4.03.2022

Od Lucjusza CD. Striełki

Koszmary dzielą się na dwa rodzaje — koszmary straszne i te straszne jeszcze bardziej. O tym, do której grupy zaliczał się dany przypadek, decydował zaawansowany, złożony system rzetelnie rozpatrujący wszelkie niekorzyści płynące z efektów wydarzenia. Stąd też, kiedy w pewną środę rozpędzony pies przewrócił stolik, a wraz ze stolikiem na ziemi znalazł się Lucjuszowy obiad, o tym, iż był to koszmar wyłącznie straszny, świadczyła szeroka gama możliwych ewentualności. Na paradoksalną stronę koszmaru nie tak okropnego przemawiał dzień tygodnia, mógł być to bowiem poniedziałek, kiedy Lucjusz cierpliwości zanadto nie miał. Na talerzu mogły znajdować się produkty mączne, do których Von Behem pałał nienaturalnym dla poważnego człowieka uczuciem na tyle silnym, by przy okazji każdego mącznego posiłku cieszyć się jak dziecko. Na obiad nie składały się jednak okrągłe kluski z dziurą w środku, a raptem najtańsze ziemniaki ze skromną ilością mięsa ułożonego w bezładną kupkę tuż obok. Proces myślowy zachodzący w głowie Ciemiernika zdaje się więc jasny. Choć bibliotekarz gardził życiem, jak na ponurego mieszkańca Astenhorpu przystało, podział na koszmary koszmarne i koszmarniejsze chronił go od szaleństwa.
Wszak tego dnia starał się nie nadwyrężać zbytecznie swoich zszarganych porankiem nerwów, zacisnął dłonie w pięści, gdy przy swoim najdroższym stanowisku spostrzegł delikwenta proszącego się o zaliczenie do koszmarów drugiej kategorii. „Cholera jasna”, zaklął w myśli. „Coście się tak uparli, by pchać mi się dzisiaj za blat?”. Przeklinał w duchu wszystkich, którzy tego dnia zapragnęli na własną rękę przeszukać zbiory informacji, jakimi dysponowała biblioteka. Rankiem była to kobieta w czerwieni, ot, prosta studentka, jakich w okolicy było na pęczki. Lucjusza nudzili już ordynarni uczniowie, którzy odwiedzali świątynie książki wyłącznie po to, by z wahaniem — lub bezczelnym znużeniem — dyktować mu tytuł zadanej lektury, po jaką nie sięgnęliby, gdyby nie polecenie profesora. Czasem zamęczali Bogom ducha winnemu bibliotekarza opowieściami o zbliżającym się egzaminie, innym razem zwierzali się z problemu z pracą pisemną, którą to oddać mieli lada dzień. Von Behem, przewracając niezauważalnie oczami, nijak nie reagował na ckliwe wyznania studentów. Część z nich wyraźnie nie radziła sobie z materiałem, ale nie był to bynajmniej problem natury bibliotecznej, toteż wychodził poza kwalifikacje Lucjusza. Nie przypominał sobie, by w wolnych chwilach studiował psychologię, a niekiedy miewał wrażenie, jakby oczekiwano, by, usłyszawszy gorzkie żale skrzywdzonych studentów, wysuwał zza blatu kozetkę i proponował darmową poradę z herbatą w gratisie.
Płacili mu zbyt mało, żeby dzielił się z kimkolwiek swoją herbatą.
Tamtego poranka, kiedy kobieta zdecydowała się na brutalne naruszenie jego przestrzeni osobistej, Lucjusz, szukając stosownych papierów, przewrócił swoją filiżankę, tak że cała jej zawartość — wiśniowa melisa — wylała się na blat, mocząc tym samym liczne dokumenty skrzętnie na nim poukładane. Zaklął, jak to miał w zwyczaju, tylko w głowie. Jego ręka powędrowała do szuflady, z której zamierzał wyjąć starą szmatę, jakiej to używał w nagłych sytuacjach. Ścierki jednak nie było. Wyrzucił z siebie kolejne pełne irytacji westchnienie i, zanim skierował się ku zapleczu, w którym ścierek mieli co niemiara, odłożył na bok wszystkie suche rzeczy znajdujące się w obrębie różowej kałuży. Wpierw książka, zielone tomisko zwrócone na niedługo po otwarciu biblioteki. Otwarta gdzieś na początku, ze wskazanym defektem w postaci odciśniętego na kartce sosu, wylądowała na wózku ze zwróconymi tytułami. W to samo miejsce odłożył gruby plik papierów i otrzymany przed godziną list, na wpół otworzony, jakiego krótka lektura zmusiła Von Behema do odłożenia poczty i zajęcia się czymś mniej obciążającym. Przeczytał wyłącznie nagłówek — nadawcę, miejsce, datę i kilka słów otwierających list. Pismo od Sądu Regionalnego w Astenhorpie nie sprawiało, że Ciemiernik czuł się jakkolwiek zachęcony. List wylądował więc na książce. Nic dziwnego, że bibliotekarz zupełnie o nim zapomniał — cienki, z beżową kopertą wtopił się w tło stronic, toteż, ledwo wrócił z zaplecza z naręczem ściereczek, zamknął wolumin i przesunął wózeczek poza obręb swojego stanowiska.
Lucjusz Von Behem, w rzeczy samej, był człowiekiem wyjątkowo roztrzepanym. I, co ciekawe, wreszcie za to zapłacił.
Wtedy właśnie, między jedną wyprawą na zaplecze a drugą, natrafił na kobietę pieczołowicie przeglądającą biblioteczne dokumenty. Z odległości zdawało się, jakby czegoś szukała i właśnie na to postawił bibliotekarz — Lucjusz przepędził ją z jednakowym oburzeniem, jak gdyby parzyła sobie właśnie herbatę z jego paczki. Kobieta uciekła w popłochu, zanim mężczyzna zdążył zastawić wyjście. Nie krzyczał za nią — ledwo wybiegła zza biurka, uderzając o wózeczek z książkami, zniknęła za filarem, a później rozległ się tylko trzask zamykanych drzwi. Von Behem wiedział, że powinien był ją zatrzymać, a później zgłosić sprawę straży. Chociaż wówczas sprawa spłynęła po nim jak po kaczce, po niedługim czasie odezwały się w nim pierwsze wyrzuty sumienia.
Kiedy popołudniem książkowy wózeczek opustoszał, Ciemiernik przypomniał sobie o liście. Odetchnął głęboko, zamykając oczy i starając się przywołać w głowie obraz tomiska — nie przypominał sobie jego nazwy ani gatunku, wiedział tylko, że był zielony i całkiem ciężki (o czym świadczyły załamujące się pod jego ciężarem ramiona, gdy przenosił go z biurka na półeczkę wózka). Sprawdził też karty, jednak ułożenie ich w sposób alfabetyczny nijak nie pomagało. Nie był w stanie przypomnieć sobie nazwiska studenta, który ją zwrócił. Na Bogów, wszystkie brzmiały tak samo!
To nie tak, że Lucjuszowi szczególnie spieszyło się do stawienia w sądzie — ba! Oddałby kawałek własnej wątroby, choć najpewniej nadwyrężonej przez alkohol, byleby móc udawać, że wezwanie wcale nie dotarło, zagubiło się gdzieś w sortowni, zostało wysłane z opóźnieniem lub na niewłaściwy adres. Instynktownie wypierał ze świadomości powrót przedawnionej sprawy. Ostatnimi czasy sypiał zbyt dobrze. Jeszcze rok temu nie spał niemal wcale.
Mimo to wcale nie chodziło mu o to, by list zgubić, skoro już dotarł. Wymówka o zjedzeniu listu przez psa nie zadziałałaby, gdyby stanął przed obliczem sędziów. Jeszcze większym problemem okazało się to, że Lucjusz, nie chcąc jeszcze bardziej psuć sobie humoru, odłożył papier jeszcze zanim dotarł do wersu zawierającego datę rozprawy.
Von Behem odnalazł współpracownika w dziale z poezją.
— Płacą ci za to — rzucił mrukliwie, widząc, z jaką niedbałością Rewyn Wynte układa tomiki.
Krępy mężczyzna o zmęczonych oczach spojrzał na niego spod brwi i uśmiechnął półgębkiem. Zdaniem Ciemiernika Rewyn uśmiechał się zbyt często i ze zbyt błahych powodów. Nie było to nic złego, prędzej podziwiał jego nastawienie do codzienności.
— Odkładałeś książki z wózka, prawda? — ciągnął Lucjusz, nie bacząc na to, że Wynte otwierał już usta, by udzielić niewątpliwie błyskotliwej odpowiedzi na poprzednią zaczepkę.
W zamian za to skinął głową.
— Tak, odkładałem, bo jaśnie Lucjusz Von Behem kręcił się gdzieś po przyrodniczym. — Na moment zaprzestał wyjmowania książek z jednego z wielu wózeczków rozstawionych po całej bibliotece.
Ciemiernik zmrużył oczy i puścił uwagę mimo uszu.
— Na wierzchu leżała książka. Gruba, zielona obwoluta.
— Jedna z części tej ośmiotomowej serii kucharskiej? Bracie, na bogów, kto by to czytał? — Rewyn wzruszył ramionami. — Interesujesz się kuchnią?
— Powiedzmy. — Jedno z kłamstw, w rzeczywistości Lucjusz przyłapywał się na złym przyrządzaniu kurczaka, nie mówiąc już o wyszukanej kuchni. Sądził jednak, że ta wersja zapewniała mu bezpieczeństwo. Wynte lubił drążyć.
Rewyn patrzył na niego ciemnymi oczami Apreńczyka. Bibliotekarz wiedział, że Wynte lat miał być może trzydzieści, nie więcej niż on sam, z pochodzenia Apreńczyk, sercem Enryńczyk, z ojcem z Rewrun. Rewyn wspominał niejednokrotnie, że do Aprenii wyjechał być może w wieku pięciu lat, a do stolicy Rietvy wrócił w roku 1276 i utknął w niej na dłużej, niż by oczekiwał. Był wysoki na metr siedemdziesiąt, po matce odziedziczył brązową karnację, brązowe oczy i brązowe loki, chociaż przez ostatnie pięć lat jego skóra i włosy zdążyły nabrać mniej wyrazistej barwy. Lucjusz nie dopytywał nigdy o nic, co wiązało się z przeszłością jego współpracownika, jednak ten zadbał o to, by Von Behem wiedział możliwie jak najwięcej.
— Nie pamiętam, żebym to odkładał. To dziwne, byłem z tobą, gdy tamten mężczyzna ją oddał. Sam widziałem poplamiony tytuł. — Rewyn oparł dłonie o biodra. — Gdybym ją widział, pewnie zwróciłbym na to uwagę. Tak poza tym… — Przechylił głowę. — Naprawdę wziąłeś się za gotowanie?
Lucjusz wydał z siebie przeciągłe westchnienie i, odwróciwszy się na pięcie, już w marszu niemrawo podziękował Apreńczykowi. Sytuacja nijak mu nie sprzyjała i powoli dopuszczał do siebie tę myśl — niechętnie, acz z rozsądkiem. Był niemal pewien, że to w książce musi znajdować się list, miał przecież przed oczami, jak wrzucał go między stronice, a później, jak zamykał książkę w pośpiechu. Wszak bibliotekarz na znakomitą pamięć nie narzekał, nie oznaczało to, że mogły pojawiać się w niej luki.
Ciemiernik nie cierpiał książek kucharskich, ani niczego, co w jakiś sposób wiązało się z przebywaniem w kuchni. Nie potrafił gotować, przygotowywał sobie tylko herbatę i zdawało się, że właśnie na niej żył, bezradny jak dziecko. Chodził do tych zatęchłych tawern, zamawiał jedzenie i zwyczajowo zaszywał gdzieś w kącie lub, jeśli tylko kucharz był mu przychylny, brał posiłek na wynos, byle ograniczyć przebywanie wśród dużej ilości zdecydowanie zbyt głośnych ludzi — w szczególności dzieci. Kiedy już zmuszał się do jedzenia, co działo się rzadko, ponieważ wydawałoby się, że Von Behem w najlepsze dni spożywa tylko połowę swojego zapotrzebowania, znajdował miejsca stosownie ciepłe i odludne. Jadł szybko, jakby nie chciał tracić czasu na posiłki. Co więcej, Lucjusz Von Behem miał niezdrową obsesję na punkcie dźwięków, które wydają jedzący ludzie, stąd też, ilekroć spożywał jedzenie w bibliotece, robił wszystko, co w jego mocy, by przeżuwać jak najciszej. Siorbać też nie znosił. Bogowie, powinien stworzyć listę rzeczy, które w ogóle jakkolwiek tolerował.
Pozycja numer jeden, koty. Lucjusz lubił koty na tyle, na ile można tolerować obecność niezależnych jednostek sierściastych. Koty, w jego opinii, dominowały nad psami, ponieważ były samodzielne i nie wymagały niepotrzebnie dużo uwagi. Bibliotekarz nie miał co prawda kota, jednak kiedyś, gdy był jeszcze młody i piękny, opiekował się kilkoma. Choć jego ojciec wołał na nie kolorami lub cechami charakterystycznymi, dla Lucjusza były kotami o imionach wysublimowanych, noszącymi miana historycznych władców ze wszystkich zakątków Lądów.
Lista zawierałaby w sobie jeszcze kilka spraw, książki, herbatę i kilka ziemskich, bezwartościowych rzeczy, z których Ciemiernik czerpał przedziwną przyjemność. Być może spisze ją na święta.
Bez względu na to, czy Lucjusz lubił bardziej koty, czy herbatę, jego uwadze nie umknął przybysz, który odnalazł przyjemność w obracaniu jego stanowiska wniwecz. Bibliotekarz nie ukrywał, że wolał tych gości, jacy przychodzą z zapowiedzią. Ach, i zachowują konieczną kulturę, ale to był mu w stanie wybaczyć, studenci nie należeli do gatunku jakkolwiek pokornych.
Jeden ze stojących przy biurku postawił na blacie stos książek. Lucjusz rozpoznał go tylko ze względu na to, że był stałym bywalcem biblioteki, najpewniej również dosyć pilnym studentem, ponadto niezwykle ułożonym — nie mówił o sobie więcej, niż bibliotekarz chciał wiedzieć, stąd jedyną rzeczą, którą na temat delikwenta Von Behem wiedział, było nazwisko i być może imię, gdyby wytężył zwoje. Chłopak odczekał chwilę, oczekując, aż bibliotekarz go odprawi.
Drugi mężczyzna skrupulatnie wertował karty, na których układaniu Lucjusz spędził całe zeszłe popołudnie. Alfabet posypał się zupełnie, za sprawą czego — jak po całym zajściu odkrył Von Behem — „M” odnalazło swoje miejsce gdzieś między „C” a „D”, a „E” wylądowało się gdzieś na szarym końcu, wpół kart spod „T”.
— Niech pan się nie kłopocze, już przejąłem. — Nieznajomy ze swobodą poruszał się po bibliotecznym stanowisku, a emanująca od niego pewność siebie sprawiała, że Lucjusz był niemalże gotowy uwierzyć, iż mężczyzna faktycznie jest bibliotekarzem, który być może umknął jego spojrzeniu lub wrócił z urlopu. Ciemiernik jednak znał wszystkich, a o nowych dowiadywał się z tygodniowym wyprzedzeniem. — Chociaż mógłby pan mi przypomnieć, gdzie znajdują się listy z ostatnio wypożyczonymi pozycjami? Odnoszę wrażenie, że nie są w miejscu, w którym powinny być. Dla efektywności powinniśmy przestawić je, o tu, na przykład. — Jego ręka posunęła nieznacznie w prawo, w miejsce, w którym Von Behem zwyczajowo stawiał herbatę.
Lucjusz powoli wypuścił powietrze.
— Ciekawa przypadłość — rzucił, kierując się ku jednemu ze stołów. Przysiadł na nim, krzyżując ramiona. — Wydawało mi się, że mniej więcej przed dwoma tygodniami wspólnie, to jest, z moimi współpracownikami, ustaliliśmy, gdzie można znaleźć poszczególne karty. Czy to nie elementarna wiedza, wiedzieć, gdzie sięgać, żeby odnaleźć szukane dokumenty? Coś o efektywności, tak, zakładam, że ta znajomość znacznie przyspiesza proces przyjmowania zwracanych książek. Panie… — uniósł głowę. Miał dwa uderzenia serca, by przypomnieć sobie nazwisko studenta — …Bourne, jak mniemam. — Ku jego uldze, uczeń przytaknął. — Może pan iść.
Student ponownie skinął głową, jakby speszony i zdezorientowany, po czym szybkim krokiem oddalił się w stronę drzwi wyjściowych. Lucjusz odprowadził go wzrokiem, przyglądając się spiętej posturze Bourne’a.
— Demencja? Problemy z pamięcią? Być może z samopoczuciem? — Ciemiernik mówił dalej, wyjątkowo spokojnym tonem. — Mniejsza z tym, nie mam czasu na takie bzdury. Biblioteka Uniwersytecka Astenhorpu dziękuje za twoje wsparcie, teraz możemy się pożegnać.
Lucjusz nie chciał grozić mu strażą, przez problemy z funduszami nie posiadali własnego oddziału. Chciał możliwie jak najsubtelniej dać nieznajomemu do zrozumienia, że wolałby, by ten opuścił teren biblioteki bez zbędnego prowokowania, ponieważ bibliotekarz nie miał głowy do pojedynków. Ten, jakiekolwiek imię nosił, był zdecydowanie jednym z najodważniejszych — nieczęsto ktoś zakradał się za biurko, jednak jeśli do tego dochodziło, chojracy czmychali, ledwo spostrzegali zbliżającego się pracownika. Ten zaś stał tu, jakby oczekiwał reprymendy.
Von Behem zastanawiał się czasem, czego ludzie tu szukali. Dla postronnych biblioteka była najmniej ciekawym miejscem w mieście, a jedyne, co można było odnaleźć w półkach stanowiska głównego, były literki składające się na imiona i nazwiska mieszkańców stolicy i jej okolic, a także tytuły książek, które wypożyczali.
— Zazdrosny mąż, który szukał nazwiska swojej żony, by posądzić ją o czytanie książek erotycznych? Mamy w zbiorach kilka pozycji dedykowanych mężczyznom, jeśli o to chodzi. Kryzys wiary? Mogę zaproponować kilka lektur, jakie sprawią, że podważysz wszelki sens świata i najpewniej pożałujesz zgłębiania jego tajemnic. A może problem z prokrastynacją i chęć nauczenia się kilku przepisów? Proszę bardzo, mamy i książki kulinarne. Wystarczy poprosić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz