Młoda klientka przekroczyła próg graciarni trzeci raz w tym tygodniu. Nie byłoby w tym prawdopodobnie nic dziwnego, w końcu ludzie odwiedzają różne sklepy, różne lokale, niekiedy codziennie. Problemem jednak był fakt, iż był dopiero wtorek, a ona sama przebierała niespokojnie nogami, gdy stawała przy wysokim regale i przyglądała się szklanym kulom, ostentacyjnie rzucając okiem w kierunku blatu, za którym na krzywym, chybocącym się krześle, siedział pan i władca dobytku. Posyłał jej całkiem nieśmiałe, z minuty na minutę coraz bardziej niezręczne uśmieszki, a ona jedynie chichotała pod nosem, odgarniając gęste loki za ucho.
Zabawkowa kolejka wykonywała właśnie kolejne, szóste już chyba, okrążenie na wijącym się gęstymi serpentynami torze podwieszonym pod sufitem na cieniutkich, ledwo widocznych z dołu nitkach. Okazjonalnie wydawała z siebie cichy brzdęk, gdy umocowany przy lokomotywie dzwoneczek podskakiwał nerwowo na jednym, niezbyt dobrze spasowanym fragmencie trasy. Wszystko było tak jak należy, spokojnie. Kadzidełko tliło się nieprzerwanie już drugi dzień, uchylone okna niekoniecznie pomagały pozbyć się duchoty w pomieszczeniu. Szczęśliwy, złoty piesek przysiadywał na drewnianym blacie i machał spokojnie swoją łapką z wypiekami na pyszczku, a czerwony wosk z ogromnej świecy formował kolejną piramidkę, skapując leniwie na wysoki, srebrny świecznik. Za to subiektka w swoich ciągle spadających okularach, krążyła wokół biednej dziewczyny, niczym pastwiąca się nad kupą gówna mucha, zachodząc ją to z lewej, to z prawej. Wypytując, czy może pomóc, ewentualnie dyktując ceny przedmiotów, przy których etykieta z ceną nadszarpnięta już zębem czasu, nie była wystarczająco czytelną. Dziewczyna starała się ją zbyć, odwoływała ją z uśmiechem, subiektka jednak, nieugięta, wracała jak bumerang, z tak samo świetlistym uśmiechem i sprężystym krokiem. Zenit parskał na ten widok, zwracając na siebie uwagę, którą zbywał lekkim ruchem nadgarstka.
Nie ruszała się ze swojego miejsca już od siedmiu minut, z uwagą śledził wskazówki na kieszonkowym zegarku, stukając palcem w metalową obudowę, wykutą na kształt koronki. Kolejny raz poprawiła włosy, subiektka znowu wsunęła okulary wyżej na własny nos, a on ponownie rzucił okiem na kurzącą się w rogu książkę, którą obiecał sobie zacząć już dobry miesiąc temu i której dalej nie ruszył.
Niektórzy klienci pokręciliby nosem na jego niesubordynację, znajomi westchnęliby ciężko, a pomocnica wzruszyłaby ramionami, wierząc, że w następnym miesiącu, z pewnością mu się uda. Wspaniała dziewucha, czasem zbyt naiwna, ale wyjątkowo pozytywna i pełna wsparcia, nawet dla najbardziej poronionych pomysłów, którymi zdołał się z nią podzielić.
Subiektka nagle ruszyła na zaplecze, poproszona wcześniej o coś po cichu i gdy tylko zniknęła mu z oczu, klientka, nerwowym krokiem, rzuciła się ku drzwiom. W nabranej prędkości, dziwnym zamotaniu, potknęła się raz, drugi, a z dużej, lnianej torby, wypadła nagle obła, szklana kula, błyszcząca się różowawą łuną. W popłochu zaczęłą błądzić dłońmi przy podłodze, szukając skradzionego skarbu i w chwilę moment zniknęła z antykwariatu.
Mężczyzna z krzykiem na ustach zerwał się na nogi, wyminął biurko, uderzając i tak już bolącym biodrem o jego kant, a następnie wyleciał na skrzyżowanie ulic, szukając wzrokiem bujnej grzywy, która znikała właśnie przecznicę dalej.
— Cholera! Złodziejka, na litość boską, pomocy — krzyczał, gubiąc po drodze dech i potykając się co drugi krok, gdy w amoku i pod wpływem adrenaliny, pędził, nie zważając na przechodniów, byle nadgonić dystans, który ustanowiła między nimi, na swoich, mimo wszystko, krótkich nogach.
Szukamy ktosia :]



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz