— Przyjemność po mojej stronie. — Lilian ukłonił się filuternie, bez wymuszonej sztuczności, która ceniona i pożądana zdawała się być jedynie na dworach, wśród arystokracji. — Ręczę słowem, że zostawiasz swojego przyjaciela w dobrych rękach, a jeśli pewnego dnia przyjdzie się nam jeszcze spotkać, chętnie opowiem ci o tym pobycie osobiście i ze wszystkimi szczegółami. Żegnaj, Rivanni. Niechaj wiatr ci sprzyja!
— Rivanni — dodał Asher, ograniczając się do pożegnalnego skinienia głową.
Kapitan odpowiedziała tym samym. Proste skinienie, najprostsze z możliwych, oszczędne i niepotrzebnej gestykulacji pozbawione – niby takie samo jak poprzednie, w wykonaniu Rivanni wydawało się jednak o stokroć swobodniejsze, żywsze. Przyjemniejsze w odbiorze.
Odeszła, śpiesząc do własnych spraw i własnej załogi. Odprowadzili ją wzrokiem. Sylwetka piratki, chociaż w barwności swojej do przeoczenia niełatwa, prędko zaczęła tonąć w napływającym z każdej strony, apreńskim rozgardiaszu. Aż w końcu zatonęła na dobre. Pośród wykonujących swoją robotę rybaków, marynarzy i chłopców na posyłki, przekrzykujących jeden drugiego handlarzy, pośród żon z dziećmi na rękach radośnie wpadających mężom i ojcom w ramiona po długich miesiącach rozłąki oraz rozproszonych po porcie nowoprzybyłych, pytających o drogę kogo i jak popadnie.
— Żadnego “miło było”, “uważaj na siebie” ani “do zobaczenia”? Doprawdy, aleś ty wylewny — zauważył Lilian, ukradkiem zerkając na białowłosego, który miał mu być towarzyszem i eskortantem przez najbliższe kilka tygodni. Uniósł brwi, zaskoczenia malującego się w ciemnoniebieskiej tęczówce nie kryjąc i zamiaru nie mając.
Lilian wiedział, że Asher i Rivanni poznali się bardzo dawno temu w specyficznych dosyć okolicznościach i że to było ich pierwsze spotkanie od tamtego czasu. Wiedział, że bardzo dawno temu kapitan pomogła dezerterowi uciec ze Sceiv Astua do Enrynu statkiem przemycającym emigrantów rjuske. Lilian wiedział więcej, niż wspomniany dezerter prawdopodobnie życzyłby sobie, żeby wiedział. Część tej wiedzy zdobył samodzielnie, z obserwacji. Czasem zupełnie przypadkowo, w towarzystwie i przy odpowiednim trunku, kiedy mniej baczy się na słowa i mówi się więcej, czasem – kiedy trzeba było uważniej nadstawić ucha, szarpnąć w struny znacznie delikatniej, żeby być w stanie lepiej dosłyszeć – niekoniecznie. Pozostałą częścią podzieliła się z nim sama Rivanni. Chętnie. Wystarczyło tylko zapytać. W tajemnicy.
— Jaki ty masz problem, co? — Najemnik, o dobre kilka cali od barda wyższy, z wolna skierował twarz w jego stronę, zmierzył wrogo spod ukosa. W tych oczach o niecodziennym kolorze fijołków, oczach intrygujących i tajemniczych, nie sposób było dostrzec czegokolwiek, co jawić mogłoby się jako cień sympatii. Miały wyraz surowy i chłodny, jakoby po tylu latach spędzonych w mroźnej Rietvie zapomniały, jak to jest jeszcze dzielić się ciepłem z kimkolwiek.
— Problem, nie-problem. Mówię, jak widzę, a widzę, że jesteś mało wylewny. Ot, cała filozofia — odparł niefrasobliwie, wzruszył ramionami. Rozglądając się dookoła celem dokonania rozeznania w okolicy, na czuja włożył pozostałe, starannie zapakowane kawałki grillowanej ryby do skórzanej torby przewieszonej na misternie zdobionym paseczku. Po niedługiej chwili zastanowienia nad najlepszą drogą, ruszył przed siebie, w kierunku miasta. Obejrzał się za siebie przez ramię, na białowłosego, sprawdzając, czy nadąża. Nadążał. Ale trzymał się z tyłu. Chyba celowo.
Lilian zrównał kroku.
— Możesz robić sobie kwaśne miny i udawać, że nie wiesz o czym prawię, aczkolwiek ja ślepy nie jestem — kontynuował, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Widziałem dobrze, jak beztrosko sobie tutaj rozmawialiście, a swobodnie, zanim przyszedłem i znów ukryłeś się przed całym światem za swoją maską gburowatości. Lubisz ją, nadto darzysz respektem, a to naturalne po tym, co dla ciebie zrobiła. Toteż, nie przeczę, spodziewałem się większych sentymentów.
— Nic ci do tego, bardzie — podsumował sucho Asher, zaciskając usta w wąską kreskę. Jego spojrzenie, wbrew wszystkim przypuszczeniom, że to nie mogłoby być już możliwe, nabrało jeszcze więcej wrogości.
I tyle z mojego monologu, pomyślał Lilian, walcząc z przemożną chęcią dramatycznego, umęczonego westchnienia. Kolejna nieudana próba skłonienia tego grymaśnika i męczyduszy do rozmowy. Ciężki będzie czas, och ciężki, dopóki nie zdołam go do siebie przekonać.
— Masz słuszność. Nic mi do tego — przyznał, niezadowolenia uzyskaną odpowiedzią nie ukrywając. — Chciałem po prostu porozma…
— To rozmawiaj — Asher uciął warknięciem. Do zaciśniętych ust dołączyły zaciśnięte pięści. — Rozmawiaj o pogodzie i ustrojach politycznych. Gadaj sobie nawet, jeśli musisz, o dupie marynie – mnie to gówno obchodzi. Ale wara ci, mówię to po raz drugi i więcej powtarzać nie mam zamiaru, ode mnie i tego, co łączy mnie z Rivanni.
Lilian zrozumiał. Powiedział za dużo. Powiedział stanowczo za dużo. A Rivanni ostrzegała.
— Wybacz. — Przywołany do porządku odpuścił posłusznie, zgodnie z wolą. Prośbą. Groźbą. Wystarczająco pod górkę już sobie narobił. Na siniaka pod okiem nie mógł sobie pozwolić.
Trudno, stłumił poczucie winy, to bowiem wielce mu było niewygodne. Skręcił w jedną z głównych uliczek, zrobiło się odrobinę ciszej, mniej gwarno, niemniej jednak tłocznie – im dalej od portu, tym się tłok wydawał bardziej zorganizowany. Trudno, powtórzył. Co się powiedziało, tego się nie odpowie.
— Powinniśmy załatwić ci jakiś krem. Albo maść.
Nie minęła chwila, zanim przerwał ciszę zmianą tematu. Szybką, niespodziewaną. Diametralną.
— Na słońce — sprostował od razu, dostrzegając malujący się na twarzy najemnika wyraz zakłopotania. Skrzywił się sugestywnie, zmarszczył nos, jakoby jego własny, nie ten asherowy – prosty i podłużny, cały był zaczerwieniony. — Dopiero co zeszliśmy z pokładu! W takim tempie do spotkania rady będzie z ciebie skwarka, o balu nie wspominając. Zrobię co w mojej mocy, żeby temu zapobiec.
I te cienie pod oczami, powstrzymał się od dodania na głos, sunąc po twarzy najemnika powłóczystym spojrzeniem. Musi być bardzo zmęczony. Nie dziwota, długa podróż za nami. I przed nami.
Cholera, ja też. Ja też jestem bardzo zmęczony.
— Bal? — Oczy Ashera otworzyły się szeroko. Ku zdziwieniu poety, w fijołkach w końcu zawitała jakaś emocja. Jakaś było dobrym określeniem. Niezbyt czytelna, choć raczej nic pozytywnego nie zapowiadała.
— Och — Lilian zdziwił się po mistrzowsku — nie wspominałem? Zresztą, to nic wielkiego. Kameralne przyjęcie z maskami na dworze Jaśnie Oświeconej Królowej Altei de Torrijos. I przez nią wydawane.
— Nie było mowy o żadnym balu.
— Nie było — zgodził się bez problemu — ponieważ uznałem, że będzie to dla ciebie miłe zaskoczenie, a dla mnie forma okazania wdzięczności za pomoc, jakiej zgodziłeś się mi udzielić. O której to formie oficjalnie ci teraz oznajmiam. Jako bliski przyjaciel Altei dostałem zaproszenie z możliwością przyprowadzenia ze sobą osoby towarzyszącej. Ciebie, mój prywatny eskortancie – i jednocześnie kompanie podróży, z oczywistych powodów pragnę zaprosić do przejęcia tej roli.
Lilian uśmiechnął się filuternie, puścił do Ashera oczko. Oczywiste powody były dosyć dwuznaczne.
— Chodźmy, o szczegółach chętnie opowiem ci wewnątrz czterech ścian. Znam w pobliżu przyzwoitą oberżę, podają tam całkiem smaczną zupę rybną. Zazwyczaj bywa tam dosyć tłoczno, ale znają mnie tam dobrze, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem dla nas pokoju czy dwóch. Najemy się, napijemy dobrego, apreńskiego wina i porządnie wyśpimy, na mój koszt!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz