Obserwował z uwagą poczynania gwardzisty, jednym ruchem zrzucił z pleców popielatą burkę, której płaszcz wadził przy wyprowadzaniu kolejnych ciosów. Odskokiem uniknął krótkiej pół-sinistry, robiąc dwa kroki w bok, uniknął również przewidzianej finty. Ostrze przecięło powietrze tuż przy czubku nosa, musnęło kilka siwych kosmyków, niesfornie wypadających z uwiązanego koka. Oddech przyspieszył, Asher zacisnął pewniej dłoń na rękojeści miecza, kątem oka dostrzegając zbliżającą się ku niemu dwójkę strażników. Trzech na jednego. Przeklął w myślach, skontrował dextera z pchnięcia. Nie raz i nie dwa radził sobie z większą ilością przeciwników. Napierające bandziory, grupki zdurniałych flisaków, chwaty z miejskich, podrzędnych szajek, wyposażeni w tępe ostrza, rozpadające się bindasy, rdzewiejące nadziaki. Nędzny drągal równać się jednak podszkolonemu żołnierzowi nie mógł. Choć jedni i drudzy równie bywali zidiociali, choć jedni i drudzy równie bywali rozpaskudzeni, gnuśni i równie wstrętni w swej arogancji, wyuczona bólem oraz siłą ręka, rzadko kiedy zapominała o wbitych jej do mięśni ruchach.
Stal szczęknęła, pobrzęk pustych, płytowych zbroi wypełnił cały skwerek, docierając do uszu zbierających się gapiów. Rechot nadlatujących wron rozbrzmiał nad głowami walczących, stado czarnych ptaszydeł, poruszając się wyłącznie po wyznaczonym przez siebie okręgu, tworzyło cienisty, matowy wir. Zmarznięte, wygłodzone, przez lata nieustających zamieci pozbawione pożywienia w postaci nasion, owadów, świeżych owoców, ściągnięte smrodem pierwszych kropel krwi, czekały. W bezmyślnej pewności o wizji nadchodzącej uczty. Asher westchnął, uniknął kolejnego ataku, lecz nie całkowicie, czując, jak żeleźce halabardy rozcina skórzany napierśnik, zahaczając hakiem o skórę pod piersią. Gówno, pomyślał, chroniony przed bólem siłą mamiącej umysł adrenaliny. Nie dzisiaj, pierdolone ptaszyska. Nie dzisiaj.
W odpowiednim momencie, po wyminięciu wystarczającej ilości ciosów, dostrzegając w ruchach drabów pierwsze oznaki zmęczenia, zachwiania, nagłej ociężałości, pomknął w stronę wąsatego dowódcy, pionowym cięciem trafiając w odsłonięty między płytami skrawek ramienia. Mężczyzna zawył niczym kopnięte psisko, runął na plecy, siłą ataku powalony na ziemię. Najemnik nie miał wiele czasu, by rozprawić się z resztą. Choć cios był precyzyjny, choć spowolnił przeciwnika tak, jak zakładał, Asher uderzał płytko, z opanowaniem, nie chcąc pozbawiać strażników kończyn, doprowadzać do krwistej jatki. Nie potrzebowali kolejnych problemów. Jedynie chwili pozwalającej czmychnąć w objęcia velteńskich cieni, które szybko miały zaprowadzić ich dwójkę pod same drzwi podziemnej nory Ciem.
— Precel, bierz sukinkota! — Wrzask Jagody przebił się przez kakofonię trzasków i łupnięć, ginąc dopiero za pierwszymi rzędami milczącego tłumu. Czarny kłębek sierści wynurzył się zza studni, warknął gniewnie, zaciekle, ostrzegając o nadchodzącym ataku, pędem puszczając się przed siebie i zwinnym slalomem unikając kiwających się gwardzistów, odskakującego na bok Ashera, wymierzającej cios Jagody, cofającego się rudzielca. Pożółkłe zębiska błysnęły w kontraście z ciemnym włosem, ochrypłe ujadanie wsunęło gładko w tworzoną przez walczących orkiestrę. Precel odbił się z łatwością od ziemi, zalegające na skwerku błoto prysnęło na wszystkie strony, lecz kłów nie zderzając ze sztylpami, pazurów nie wbijając w dudniące hełmy, napierśniki, złapał za materiał adamaszkowego płaszcza, odrywając jego kawałek od reszty bogato zdobionego stroju. Żałosny krzyk barda rozniósł się po okolicy.
— Nie tego sukinkota! — dodała tropicielka, wywracając oczami.
Gwardzista w poobdzieranej, pasiastej przeszywanicy, czując się nader pewnie w walce z nieuzbrojonym babskiem, złapał za ramię Jagody, pewnym ruchem chcąc posłać ciało przeciwniczki w rozległą kałużę błocka. Nie dostrzegł jednak błysku wysuwanego zza pasa kordelasa, nie powstrzymał kobiety przed sięgnięciem po broń, której rękojeść, nim brzeszczot wbił się głęboko w przedramię, łupnęła o stalowy hełm jak o dzwon, tym samym całkowicie powstrzymując strażnika przed unikiem, kontrą. Tropicielka ryknęła gniewnie, resztkami sił unikając poprzecznego cięcia z dołu, wyprowadzonego przez kolejnego chwata. Nosz kurwa, nie będzie wstrętny drab pluł jej w twarz.
Asher, wykonując półobrót, tnąc powietrze mieczem, tym samym chcąc zachować swych wrogów na dystans, dostrzegł wirującego w walce rudzielca, z lekkością akrobaty wymijającego kolejne cięcia, wypady, zmylającego strażnika niepełnymi ruchami, twardą podeszwą kozaków celującego w kostki, kolana, najbardziej odkryte miejsca na cielsku przeciwnika. Nie sądził, że obcy konfrater Jagody brata, teraz bezczelnie tającego się przed kłopotami pod okapem jednej z chat, okaże się w ich potyczce jakkolwiek przydatny. Że być może, ale tylko być może, dzięki dodatkowej parze rąk, uda im się wyjść z tego cało. No, przynajmniej żadna z niego niezguła.
— Kurwa mać, toż jeno dwóch chłopa i baba — odezwał się dowódca o pokaźnym wąsie, z wolna dochodząc do siebie po precyzyjnym cięciu najemnika — zbójów trójka, spiąć rzyć i machać, machać!
A miał być święty spokój, pomyślał Asher, czując, jak pierwsze ukłucia bólu roznoszą się po wyczerpanych mięśniach, stawach, kościach. Ciął powietrze, ostrze świsnęło, wyprowadził poziomy, szeroki cios z finty i niepotrzebnie się odsłaniając, pozwolił na atak jednego z gwardzistów. Ostry syk wymsknął się spomiędzy ust najemnika. A miał przecież cały dzień przesiedzieć na dupie w szynku nieopodal, rozkoszować się rzadkim brakiem obowiązków, zadań, wlewać w siebie kolejne kwinty prześmierdłego piwska, cierpliwie wyczekując momentu kompletnej ucieczki, pozbawienia świadomości, która w chwilę oddzielała się od ciała, pozwalając mu na występki nieraz podłe, zazwyczaj bałwańskie, rzadko potrzebne czy niezbędne. A miał się przecież, językiem ulicznych warchołów posługując, napierdolić jak świnia, w odrażającym zamroczeniu móc sobie pozwolić na przespaną noc. Tę noc, nie dość, że nie prześpi, spędzi na rozmasowywaniu obolałych kończyn.
— Puszczaj, chuju!
Wzburzony pisk przebił się przez tworzone ostrzami harmonie, przedostał przez wszechobecne larum, sygnalizując o nagłym potknięciu, możliwej porażce. Asher skontrował jeden z ciosów, nie trafiając w cel, pospiesznie odepchnął przeciwnika, chcąc kupić sobie wystarczająco dużo czasu na rozeznanie się w nowej sytuacji. Nagły lęk zacisnął swe szpony na obolałych żebrach, spojrzenie Aureliona runęło w stronę reszty.
Jeden z drabów, ten sam, z którego ciętej rany na ręce leniwie lała się krew, rzucił się na tropicielkę od tyłu, zawiesił na szyi kobiety, ciągnąc jej ciało ku ziemi, przyduszając, nie pozwalając zbytnio na ruchy, wierzganie, jakąkolwiek próbę obrony. Ryży, wyraźnie obrotem spraw zaskoczony, odwrócił spojrzenie na Jagodę, tym samym pozwalając, by łysa łachudra bez hełmu wycelowała kopniakiem w jego cholewę, pozbawiła go równowagi. Asher wziął głęboki wdech, zamieszanie pozbawiło najemnika koniecznej w tej chwili uwagi. Bez zastanowienia, w przypływie nagłego gniewu, rzucił się przed siebie, gotów rozchlastać czaszkę łajdaczyny, która zdecydowała się zaatakować jego towarzyszkę.
— Jagoda! — warknął, zbliżając się do ich dwójki, brnąc przed siebie, nie zważając na resztę otoczenia i nachodzących na niego ze wszystkich stron strażników. Jebać grajka i jego rudego równiaka. Jebać strażników i obserwujący ich motłoch. Jebać ten dzień, tę przepychankę, zahamowania, czy tworzące się w umyśle Ashera pretensje rozwścieczonego Otta, dowiadującego się, iż jeden z najstarszych z jego prywatnej, podziemnej szajki, zdecydował się zarżnąć gwardzistę w samym centrum tego velteńskiego kurwidołka. Nie mógł pozwolić, by dobrali się do Jagody. Nie mógł pozwolić, by stała się jej krzywda. Nie, nie mógł.
Nie dostrzegł w czas wyłaniającego się z jego boku i napierającego zaciekle osiłka, jego nadchodzącego ciosu, ciężko sunącej w powietrzu płytowej rękawicy. Twarde żelazo kordowej głowicy przyrżnęło w czoło najemnika, przecięło skórę i wbiło omal w czaszkę, siłą uderzenia krusząc zewnętrzną powierzchnię kości. Aurelion zakołysał się na miękkich kolanach, otoczenie omiotły błyski oraz smugi kolorów, szybko przemienione w przeżerające skwer cienie. Oręż wypadł z ręki, mlasnął, lądując w kałuży błota. Za nim na ziemię runęło ociężałe cielsko Ashera, niespodziewanie odmawiające najemnikowi posłuszeństwa.
A miał być święty spokój, pomyślał, tracąc przytomność.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz