— Inaczej zapamiętałem tę okolicę.
— A czego żeś się spodziewał, że wszystko będzie takie samiuśko, jakieś tu dziesięć lat temu zostawił?
— Nie o to chodzi, Julian. Rozejrzyj się — mruknął Lilian, oglądając się za siebie.
Pusta droga za nimi i pusta przed nimi, jeno śnieg, dużo śniegu i grube sople lodu – jedyne, którym ten mróz był sojusznikiem – zwisające z okiennic, kilka bezpańskich psów łypiących uważnym spojrzeniem na dwójkę nieznajomych. Miną raz na jakiś czas płot lub dwa, za którym co wytrwalsze w monotonii dzieciaki wtykają marchewkę w nos bałwana, jeden drugiego przekrzykując. Przejdzie ktoś czasem przelotem, a może przemknie raczej, ze wzrokiem spuszczonym i głową ukrytą pod płaszcza kapturem, głową zasypaną lawiną własnej codzienności, po czym znika zaraz. Widmo człowieka, wspomnienie.
Nie podobało się mu to, co widział. Nie podobała mu się ta zima.
— Tutaj brakuje życia — kontynuował przemyślenia na głos. W tym głosie niepokoju trochę, trochę niezadowolenia. Lilian lubi, kiedy jest pełno życia. I lubi, kiedy jest tłoczno. Zwłaszcza wokół jego osoby. — Nie ma do kogo podejść, zapytać, zagadać. Ludzie przestali wychodzić na ulicę, do innych ludzi.
— No i słuszność mają. Pizga, że aż w zębach dzwoni, a spotkać można się też w karczmie i to z równie żywym skutkiem — rudowłosy towarzysz zwany Julianem podsumował treściwie. — Zresztą, ja to się im nie dziwuję. Mnie po całym tygodniu roboty w tej pizgawicy to też nie chciałoby się tego białego gówna więcej oglądać. Nie każdy żyje z dostarczania ludziom rozrywki, coby pozwolić sobie na pracę w godnych warunkach, imaginuj sobie.
— Imaginuję. Jeno racz oświecić do czego zmierzasz, bo chyba nie rozumiem — skontrował, niespecjalnie biorąc sobie personalny przytyk do serca. Ujął w dłonie przewieszoną przez tułów lutnię na skórzanym, zdobionym paseczku, szarpnął palcami o struny i zaraz zmarszczył brwi w reakcji na nieczysty dźwięk, który wydała. — Przecież my obydwoje właśnie z tego żyjemy.
— Ano, właśnie. Między innymi — Odpowiedź była ani to przecząca, ani twierdząca zanadto. Bard, znający swojego przyjaciela po fachu i nie tylko po fachu wystarczająco dobrze, o doprecyzowanie prosić nie musiał. — Dlatego im te tyłki odmarzają z przymusu, a my mamy luksus pozwolić sobie na to z własnej, nieprzymuszonej woli. Przywilej artysty, kurwa jego mać. Pomyśleć, że mógłbym go wykorzystać na coś znacznie przyjemniejszego, tfu.
— Nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby to nie było ważne.
— Ach tak tak, sprawy rodzinne wagi najwyższej o stopniu wtajemniczenia tylko dla obeznanych, prawiem zapomniał! Uniżenie błagam o wybaczenie i dziękuję za uczynienie mnie szczęśliwym wybrańcem.
Ironią zaśmierdziało w chłodnym powietrzu, i w śniegu, i dałby sobie Lilian głowę uciąć, że w przeklętych soplach lodu też. Nawet w spojrzeniu jeżącego się na nich z ukrycia kocura.
— Tuż za rogiem karczma, o której wspominała Oczko, tam napijesz się piwa. Czy to będzie wystarczająco przyjemne, żebyś przestał marudzić? — Nie pozwolił się sprowokować. Julian często prowokował – nic nowego, dzień jak codzień. A jemu zazwyczaj to nie przeszkadzało.
Ale tym razem zwykłym zazwyczaj nie było. Sprawa naprawdę była ważna i nie pozwalała Lilianowi skupić się na niczym innym poza jej wykonaniem.
Sprawą była Jagoda. Konkretnie, odnalezienie jej. Po niespełna dziesięciu latach rozłąki.
— Miarkuj, bo wzruszę się zaraz. Kto to widział, tak dobrze mnie znać!
Bard parsknął pod nosem, wywrócił oczami, stosownie do prośby przemilczał. Zajął się przekręcaniem stroików w instrumencie.
Tuż za rogiem ciężkim barytonem zaszczekał pies, zaraz po nim znacznie cichszy, męski głos. Świst wysuwanej z pochwy klingi nie zdołał dwójki przyjaciół ostrzec przed potencjalnie czyhającym za rogiem niebezpieczeństwem, w punkt zagłuszony kolejnym szarpnięciem w struny.
— Kurrrw… — Julian gwałtownie zatrzymał się wpół kroku, odruchowym szarpnięciem za kołnierz powstrzymał od dalszej wędrówki także Liliana, bo ten, chwilowo nazbyt zaangażowany w strojenie lutni, żeby baczyć, co się wokół niego wyprawia, bez pomocy byłby wyhamować nie zdążył. I tyle byłoby z jego ważnej sprawy.
Szarpnięcie, w tej całej swojej odruchowości niekoniecznie delikatne, zmusiło nieprzygotowanego szarpanego do postawienia dwóch, chwiejnych kroków do tyłu celem utrzymania równowagi – szczęśliwie z powodzeniem, bo w tym niedelikatnie szarpiący już nie do końca skory był pomóc, czort go wiedział z jakich powodów.
— Uważaj jak leziesz, rzępoło przeklęty, boś nie jest już dłużej piesek królowej, co to wokół niego tuzin rycerzyków w zbrojach lata, a żeby cię tylko przypadkiem z tego twojego poetyckiego wniebowstąpienia nie wyrwać! — warknął z wyrzutem, który całkiem podstawnie zabrzmiał Lilianowi jako jeden tych wspomnianych, czarcich powodów. — Skapnąłbyś się dopiero, że cię na czubek miecza nadziali, jakby ci się w oczach mroczyć zaczęło, cholero!
Zbesztany z góry na dół, z lekka zszokowany nagłą wizją śmierci tak niechlubnej, że niegodnej nawet najnudniejszej ballady na świecie, Lilian znieruchomiał, wybałuszył wyrwane z rzekomego świata poetyckich wniebowstąpień oczy. Srebro wymierzanej w jego kierunku klingi odbiło się ostrzegawczo w oczu tych błękicie, prędko sprowadzając na ziemię.
A on jak stanął na dwóch nogach, tak stał. I się gapił.
— Cóż to, teraz kulasy posłuszeństwa odmówiły? Idziemy, wartko. Do tej twojej karczmy, co podobno niedaleko — ponaglił Julian, dziarsko klepiąc poetę po plecach. Widać, odwidziało mu się gniewać tak szybko, jak uwidziało. — A jak się tak koniecznie nadziwować potrzebujesz, to chociaż drogi nie wadź. Wybaczcie, mości eee… wojowniku, kolega coś dzisiaj nie-
— Zamorduję, zatłukę! Łeb ukręcę, wyrwę gołymi rękoma, ścierwo psom rzucę na pożarcie!
— Spokojnie panienko… ooo kurwa! — Lilian stał plecami do Juliana, nie widział go. Nie musiał wcale widzieć, żeby być pewnym, że on właśnie w tamtej chwili zrozumiał. Zrozumiał, choć musiał najpierw zobaczyć i nie jest mu już dłużej do śmiechu.
— Jagoda, siostrzy-
— Już ja ci dam siostrowania! — przerwała w połowie słowa, zmierzając w jego kierunku. Zacisnęła pięść na białym futrze, nie szczędząc siły przyciągnęła do siebie. Drugą pięść, tę trzęsącą się we wściekłości i rozgorączkowaniu, zawiesiła w powietrzu, gotowa do mordobicia. — Ty sukinkocie, psi synu, łachudro sprzedajna ty! A pożałujesz rychło, żeś miał czelność tą swoją gogusiowatą mordę tutaj pokazywać!
— Ejże!
— Poszedł won, bo zara i tobie się za tą panienkę w zęby dostanie!
— Ilya, odpuść — dodał ostrożnie Lilian, w pełni świadom powagi słów Jagody.
Ani po groźbie, ani po prośbie. Ilya nie odpuścił, próbując zapobiec bratobójstwu wdarł się pomiędzy rodzeństwo. Zgodnie z zapowiedzią, prędko za to zapłacił. Najpierw rzuciło się na niego coś czarnego, ciężkiego i kudłatego. Zachwiał się niebezpiecznie, ale w utrzymywaniu balansu doświadczony, zwinnie równowagę odzyskał. Ledwo co zdążył zakląć głośno i siarczyście, a już stracił ją ponownie pod wpływem obiecanego ciosu w twarz. Kości chrupnęły, polała się pierwsza krew.
— Ty mała… — dokończył niewyraźnie albo i może nie dokończył w ogóle, złapał się za nos, niedbale przetarł rękawem płaszcza krew strużką cieknącą na usta.
— Ani się waż do niej zbliżać, Julian.
— Patrzcie go. Pierdolony obrońca się znalazł, od siedmiu boleści!
— Co to za burda?! Rozejść się, zanim wszystkich po kolei za kraty powsadzam!
Obcy głos. Świst kolejnej klingi wysuwanej z pochwy, może dwóch. Strażnicy, pomyślał Lilian. Mamy przejebane.
— Bez obaw, panowie. Nie ma potrzeby interweniować, sytuacja opanowana — zełgał z przekonaniem, którego w rzeczywistości sam nie podzielał.
— Jużci widzę, jaka opanowana, tfu! — sarknął mężczyzna na przedzie – zdawało się, że dowódca patrolu – gapiąc się wymownie to na zakrwawioną facjatę Juliana, to na stojącą najbliżej niego Jagodę. — Bierzemy ich, chłopaki. Rudego i dziewkę.
Pierwszemu, który odważył się wykonać polecenie, przeszkodził towarzysz Jagody. Ostrzegawczo zawiesił klingę miecza w powietrzu, skutecznie odcinając drogę, spod ukosa łypiąc na strażnika ostrzegawczym spojrzeniem.
Lilian dobrze znał to spojrzenie. Ani się waż do niej zbliżać, mówiło.
— Z drogi, bo zatłukę.
Białowłosy ani drgnął. Tym samym pierwszy atak, który płynnie odparł i zaraz skontrował, ściągnął na siebie samego. Jagoda i Julian, jakoby nagle wszelkie wrogości względem siebie w niewypowiedzianym porozumieniu porzucili, solidarnym gestem jak jeden mąż pięściami na pozostałych strażników, tych broni pozbawionych.
Zza rogu wybiegło kolejnych trzech strażników. Razem ośmiu do czterech. Do trzech właściwie, bo jedyny z całej gromadki bard ani myślał do bijatyki stawiać, w zamieszaniu oddaliwszy się na całkiem bezpieczną już odległość, gdzie połamany nos, ręka czy lutnia, nie groziły mu z każdej strony.
Przyciągnięci hałasem gapiowie wyszli przed karczmę i domy, dzieci wołane przez oburzone matki pouciekały, psy szczekały, miecze odbijały się metalicznym szczękiem, przekleństwa padały jedno po drugim. Zrobiło się żywo, i głośno, i tłoczno.
Och, ironio, pomyślał Lilian. Dokładnie tak, jak zapamiętałem tę okolicę.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz