― Podziękujesz mi później.
Jagoda zacisnęła palce na kratach tak mocno, że aż knykcie jej pobielały.
― Prędzej psy zaczną dupami szczekać, niż ja ci za cokolwiek podziękuję ― warknęła z pogardą i splunęła Lilianowi prosto pod nogi.
Bard wykrzywił usta w grymasie ni to niedowierzania, ni obrzydzenia. Spojrzał na Jagodę, na czubki swoich butów i raz jeszcze na Jagodę. W błękitnej tęczówce malowało się pytanie – czy to naprawdę było potrzebne? Litości, odrobiny kultury osobistej nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
― Nic a nic się przez te lata nie zmieniłaś ― skomentował, stawiając niewielki krok do tyłu. Zapobiegawczo. Asekuracyjnie. Miał wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, w krótkim czasie ucierpi coś znacznie więcej, niż tylko jego buty. Włosy? Twarz? O nie, nie. Nie na darmo wtapiał się w tłum, żeby obrywać mimo wszystko. ― Tym bardziej rad jestem, że już niedługo stąd wychodzimy. Przebywanie w więziennym towarzystwie mogłoby zadziałać na twoją niekorzyść.
― Głuchy jesteś? ― Wtrącił ponownie siwowłosy, tym razem decydując się na podejście do rodzeństwa. Krok miał wolny i ciężki, ale nie utykał – a może z resztek sił starał się nie utykać i skutecznie mu to wychodziło? Lilian zaryzykowałby, stawiając na to drugie. ― Powiedziałem, że możesz sobie iść. Zgrywaj wybawcę gdzie indziej, my łaski twojej nie potrzebujemy.
Bogowie, pomyślał Lilian. Kim ten mężczyzna jest, skoro wydaje mu się, że może stawać między mną a Jagodą? Kimś ważnym, jeśli ona mu na to pozwala. Zresztą, to nieistotne. Może dla niej. Ale nie dla mnie.
― Łaską bym tego nie nazwał. ― Zadarł podbródek do góry, żeby spojrzeć nieznajomemu w oczy. Dopiero z bliższej odległości, kiedy ten zatrzymał się za plecami Jagody, miał okazję przyjrzeć się mu nieco lepiej. Fioletowa tęczówka łypała wrogo, nie przejawiając najmniejszej chęci współpracy ze strony właściciela. Rozpłatane czoło i włosy bardziej karmazynowe od lepkiej, zaschniętej krwi, aniżeli białe, przyprawiały o ciarki. ― Ale wizyta u medyka, ciepły posiłek i porządna kąpiel przydadzą się wam obydwu jak najrychlej. Przecież widziałem, co z wami zrobili, ledwo na nogach staliście. Dla skuteczniejszej argumentacji pozwolę też sobie wspomnieć, że niektórzy ― uniósł znacząco brew, wzroku od twarzy najemnika nie odrywając ― nie stali w ogóle.
― Teraz cię sumienie ruszyło! ― Jagoda szarpnęła za kraty, zardzewiała kłódka zabrzęczała nieprzyjemnie dysonującym w uszach dźwiękiem. Przez krótką chwilę bard zastanowił się, czy nie powinien dać siostrze więcej czasu. I zanim znów zdążyła otworzyć usta, zdołał rozmyślić się trzy razy. ― Gdzieś je schował, kiedyśmy się sami wczoraj napierdalali?
― Och, więc o to chodzi ― zaśmiał się, niespodziewanie wielce czymś rozbawiony, o dotychczasowym ciężarze atmosfery bez większego wysiłku zapominając. ― Macie mi za złe, że do was nie dołączyłem. Zapewniam, że nic dobrego z tego by z tego nie wyszło, narobiłoby się nam wszystkim więcej niepotrzebnych kłopotów. W przeciwieństwie do was, ja pięściami i mieczem nie pracuję. Tylko głosem i twarzą.
Nie chodziło wyłącznie o to, że bał się oberwać prosto w twarz, stracić przytomność i wylądować w brzydkiej, śmierdzącej szczochami, szczurzymi odchodami i ubóstwem celi; takiej właśnie, której dostało się stojącej przed nim dwójce. I pozostałym, wyjątkowo nieprzeszkadzającym i milczącym jakimś – Lilian nie wnikał, ich losy obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale o reputację własną musiał dbać. Jak wytłumaczyłby się z takiej kabały opinii publicznej?
― Dupą chyba ― podsumowała czarnowłosa, po czym odeszła od krat i odwróciła się do nich plecami. I tyle, zdawałoby się, z rozmowy. Jagoda straciła cierpliwość, tę swoją już i tak nad wyraz ulotną. A ten drugi, poecie nadal nie było dane poznać jego imienia, do rozmowy niespecjalnie się palił. Tylko ta fioletowa tęczówka z góry łypała wciąż wrogo. Warunki zgoła niełatwe. Ale to wcale nie tak, że dla Liliana stanowiło to jakąkolwiek przeszkodę.
― Ten twój agresywny kundel, który podarł mój nowy, adamaszkowy płaszcz ― podjął i przerwał zaraz, nazbyt przejęty wnikliwą obserwacją więziennych ścian i zakamarków. Gdzie nie wilgoć, tam… wszystko inne. Żeby niczego nie pominąć, trzeba byłoby sporządzić naprawdę długą listę. Już od dawien dawna nie musiał przebywać w takim brzydkim, zapuszczonym miejscu jak to. O więzieniu nie wspominając. ― Precel, o ile mnie pamięć nie myli. Przyczepił się do mnie jak ten ostatni rzep i nie chciał odpuścić aż do samego zajazdu. Nie wiedziałem co z nim zrobić, a gapił się na mnie tymi wielkimi ślepiskami, więc zabrałem go ze sobą do środka. Właściciel co prawda gniewał się z początku, ale ubłagałem go bez problemu. Dobrze mu chyba ze mną było, w sensie psu. Nażarł się resztek z mojej kolacji, że aż uszy trzęsły. A potem…
Ciężki, obcy krok i towarzyszący mu charakterystyczny brzdęk kluczy zapowiedział powrót strażnika, w w mig zmuszając poetę do przerwania opowieści. Ten dostosował się, choć z wielkim bólem serca, co było potem nie dokańczając. Szkoda. Gdyby stary dziad pojawił się odrobinę później, zdążyłby jeszcze opowiedzieć o tym, co Precel przez jedną noc zdążył napsocić w jego pokoju i jak na ten niewielki remont zareagował właściciel austerii.
― Jestem, jestem. Skubane zapodziały się gdziesik. ― Odezwał się zbrojny, obracając pęk kluczy wokół palca. ― Szczeniaki nie sprawiały problemów, panie Deslys?
Lilian z nagła poczuł ciężkie, dokuczliwe ukłucie w sercu. No tak, no przecież. Vincent Deslys, takoż się teraz nazywał. Ten, którym nigdy nie chciał być i ten, którym po dziewięciu długich latach, dla dobra własnego pozostać musiał. Och, jak dobrze znów było pobyć Willisem przez te kilka krótkich chwil, zanim rzeczywistość ściągnęła go z powrotem na ziemię. Wiedział, że nigdy nie zdoła zaakceptować, że ludzie mają go za kogoś, kim nigdy się nie urodził. Ale z czasem mógł przynajmniej zacząć się do tego powolutku przyzwyczajać. Z czasem. I czasem. Ale nie teraz, nie w pobliżu Jagody.
― Najmniejszych ― poręczył, kątem oka zerkając na Jagodę. Wydawała się trzymać. Jakoś. Pięści zaciskała mocno, jakoby już szykowała się do wyładowania ich o jego twarz zaraz po wyjściu zza krat.
― Aż dziwota. Rzadko się tu zdarza, żeby ćmy komu kłopotów nie sprawiały. Widać im ta bójka wczorajsza naprawdę w kość dała. Może w końcu sobie od nich odpoczniem, hehe. ― Strażnik zaśmiał się chamowato, wyszczerzył pożółkłe zęby, w końcu decydując się na odnalezienie właściwego klucza z pęku i wsadzić go do kłódki. Ciche brzdęk i ćmy, jak to ich dostojnie nazwano, były na wolności. ― No już, wyłazić. Jeno powolutku, grzeczniutko. Nie dziwować mi tutaj, bo zara nazad wrócą.
Lilian, choć z pewnym uśmiechem na twarzy, uważnie przyglądał się Jagodzie, która obolałym krokiem skierowała się do wyjścia – za nią, niby sznurem pociągnięty, białowłosy. Rozum podpowiadał bardowi, że powinien się usunąć z drogi, ustąpić trochę miejsca na przejście. Nie wadzić, żeby nie krzyczeć o guza głośniej, niż to było konieczne. Tyle, że on nie chciał usuwać się z drogi. I tym bardziej, nawet jeśli powinien, nie chciał uciekać.
― Prawda to, co gadają niektórzy ― Żółte Zęby przerwał chwilę napiętej ciszy, przeskakując spojrzeniem między Lilianem a Jagodą. ― Że ta mała strasznie podobna do do szarpidruta, co to się ostatnio w Velten pojawił. Żeśta są jak dwie krople wody normalnie.
― To dlatego, że jest moją adoratorką. ― Wypalił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Lepsze jakiekolwiek wytłumaczenie, niż żadne, prawda? Wyszczerzył białe ząbki, dumnie wypiął pierś do przodu. ― W dzisiejszych czasach wystarczy zmienić fryzurę, żeby się do kogoś upodobnić, nic łatwiejszego. Teraz ― odwrócił się plecami do strażnika, ruszył przed siebie ― proszę wybaczyć, ale musimy już wychodzić. Nie mam całego dnia, wieczorem gram.
― Eee… ale…
Lilian zatrzymał się, obrócił na pięcie.
― Tak?
― Bo… ― Żółte Zęby podrapał się po głowie, wyraźnie skonfundowany ― trafił z nimi jeszcze taki jeden, rudy taki i wysoki. Tylko żeśmy go wsadzili do innej celi, bo tutaj już miejsca nie było.
― No tak, on. Zapomniałem. ― Lilian wzruszył ramionami, lekceważąco machnął ręką i znów obrócił się na pięcie. ― On zostaje jeszcze jedną noc, przyjdę po niego jutro. Uważajcie, żeby nie uciekł wam zbyt wcześnie. Właściwie, na waszym miejscu sprawdziłbym, czy już tego nie zrobił. Bywaj!
― Chciał zrobić krzywdę Jagodzie. Należy mu się dodatkowa noc ― dodał znacznie ciszej, zrównując kroku z poszkodowaną dwójką. Dopiero kiedy z ciemnego i śmierdzącego wilgocią budynku wyszli na mroźną uliczkę, dokładnie przyjrzał się każdemu z osobna, po czym żywo podszedł do jeszcze bezimiennego najemnika, wyciągając dłoń w geście powitania. Takiego prawidłowego. Bo do tej pory żadnej, dobrej okazji nie mieli. ― Lilian. Starszy brat Jagody. No, co tak stoimy? Prowadźcie! Mam nadzieję, że w siedzibie Ciem czeka na was porządny medyk, bo obydwaj wyglądacie jak chodzące truposze.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz