważnym spojrzeniem na dwójkę nieznajomych. Miną raz na jakiś czas płot lub dwa, za którym co wytrwalsze w monotonii dzieciaki wtykają marchewkę w nos bałwana, jeden drugiego przekrzykując. Przejdzie ktoś czasem przelotem, a może przemknie raczej, ze wzrokiem spuszczonym i głową ukrytą pod płaszcza kapturem, głową zasypaną lawiną własnej codzienności, po czym znika zaraz. Widmo człowieka, wspomnienie.
Nie podobało się mu to, co widział. Nie podobała mu się ta zima.
— Tutaj brakuje życia — kontynuował przemyślenia na głos. W tym głosie niepokoju trochę, trochę niezadowolenia. Lilian lubi, kiedy jest pełno życia. I lubi, kiedy jest tłoczno. Zwłaszcza wokół jego osoby. — Nie ma do kogo podejść, zapytać, zagadać. Ludzie przestali wychodzić na ulicę, do innych ludzi.
— No i słuszność mają. Pizga, że aż w zębach dzwoni, a spotkać można się też w karczmie i to z równie żywym skutkiem — rudowłosy towarzysz zwany Julianem podsumował treściwie. — Zresztą, ja to się im nie dziwuję. Mnie po całym tygodniu roboty w tej pizgawicy to też nie chciałoby się tego białego gówna więcej oglądać. Nie każdy żyje z dostarczania ludziom rozrywki, coby pozwolić sobie na pracę w godnych warunkach, imaginuj sobie.
— Imaginuję. Jeno racz oświecić do czego zmierzasz, bo chyba nie rozumiem — skontrował, niespecjalnie biorąc sobie personalny przytyk do serca. Ujął w dłonie przewieszoną przez tułów lutnię na skórzanym, zdobionym paseczku, szarpnął palcami o struny i zaraz zmarszczył brwi w reakcji na nieczysty dźwięk, który wydała. — Przecież my obydwoje właśnie z tego żyjemy.
— Ano, właśnie. Między innymi — Odpowiedź była ani to przecząca, ani twierdząca zanadto. Bard, znający swojego przyjaciela po fachu i nie tylko po fachu wystarczająco dobrze, o doprecyzowanie prosić nie musiał. — Dlatego im te tyłki odmarzają z przymusu, a my mamy luksus pozwolić sobie na to z własnej, nieprzymuszonej woli. Przywilej artysty, kurwa jego mać. Pomyśleć, że mógłbym go wykorzystać na coś znacznie przyjemniejszego, tfu.
— Nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby to nie było ważne.
— Ach tak tak, sprawy rodzinne wagi najwyższej o stopniu wtajemniczenia tylko dla obeznanych, prawiem zapomniał! Uniżenie błagam o wybaczenie i dziękuję za uczynienie mnie szczęśliwym wybrańcem.
Ironią zaśmierdziało w chłodnym powietrzu, i w śniegu, i dałby sobie Lilian głowę uciąć, że w przeklętych soplach lodu też. Nawet w spojrzeniu jeżącego się na nich z ukrycia kocura.
— Tuż za rogiem karczma, o której wspominała Oczko, tam napijesz się piwa. Czy to będzie wystarczająco przyjemne, żebyś przestał marudzić? — Nie pozwolił się sprowokować. Julian często prowokował – nic nowego, dzień jak codzień. A jemu zazwyczaj to nie przeszkadzało.
Ale tym razem zwykłym zazwyczaj nie było. Sprawa naprawdę była ważna i nie pozwalała Lilianowi skupić się na niczym innym poza jej wykonaniem.
Sprawą była Jagoda. Konkretnie, odnalezienie jej. Po niespełna dziesięciu latach rozłąki.
— Miarkuj, bo wzruszę się zaraz. Kto to widział, tak dobrze mnie znać!
Bard parsknął pod nosem, wywrócił oczami, stosownie do prośby przemilczał. Zajął się przekręcaniem stroików w instrumencie.
Tuż za rogiem ciężkim barytonem zaszczekał pies, zaraz po nim znacznie cichszy, męski głos. Świst wysuwanej z pochwy klingi nie zdołał dwójki przyjaciół ostrzec przed potencjalnie czyhającym za rogiem niebezpieczeństwem, w punkt zagłuszony kolejnym szarpnięciem w struny.
— Kurrrw… — Julian gwałtownie zatrzymał się wpół kroku, odruchowym szarpnięciem za kołnierz powstrzymał od dalszej wędrówki także Liliana, bo ten, chwilowo nazbyt zaangażowany w strojenie lutni, żeby baczyć, co się wokół niego wyprawia, bez pomocy byłby wyhamować nie zdążył. I tyle byłoby z jego ważnej sprawy.
Szarpnięcie, w tej całej swojej odruchowości niekoniecznie delikatne, zmusiło nieprzygotowanego szarpanego do postawienia dwóch, chwiejnych kroków do tyłu celem utrzymania równowagi – szczęśliwie z powodzeniem, bo w tym niedelikatnie szarpiący już nie do końca skory był pomóc, czort go wiedział z jakich powodów.
— Uważaj jak leziesz, rzępoło przeklęty, boś nie jest już dłużej piesek królowej, co to wokół niego tuzin rycerzyków w zbrojach lata, a żeby cię tylko przypadkiem z tego twojego poetyckiego wniebowstąpienia nie wyrwać! — warknął z wyrzutem, który całkiem podstawnie zabrzmiał Lilianowi jako jeden tych wspomnianych, czarcich powodów. — Skapnąłbyś się dopiero, że cię na czubek miecza nadziali, jakby ci się w oczach mroczyć zaczęło, cholero!
Zbesztany z góry na dół, z lekka zszokowany nagłą wizją śmierci tak niechlubnej, że niegodnej nawet najnudniejszej ballady na świecie, Lilian znieruchomiał, wybałuszył wyrwane z rzekomego świata poetyckich wniebowstąpień oczy. Srebro wymierzanej w jego kierunku klingi odbiło się ostrzegawczo w oczu tych błękicie, prędko sprowadzając na ziemię.
A on jak stanął na dwóch nogach, tak stał. I się gapił.
— Cóż to, teraz kulasy posłuszeństwa odmówiły? Idziemy, wartko. Do tej twojej karczmy, co podobno niedaleko — ponaglił Julian, dziarsko klepiąc poetę po plecach. Widać, odwidziało mu się gniewać tak szybko, jak uwidziało. — A jak się tak koniecznie nadziwować potrzebujesz, to chociaż drogi nie wadź. Wybaczcie, mości eee… wojowniku, kolega coś dzisiaj nie-
— Zamorduję, zatłukę! Łeb ukręcę, wyrwę gołymi rękoma, ścierwo psom rzucę na pożarcie!
— Spokojnie panienko… ooo kurwa! — Lilian stał plecami do Juliana, nie widział go. Nie musiał wcale widzieć, żeby być pewnym, że on właśnie w tamtej chwili zrozumiał. Zrozumiał, choć musiał najpierw zobaczyć i nie jest mu już dłużej do śmiechu.
— Jagoda, siostrzy-
— Już ja ci dam siostrowania! — przerwała w połowie słowa, zmierzając w jego kierunku. Zacisnęła pięść na białym futrze, nie szczędząc siły przyciągnęła do siebie. Drugą pięść, tę trzęsącą się we wściekłości i rozgorączkowaniu, zawiesiła w powietrzu, gotowa do mordobicia. — Ty sukinkocie, psi synu, łachudro sprzedajna ty! A pożałujesz rychło, żeś miał czelność tą swoją gogusiowatą mordę tutaj pokazywać!
— Ejże!
— Poszedł won, bo zara i tobie się za tą panienkę w zęby dostanie!
— Ilya, odpuść — dodał ostrożnie Lilian, w pełni świadom powagi słów Jagody.
Ani po groźbie, ani po prośbie. Ilya nie odpuścił, próbując zapobiec bratobójstwu wdarł się pomiędzy rodzeństwo. Zgodnie z zapowiedzią, prędko za to zapłacił. Najpierw rzuciło się na niego coś czarnego, ciężkiego i kudłatego. Zachwiał się niebezpiecznie, ale w utrzymywaniu balansu doświadczony, zwinnie równowagę odzyskał. Ledwo co zdążył zakląć głośno i siarczyście, a już stracił ją ponownie pod wpływem obiecanego ciosu w twarz. Kości chrupnęły, polała się pierwsza krew.
— Ty mała… — dokończył niewyraźnie albo i może nie dokończył w ogóle, złapał się za nos, niedbale przetarł rękawem płaszcza krew strużką cieknącą na usta.
— Ani się waż do niej zbliżać, Julian.
— Patrzcie go. Pierdolony obrońca się znalazł, od siedmiu boleści!
— Co to za burda?! Rozejść się, zanim wszystkich po kolei za kraty powsadzam!
Obcy głos. Świst kolejnej klingi wysuwanej z pochwy, może dwóch. Strażnicy, pomyślał Lilian. Mamy przejebane.
— Bez obaw, panowie. Nie ma potrzeby interweniować, sytuacja opanowana — zełgał z przekonaniem, którego w rzeczywistości sam nie podzielał.
— Jużci widzę, jaka opanowana, tfu! — sarknął mężczyzna na przedzie – zdawało się, że dowódca patrolu – gapiąc się wymownie to na zakrwawioną facjatę Juliana, to na stojącą najbliżej niego Jagodę. — Bierzemy ich, chłopaki. Rudego i dziewkę.
Pierwszemu, który odważył się wykonać polecenie, przeszkodził towarzysz Jagody. Ostrzegawczo zawiesił klingę miecza w powietrzu, skutecznie odcinając drogę, spod ukosa łypiąc na strażnika ostrzegawczym spojrzeniem.
Lilian dobrze znał to spojrzenie. Ani się waż do niej zbliżać, mówiło.
— Z drogi, bo zatłukę.
Białowłosy ani drgnął. Tym samym pierwszy atak, który płynnie odparł i zaraz skontrował, ściągnął na siebie samego. Jagoda i Julian, jakoby nagle wszelkie wrogości względem siebie w niewypowiedzianym porozumieniu porzucili, solidarnym gestem jak jeden mąż pięściami na pozostałych strażników, tych broni pozbawionych.
Zza rogu wybiegło kolejnych trzech strażników. Razem ośmiu do czterech. Do trzech właściwie, bo jedyny z całej gromadki bard ani myślał do bijatyki stawiać, w zamieszaniu oddaliwszy się na całkiem bezpieczną już odległość, gdzie połamany nos, ręka czy lutnia, nie groziły mu z każdej strony.
Przyciągnięci hałasem gapiowie wyszli przed karczmę i domy, dzieci wołane przez oburzone matki pouciekały, psy szczekały, miecze odbijały się metalicznym szczękiem, przekleństwa padały jedno po drugim. Zrobiło się żywo, i głośno, i tłoczno.
Och, ironio, pomyślał Lilian. Dokładnie tak, jak zapamiętałem tę okolicę.

1.03.2022

Od Ashera do Jagody

Coś świsnęło obok ucha, przeleciało obok głowy, lądując wreszcie w kącie przyćmionego pomieszczenia, zaraz w pobliżu dwójki, teraz niezwykle poruszonych, drągali, we względnej ciszy próbujących posilić się kolejną porcją paćki z kaszy i niewiadomego pochodzenia mięsa. Drewniany kufel potoczył się po ławie, jego zawartość w chwilę wylądowała na kamiennej posadzce, a ława, wystarczająco już zniszczona, niepewnej budowy, zadygotała pod piąstkami tropicielki, na co Asher pospiesznie złapał za swoje własne naczynie z piwem, w szybkiej próbie chcąc wszelakie resztki alkoholu, przed Jagody gniewem, uratować.
Westchnął z ulgą, wpatrzony w rozkołysaną pianę trunku. Jagódka zerwała się na równe nogi, w mig pokonując drogę między ich miejscami a stojącym nieopodal karczmarzem. Mężczyzna zadrżał, dostrzegając buchający w modrym oku gniew.
— O, nie. Nie, nie, nie — westchnął z niezadowoleniem. — Toż to już trzeci raz w tym tygo-
— Morda w kubeł. — Ręce kobiety sięgnęły po pusty antałek, ciskając nim w kolejną grupkę milczącej klienteli. — Jak cię nie pytają, to nie trzep ozorem.
Bo niezgrabny oberżysta, towarzystwem Ciem niebywale zmęczony, tego tygodnia już raz trzeci będzie zmuszony swą marną kleć do jako takiego porządku doprowadzać. I tylko dzięki kilku słowom Otta – monetom być może również, tych Otto miał w końcu pod dostatkiem – ów marny przedsiębiorca, po pomoc przemierzających ulice strażników, jeszcze nie wołał.
Tacy z nich, od siedmiu boleści, szczęściarze.
— A teraz powtórz to, co przed chwilą wypaplałeś. — Palce Jagody zacisnęły się na skrawku poniszczonej, męskiej jopuli, po pomieszczeniu przeszedł donośny wizg. — No, już, nie mamy całego dnia!
Karczmarz przełknął nerwowo ślinę.
— M-Mówi się, że do Velten zajechał jaki szarpidrut, z Królestwa Apreńskiego aż. No i, mimo iż nosi się jak, jak wielki panicz, to głośno wśród nas o nim, bo niby do panienki taki podobny, jak bogów kocham, kropla w kroplę.
Spojrzenie fioletowych tęczówek runęło wreszcie na osobę Jagody, obserwując, notując, by, jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, odpowiednio szybko zareagować, powstrzymać dziewczę przed rozgardiaszem kompletnym. Siwowłosy wychylił kolejny haust piwska.
Szczyny. Jak zwykle.
— Gdzież to usłyszał? Gdzież?
— Bo ja wiem, różna hołota mi się tu przez gospodę przewija, każdego spamiętać nie mogę.
Tropicielka przeklęła coś pod nosem, warknęła z niezadowoleniem, puszczając ostatecznie zmiętoloną tunikę roztrzęsionego jegomościa, kierując się z powrotem w stronę lady. Asher odetchnął z ulgą, nie wiedząc jednak jeszcze, że ława miała lada moment wylądować na zakurzonym kamieniu, blatem do dołu. Ściągnął siwe brewki, pokręcił głową. Kolejny łyk średniej jakości napitku.
— Próbuję w spokoju pić — wymamrotał, doskonale zdając sobie sprawę, iż Jagoda, zbyt przejęta rosnącym w jej piersi gniewem, w zupełności na jego słowa nie zareaguje.
— Dam ci jeszcze jedną szansę. Skąd? Skąd wszyscy nagle wiedzą o jakimś kolejnym, pierdolonym grajku?
Szepty obserwujących rosły w siłę, szybko szeptami być przestając. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie, by wszyscy ponownie zamilkli. Siedzący w północnej części gospody starzec, w przestrachu wsunął na czubek głowy spiczasty kaptur.
Bezimienny karczmarz zerknął w stronę Ashera, z głuchą prośbą wypisaną na szarej, pomarszczonej twarzy. Najemnik wzruszył ramionami. Furia kobiety trudną była do stłumienia.
— Mówili… Wspominali coś o… o… Oczko, tak! Znowu jest w mieście, to i kolejne nowości również. A z Oczko zawsze znajdzie się kolejna nowostka do rozpowiedzenia.
Jagoda wzięła głęboki wdech.
— Imię. Mówili jak mu na imię? Temu bardowi?
— P-Podobno Lilian każe na siebie mówić, taki, jak oni to mówią, pseudonim artystyczny, czy jakoś tak. Tyle wiem, nic więcej, przysięgam, na bogów się klnę. Wystarczy już, proszę!
Pierwiastek zaskoczenia błysnął w modrym oku, mięśnie twarzy zadrżały, natężyły się straszliwie, napinając skórę na dziewczęcym licu. Siwowłosy pospiesznie podniósł się ze swojego miejsca, piwsko odkładając na stolik obok, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy swej towarzyszce. To był ten moment. Moment, w którym należało reagować.
Jagoda ponownie pozwoliła sobie złapać za kołnierz tuniki, przyciągnęła oberżystę ku sobie, ku drugiej ręce, przygotowującej się do ciosu, kiedy silny uścisk obcej dłoni znalazł się na jej smukłym ramieniu, szybko uwalniając tropicielkę spod lawiny rozeźlenia. Zerknęła przez ramię, zatrzymując spojrzenie na jego fioletowych oczyskach.
— Precz, kurwa. Bo ty też dostaniesz.
— Nie, wystarczy — odparł Asher, w zupełnym spokoju, z zimnem i obojętnością, choć obojętny, jak widać, nie był wcale. — Więcej z niego nie wyciągniesz, sama dobrze to wiesz. A teraz grzecznie wychodzimy. I myślę, że należą mi się pewne wyjaśnienia.