6.03.2022

Od Arienda do Missi

Stukot kufli piwa się roznosi,
Wypijmy panowie za Sandera zdrowie!
Część mężów damy do tańca prosi.
Cała tawerna zatopiona w rozmowie.
Noc jest młoda, więc bawmy się wszyscy!
Nie pora na smuty, nie pora na kłótnie.
Dnia dzisiejszego wszyscyśmy bliscy,
Pijmy nim barman dostęp do piwa utnie!

 CISZA!
W całej tawernie zapadła grobowa cisza, wszyscy jak jeden mąż odwrócili głowy i spojrzeli na stojącego przy barze niewysokiego, siwego mężczyznę. Stał on z rękami opartymi na biodrach, mierząc gości piorunującym wręcz wzrokiem.
 Koniec tej waszej zabawy warknął, sarkastycznie akcentując ostatnie słowo.
Popatrzył na siedzącego na stole młodego mężczyznę. Małymi oczkami przyjrzał się jego barwnemu ubiorowi. Bard, nie było wątpliwości. Aż sobie zakpił pod nosem, że tylko bardowskie błazny ubierają się tak, jakby brysowskiemu bachorowi dano białe szmaty oraz kolorowe farbki i powiedziano mu: Róbta co chceta. Splunąłby aż na podłoże, gdyby nie fakt, że to była jego tawerna.
 Ty!  Kiełbaskowatym palcem wskazał barda.  Wynocha!
Nim bard zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, niespodziewanie w jego obronie stanęła pewna kobieta.
 Panie gospodarzu, przecież to bard Ariend!  broniła artystę, wyraźnie oburzona.  Nie można go tak po prostu wygonić...!
 Zamilcz, dziewucho!  uciął jej wypowiedź właściciel.  Nie będę tolerować muzyki ani tego, kto ją praktykuje!
Ponownie cisza ogarnęła tawernę. Goście zaczęli wymieniać się spojrzeniami, ktoś tam coś szepnął do kogoś innego. Wydawało się, że ta nieprzyjemna atmosfera będzie się tak utrzymywać jeszcze z dobrą chwilę, gdy nagle po całym pomieszczeniu rozszedł się teatralny śmiech.
Ariend otarł palcem wyimaginowaną łezkę, jaka mu się zakręciła w oku. Skupiwszy na sobie uwagę pozostałych, poprawił swój kapelusz i uśmiechnął się niewinnie.
 Jeszcze nie spotkałem się z mówieniem o muzyce jak o jakichś mrocznych rytuałach czy nielegalnych działaniach!  powiedział tonem, jakby był pod wrażeniem słownej kreatywności gospodarza.  Martwimy się, że muzyka zrani?  udał zmartwiony głos.
Szarpnął strunami mandoliny, instrument wydał z siebie przyjemny dźwięk.
 Ach, o nie!  zawołał wtem Ariend.  Nic mi nie jest!  Znów się zaśmiał.
— Won mi stąd!  fuknął właściciel, wskazując ręką drzwi.  Działasz mi na nerwy! Geran, zajmij się nim!  zwrócił się do kogoś z tłumu.
Ariend zakrył cień niepokoju uśmiechem. Nie miał pojęcia, czemu gospodarz nagle wpadł i zrobił awanturę o zwykłe zabawianie tłumu – stary pryk powinien wręcz się cieszyć, że tylu gości miał – ale widząc, jaki obrót zaczynała przybierać sytuacja postanowił nie wnikać w sprawę. Teraz to chyba wypadałoby się ładnie wycofać. Już i tak trochę zarobił za swój wieczorny występ.
Dum.
Nagłe uderzenie czegoś o stół tuż za jego plecami spowodowało, że poderwał się na równe nogi jak poparzony. Bardzo jednak pożałował tej decyzji, kiedy przez uszy przebrnął jakże niemiły dźwięk rwącego się materiału.
Odwrócił się na pięcie, jego oczom ukazał się złowrogo wbity w stół nóż. Momentalnie spuścił wzrok na swoją pelerynę.
 HYYYY  zapowietrzył się aż.
Wziął do ręki materiał, rozerwany u dołu na całkiem sporą długość (na oko patrząc pół łokcia). Palcami drżącej lekko dłoni przejechał po naderwanej krawędzi, wstrzymał na moment oddech. Moja peleryna, moja piękna peleryna! Rozerwana, rozerwana! Wpół żywa!
 Jak tak można-aaaaa!  Skrzywił się, gdy poczuł nagły ból.
Popatrzył na swoje ramię, na którym zaciskała się masywna dłoń. Podniósł głowę i spojrzał na rosłego mężczyznę, z wyglądu trochę podobnego do starego właściciela, tylko znacznie młodszego. Spoglądał on groźnie w twarz barda, jak gdyby był gotów przejechać jego twarzą po podłodze. I może nawet chciał to zrobić.
Ariend nie czekał, aż tamten zacznie działać. Korzystając z pierwszej okazji nastawił płasko dłoń i dmuchnął w nią.
Znikąd pojawiła się garść złocistego pyłu, która poleciała prosto w twarz przeciwnika. Mężczyzna warknął pod nosem, odruchowo puścił Arienda. Cofnął się o krok, machając rękami odgarnął pyłek; drobinki zniknęły tak nagle jak się zjawiły. Zamrugał parę razy, spojrzał na barda... a raczej miejsce, gdzie tamten powinien stać.
Otworzył szeroko oczy, pospiesznie się rozejrzał.
 Gdzie on jest?!  syknął.
Goście popatrzyli po sobie, ktoś wzruszył ramionami.
Ariend wypadł przez drzwi z tawerny, pospiesznie narzucił na siebie opończę, gdy przeszył go zimny wieczorny wiatr. Półbiegiem oddalił się od budynku, o mało nie poślizgnął się na oblodzonej drodze.
Poprawił przewieszoną przez ramię mandolinę, westchnął.
Zdarzało mu się uciekać przed różnymi osobami: nieopanowanymi pijakami, bandytami, handlarzem, któremu nie chciał zapłacić za podwózkę. To był jednak pierwszy raz, kiedy musiał wiać przed właścicielem tawerny, bo się muzyka nie spodobała. Ha, nie spodobała się muzyka! Aż mu się przykro zrobiło, że stary nie miał żadnego gustu. Przecież to był wielki i wspaniały bard Ariend! Jak można nie lubić jego utworów?
Zatrzymał się wtem, spojrzał za siebie na jeszcze widoczną tawernę, marszcząc brwi w złości.
Czyżby wielbiciel Eda Herena?!
 Pff, pewnie tak, skoro nie ma gustu!  prychnął do siebie.
Jeszcze ten bęcwał, który mu zniszczył pelerynę. Ariend powinien później wrócić tam i zażądać rozliczenia.



Słońce zaglądało już sponad horyzontu, kiedy Ariend podziękował miłej parze za przenocowanie go u siebie. Dorwał podróżnego handlarza i skorzystał z tego, że tamten jechał do najbliższego miasta.
Parę godzin później postawił stopę na świeżo odśnieżonym chodniku. Przeciągnął się raz, wziął głęboki wdech. Podniósł nieco głowę, ciesząc się promieniami słonecznymi, które przyjemnie grzały. Nawet wiatr tak nie wiał; było cieplej niż zwykle.
Pogoda świetna – humor już mniej. Ariend nadal przeżywał wczorajsze wydarzenie. Bo naprawdę, jak można tak po prostu komuś zniszczyć ubrania? Zero szacunku dla drugiej osoby! Zero! Ariend nie po to wydał pieniądze na tak piękny strój, by ktoś sobie go rwał. Musiał czym prędzej coś z tym zrobić. Nie mógł się tak przecież prezentować.
Trochę poświęcił czasu na odszukanie odpowiedniego miejsca (instrukcje przechodnia, którego spytał o drogę nie były do końca jasne), ale za to mógł przejść się po mieście. Astenhorp. Dawno tu nie był, aż wracały wspomnienia. Ciekawe, czy mógłby znowu znaleźć okazję, żeby zagrać przed większą publicznością.
Wreszcie dotarł do punktu docelowego. Zakład krawiecki; ponoć bardzo dobry, a przynajmniej tak ktoś powiedział. Zmierzył wzrokiem szyld, po krótkim wdechu pchnął drzwi.
— Dzień dobry! — ujawnił swoje przybycie melodyjnym tonem.
— Już idę! — miły dla ucha głos dobiegł z oddali.
Chwilę później zjawiła się właścicielka tego głosu. Bardzo młodo wyglądająca kobieta z burzą rudych włosów wyłoniła się w pośpiechu zza rogu.
— Dzień dobry, w czym mogę...? — zamilkła nagle, widząc barda.
Zmierzyła go wzrokiem z góry na dół, otwierając szerzej oczy. Ariend również jej się przyjrzał. Skądś ją chyba kojarzył. Nie, nie chyba. Na pewno. Zdecydowanie.
Zdjął swój kapelusz, wykonał zgrabny ukłon.
— Ach, czy my się czasem gdzieś nie widzieliśmy? — zapytał z szarmanckim uśmiechem na twarzy. — Raczej nie zapomniałbym twarzy tak urodziwej damy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz